Berlioz i Symfonia fantastyczna – część szósta

To już ostatnia części przewodnika po nagraniach Fantastycznej. Zanim opowiem Wam o nagraniach tzw. zorientowanych historycznie, spróbujmy puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie sytuację XIX-wiecznego melomana. Symfonia fantastyczna była, jak na swój czas, niezwykle trudnym i skomplikowanym utworem. Zdecydowanie wykraczała poza możliwości techniczne większości ówczesnych orkiestr, a Berlioz zazwyczaj wolał wykonywać swoje utwory osobiście, aby dopilnować, że wszystko pójdzie po jego myśli. Słuchacz żyjący w owych czasach mógł, jeśli miał szczęście, usłyszeć co najwyżej kilka dobrych wykonań tego utworu. Jaką miał szansę na wyrobienie sobie zdania na temat tej muzyki? Jeśli był wykształcony muzycznie – mógł przeczytać partyturę i z niej wynieść pewne mgliste wyobrażenie o tym, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Był jednak pewien wytrych, za pomocą którego miłośnicy muzyki mogli poznawać utwory symfoniczne. Musieli jednak albo sami grać na fortepianie, albo znać kogoś kto grał, albowiem nieocenioną pomocą służyły wówczas transkrypcje fortepianowe. Ich pisania podejmowali się albo sami kompozytorzy albo inni twórcy, zafascynowani ich muzyką.

 

61i3z6xa0olW przypadku Berlioza roli takiego fana i propagatora w jednej osobie podjął się Ferenc Liszt, a jego wersję Fantastycznej nagrał m.in. Leslie Howard. Jego nagranie ukazało się w ramach niezwykłego projektu – zbioru nagrań wszystkich utworów fortepianowych węgierskiego kompozytora. Pisałem tutaj o niezbyt udanej transkrypcji Morza Debussy’ego na trzy fortepiany, dlatego też z podobnymi obawami sięgałem po aranżację Liszta. Dzieło Berlioza wydaje się należeć do takich utworów, których nie należy ograbiać z ich oszałamiająco barwnej szaty, ale paradoksalnie wersja Liszta jest bardzo udana. Węgierski kompozytor stworzył aranżację wirtuozowską, cechującą się bogatym, pełnym rozmachu brzmieniem. Te walory uchwycił zresztą świetnie Leslie Howard. Muszę Wam powiedzieć, że było to niezwykłe doświadczenie – słuchałem dzieła par excellence orkiestrowego w wersji na instrument solowy i nie miałem przy tym poczucia, że to jakaś uboższa wersja, że czegoś tu brakuje. Wszelkie potencjalne niedostatki brzmienia są zatuszowane z wielką pomysłowością. Liszt wiedział co robi, a Berlioz zapewne był mu za taką promocję wdzięczny. Posłuchajmy jednak o co tak naprawdę się rozchodzi.

Tak w wersji Liszta brzmi pierwsze pojawienie się idée fixe:

 

Powrót głównego tematu w Balu:

 

Dobrze Wam już znana kulminacja w trzeciej części:

 

Początek Marsza na szafot:

 

Bardzo udana wersja zakończenia Sabatu:

 

Leslie Howard, 1990, I – 14:18, II – 6:42, III – 13:26, IV – 6:45, V – 10:13  [51:26], Chandos
916xooOBmPL._SL1416_

Obecnie bardzo częstą praktyką jest powrót do wykonywania muzyki na kopiach instrumentów z epoki. Takie wykonania stają się ciekawą alternatywą – oferują kompletnie inne brzmienia i zupełnie nową jakość. Pierwszą Fantastyczną na instrumentach z epoki była ta Sir Rogera Norringtona. Czego my tu nie mamy! Smyczki z jelitowymi strunami, kopie oryginalnych instrumentów dętych z zupełnie innymi wentylami (które z kolei wymuszały zupełnie inny sposób gry), ofiklejdy i serpenty zamiast tub i fagotów, kotły z membraną ze skóry, cztery małe harfy zamiast dwóch dużych, wreszcie inny strój, niższy niż współcześnie. Ale co z tego, skoro z głośników wieje nudą… Pierwsza Fantastyczna Norringtona jest szokująco bezbarwna i pozbawiona życia. To doktrynerskie, zimne odczytanie symfonii Berlioza broni się tylko w kilku fragmentach. Pojawienie się motywu ukochanej nie wprowadza koniecznego napięcia:

