Bergen Philharmonic Orchestra & Edward Gardner w Katowicach

Wielką atrakcją weekendu w Katowicach były bez wątpienia dwa koncerty Bergen Philharmonic Orchestra, które poprowadził szef artystyczny zespołu, Edward Gardner. Ich program był bardzo zróżnicowany – można było usłyszeć zarówno dzieła nowe, jak i kompozycje z epok bardziej odległych w czasie; utwory bardzo znane, jak i repertuarowe kurioza.

Pierwszy z koncertów rozpoczęło wykonanie Short Ride in a Fast Machine Johna Adamsa, czyli napisana w 1986 roku wariacja na temat motywu maszyn w muzyce. Dużo tu perkusji, wyrazistej rytmiki i krótkich, motorycznych ostinat. To luźne i żartobliwe nawiązanie do takich szlagierów XX wieku, jak „maszynowe” dzieła Honeggera czy Mosołowa. Był to bardzo dynamiczny start – Gardner poprowadził tę krótką rzecz w wartkim tempie, co pozwoliło pokazać się orkiestrze od jak najlepszej strony.

Solistą w Koncercie a-moll Roberta Schumanna był norweski pianista Leif Ove Andsnes. Chociaż niektórzy z moich znajomych nie przepadają za nim, nazywając go nawet „drwalem”, to opinia ta nie jest moim zdaniem usprawiedliwiona, a przynajmniej nie usprawiedliwiało jej lekkie, delikatne i pełne subtelnych zawahań tempa i ekspresji wykonanie tego dzieła. Gardner i orkiestra akompaniowali czujnie i z zaangażowaniem, co dało znakomite rezultaty. Ciekawa była zwłaszcza grana szybko i zwiewnie część druga. Było to jednak granie zdecydowanie bardziej klasyczne niż romantyczne. Było tu dużo zdyscyplinowania i wyrazistości, a mało rozpływania się w nastrojach. Na bis pianista poczęstował katowicką publiczność jedną z Bagatel Valentina Silvestrova. Zagrał ją powoli, eterycznie, sprawiając że na moment zatrzymał się czas.

Na zakończenie orkiestra i Gardner wykonali IV Symfonię Nieugaszalną Carla Nielsena. Dziwna to muzyka, bardzo specyficzna i indywidualna. Przyznam jednak, że pomimo kilkukrotnego wysłuchania w domu w ramach przygotowań do koncertu nie byłem w stanie wgryźć się w to dzieło i nie polubiłem go. Wgryzła się w nią całe szczęście orkiestra i dyrygent, którzy stworzyli kreację fascynującą energią i jakością wykonania. Ośmielę się stwierdzić, że wykonanie było bardziej zajmujące niż sam utwór. Kapitalnie brzmiały wyraziste i niezwykle zdyscyplinowane, a jednocześnie barwne smyczki, a także drewno. Dobra była także blacha. Bardzo rozbudowana i efektowna jest partia dwóch zestawów kotłów, których radosne łomotanie symbolizuje tytułową nieugaszalność. Trochę tutaj romantyzmu, ale też Nielsen zagląda już w XX wiek, a ostra, wyrazista rytmika i wielki witalizm tej muzyki wskazują, że duńskiego kompozytora interesował ten sam kierunek, jaki obrali w swojej muzyce twórcy tacy jak Prokofiew, Strawiński czy Janáček. Na bis Gardner poprowadził Śmierć AzyPeer Gynta Griega. A choć jest to dzieło bardzo znane, to zabrzmiało świeżo i przejmująco, grane było szybko i dramatycznie, a smyczki w kulminacjach ostro akcentowały kolejne dźwięki, w pianach zaś ujmowały urodą brzmienia i starannym cieniowaniem dynamiki.

Niebanalnie prezentował się też program drugiego koncertu. Rozpoczął go La Valse Maurice’a Ravela, dzieło dekadenckie, mroczne, rozpoczynające się od nieśmiałych drgnięć w kontrabasach, a kończące się orgiastycznym pandemonium. Gardner znakomicie oddał charakter tego utworu, a orkiestra dała popis wirtuozerii, grała ostro, wyraziście i konkretnie, choć zazwyczaj mało mgliście. Kapitalne, świetnie wydobyte z brzmienia harfy! Może momentami mógłby ten walc być bardziej sentymentalny, bardziej przez to ironiczny, ale i tak było świetnie – porywająco i efektownie. W kulminacjach brakowało mi mocniejszego podkreślenia dźwięków tam-tamu. Trzeba zaznaczyć, że ostatnich kilka dźwięków było zagranych zdecydowanie wolniej, podczas gdy w partyturze widnieje wyraźna wskazówka kompozytora: sans ralentir.