 

Intrygują szybkie i migotliwe figury smyczków w chwili, kiedy w walcu pojawia się idée fixe:

 

Początek trzeciej części – dialog rożka i oboju. Norrington kompletnie zignorował przestrzenny aspekt muzyki:

 

Specyficznie wypada Marsz. Mało w nim energii, cienkie brzmienie zupełnie nie pasuje też do charakteru muzyki:

 

Ciekawie prezentuje się parodia Dies irae z dziwnymi, niskimi i przytłumionymi dzwonami:

 

A także szeleszczące, owadzie col legno pod koniec:

 

Niewiele napięcia tu znajdziemy, o ile oczywiście zdecydujemy się dosłuchać tej Fantastycznej do końca. Brzmienie orkiestry jest cienkie i płaskie, a wiele detali po prostu gdzieś znika – pomimo małego składu. Pamiętam, że kupiłem płytę z tym nagraniem dawno temu. Przesłuchałem raz, po czym album odłożyłem aż do momentu dzisiejszego odsłuchu. Co się z nią stanie? Wróci tam, gdzie jej miejsce – na półkę.

Sir Roger Norrington, London Classical Players, 1988, I – 14:18 (R), II – 5:55, III – 14:33, IV – 7:25 (R), V – 10:37 [53:06], Warner


51sBEydiBKLSam Norrington nie był najwyraźniej do końca zadowolony z kierunku w którym poszedł, stąd też drugie nagranie, tym razem z orkiestrą grającą na współczesnych instrumentach. Została fascynacja historią – a razem z nią małą ilością vibrata, która skutkuje cieńszym, delikatniejszym i czystszym dźwiękiem smyczków. Zostało przywiązanie do zmienionego balansu pomiędzy grupami instrumentów i chęć powiedzenia czegoś totalnie nowego. Jego wykonanie jest w pewnym sensie tak samo doktrynerskie jak poprzednie. Tak samo bezkompromisowo wierne literze partytury Berlioza, ale tym razem wykonawcy w kapitalny sposób wyłapują to, co kryje się między wierszami. Właśnie to jest tutaj najbardziej fascynujące – słyszymy rzeczy, do których przywykliśmy, ale powiedziane w zupełnie inny sposób. Słuchając wielu, a nawet bardzo wielu fragmentów – miałem wrażenie, że pierwszy raz słyszę je zagrane we właściwy sposób. Orkiestra Berlioza nigdy wcześniej nie brzmiała w tak klarowny sposób, nigdy nie była tak bogata i przejrzysta. Posłuchajcie dobrze już Wam znanej kulminacji w części pierwszej i zwróćcie uwagę jak subtelnie Norrington zmienia tempo:

 

Posłuchajcie tylko szczebiotania harf w Balu, posłuchajcie jak precyzyjnie Norrington zauważa glissanda w smyczkach:

 

Posłuchajcie, jak starannie i precyzyjnie brzmią kotły w scenie burzy:

 

Jak dziki, groteskowy i pełen wisielczego humoru jest Marsz, jak długo wybrzmiewają uderzenia perkusji:

 

Zwróćcie uwagę jak orkiestra różnicuje artykulację pod koniec tej części:

 

Kapitalne glissanda drewna w Sabacie:

 

Gorączkowa i histeryczna parodia idée fixe w wykonaniu klarnetu Es:

 

Zagrane szpetnym dźwiękiem fugato smyczków. Zwróćcie uwagę, że każdy powrót tematu różni się pod względem barwy. Świetny zabieg:

 

Kapitalny jest klimat, jaki budują wykonawcy, spójność interpretacji i poczucie suspensu. Fakt, że to nagranie koncertowe na pewno dodatkowo inspirował orkiestrę i dyrygenta. Jest w tej rejestracji coś, co pozwala poczuć, jak bardzo paryska publiczność musiała być tym utworem zszokowana i bezkompromisowy dowód na to, jak świeża jest Fantastyczna w 180 lat od prawykonania. To jedna z najlepszych Fantastycznych wszechczasów.