Intrygującym utworem okazało się dzieło norweskiego kompozytora Geirra Tveita – II Koncert na skrzypce Hardanger i orkiestrę Trzy fiordy op. 252. Mamy tutaj to, co u tego twórcy najbardziej atrakcyjne – współczesną, świetnie wyczutą orkiestrę i nawiązania do norweskiego folkloru, oczywiste już choćby przez wzgląd na instrument solowy. Skrzypce Hardanger (inaczej hardingfele) mają osiem lub nawet dziewięć strun – cztery normalne, na których gra się smyczkiem, i cztery lub pięć strun sympatycznych, które umieszczone są pod nimi i rezonują w czasie gry, dając bogate, pełne brzmienie. Skrzypce Hardanger są też bogato zdobione. Wracając jednak do dzieła Tveitta – było atrakcyjne, nastrojowe, przystępne w odbiorze. Norweski kompozytor zorkiestrował je oszczędnie, choć użył dość dużej orkiestry z obszerną, ale oszczędnie i z wyczuciem używaną sekcją perkusji. Orkiestra brzmiała wybornie, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę, że muzycy grali dzieło z kraju swojego pochodzenia. Partię solową wykonała specjalizująca się w wykonawstwie muzyki ludowej skrzypaczka Ragnhild Hemsing. Z postawionego jej zadania wywiązała się na medal, dobrze oddając specyficzny, trochę chłodny, typowo nordycki charakter tej muzyki. Na bis zagrała dwa norweskie utwory ludowe – jeden powolny, drugi szybki. Oba bardzo spodobały się publiczności, która przyjęła je owacyjnie. Więcej Tveitta na przyszłość? Zdecydowanie tak!

Wykonanie Stepu Zygmunta Noskowskiego było miłym ukłonem w stronę gospodarzy koncertu. Tym bardziej miłym, że dzieło to wykonane zostało znakomicie – dynamicznie, wyraziście, konkretnie, bez rozpływania się w nastrojach i bez doszukiwania się w tej muzyce głębi (której tam nie ma). To dzieło dobrze skonstruowane, spójne, efektowne, melodyjne i przyjemne w odbiorze.

Morze Claude’a Debussy’ego było nierówne. Na plus zdecydowanie zaliczyć wypada przejrzystość i wielowarstwowość brzmienia orkiestry. Znakomicie słychać tu było zarówno drugo, jak i trzeciorzędne detale, takie choćby jak najcichsze uderzenia talerzy czy tryle i tremolanda smyczków. Gardner zrobił też z tego utworu koncert harfowy, ale czemu nie? Efekt był znakomity, a brzmienie tych instrumentów bardzo wzbogaciło fakturę. Jednak obyło się to kosztem witalności i wyrazistości, zwłaszcza w części pierwszej. Jest tam kilka miejsc, które aż proszą się o większą siłę brzmienia, o zbudowanie w danym miejscu wyrazistszych punktów kulminacyjnych, znanych z nagrań Martinona czy Sinopoliego. Tutaj tego nie było, a najwięcej ognia Gardner wykrzesał z orkiestry w finale, który był dynamiczny i ognisty. Jednak poziom gry orkiestry, jakość brzmienia (kapitalne, barwne i ciepłe wiolonczele) w połączeniu z jego przejrzystością, były ogromnymi plusami. A ów brak wyrazistości należało po prostu zaakceptować jako element koncepcji dyrygenta, która mogła się podobać lub nie. Na poziomie warsztatowym była to bomba! Na bis publiczność po raz kolejny otrzymała fragment z Peer Gynta Griega, tym razem W grocie króla gór. Nie trzeba chyba mówić, że kto jak kto, ale Norwegowie wiedzą jak to zagrać! Były to świetne koncerty, których słuchało się z zainteresowaniem i wielką przyjemnością.

Zazwyczaj nie piszę o zachowaniu publiczności w czasie koncertów, ale niestety muszę zrobić wyjątek. Takiego festiwalu gadulstwa w czasie koncertu, notorycznego robienia zdjęć, nie doświadczyłem już dawno. Obsługa albo nie reaguje na takie zachowanie wcale (czym daje na to przyzwolenie), albo podejmuje działania z dużym opóźnieniem i dość niemrawo. Nie trzeba mówić, że takie zachowanie bardzo przeszkadza w odbiorze muzyki i utrudnia właściwe skupienie. Nikt nie oczekuje ciszy jak na sesji nagraniowej, ale bez przesady.

foto. Radosław Kaźmierczak / NOSPR

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

One thought on “Bergen Philharmonic Orchestra & Edward Gardner w Katowicach

  1. Nie słyszałam o motywie maszyn w muzyce, sprawdzę. Dziękuję. To musiało być cudowne wydarzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.