Sir Roger Norrington, Radio-Sinfonieorchester Stuttgart des SWR, 2003, I – 14:46 (R), II – 6:09, III – 16:13, IV – 7:50 (R), V – 11:20, Hänssler

 

51JX9+Qsa1LNajdalej w poszukiwaniu autentyzmu posunął się jednak Sir John Elliot Gardiner. Nie tylko wykorzystał kopie starych instrumentów, nie tylko zastosował ówczesne sposoby gry ze wszystkimi wadami i zaletami, ale doszedł do wniosku, że najlepszym sposobem na zaprezentowanie dzieła Berlioza będzie nagranie go w sali Konserwatorium Paryskiego, w którym odbyło się prawykonanie. Gardiner argumentował, że konieczne jest baczne zwrócenie uwagi na akustykę sali, w której wyrobiło się poczucie brzmienia orkiestry u Berlioza. Zastosował również identycznego sposobu ustawienia orkiestry, jaki stosowany był w czasach kompozytora. Sala koncertowa Konserwatorium Paryskiego nie jest zbyt duża, pogłos jest krótki, ale podstawową zaletą jest nieprzeciętna i naturalnie uzyskiwana klarowność dźwięku. Historyczna orkiestra Gardinera brzmi odmienne od tej Norringtona z jego pierwszego nagrania – jest bardziej barwna i klarownością przybliża się do nagrania tego dyrygenta ze Stuttgartu. Ciekawie się tego nagrania słucha – obawiałem się, czy nie będzie sztywne i nudne (a takie są dla mnie niestety rejestracje symfonii Beethovena z Gardinerem), jednak pełno tu życia, energii i wyczucia. Angielski Maestro dobrze czuje się w świecie zmieniających się jak w kalejdoskopie nastrojów Berlioza, wyłapuje też precyzyjnie wszystkie zmiany tempa, dynamiki i artykulacji. Posłuchajmy fragmentu pierwszej części:

 

Gardiner, tak jak Martinon i Klemperer, wprowadził do drugiej części kornet, żeby dodatkowo wzbogacić brzmienie, ale jego instrument ma zupełnie inną barwę brzmienia:

 

Świetnie wypada Scena wśród pól – tempo umiarkowane, ale artykulacja jest jak brzytwa, a kulminacje są ostre i wybuchowe, dzięki czemu muzyka nie wlecze się i nie dłuży:

 

Dobrze słucha się też Marsza,  który pomimo powtórki nie popada w monotonię dzięki pomysłowości Gardinera w wydobywaniu detali instrumentacji:

 

Intrygująco brzmią dzwony w Sabacie – są głębokie, niskie i przytłumione, a przy tym lekko oddalone, co dodaje ciasnej akustyce sali perspektywy. Kapitalny efekt – po plecach biegały mi stada oszalałych mrówek:

 

Cały Sabat jest sarkastyczny i groteskowy – taki jak być powinien. Posłuchajcie tylko świszczących fletów pod koniec i ostatniej prezentacji Dies irae – szybkiej i piorunująco energicznej:

 

Sir John Elliot Gardiner, Orchestre Revolutionnaire et Romantique, 1991, I – 14:00 (R), II – 6:03, III – 16:35, IV – 6:38 (R), V – 9:51 [53:14], Phillips

 

51xncuEdKbL

 

 

 

Bardzo ciekawa jest propozycja Marca Minkowskiego, który nagrał swoją wersję w składzie hybrydowym – smyczki są współczesne, a drewno i perkusja to kopie instrumentów historycznych. Mieszany skład nie zgrzyta i współgra harmonijnie. Interpretacją daje Minkowski jednak romantyczną, kompletnie inną niż Norrington i Gardiner. Kontrasty temp są ogromne. Wstęp do pierwszej części to prawdziwie powolne largo, które mocno kontrastuje z szybką częścią:

 

Dźwięk smyczków jest ciepły i pełny (vibrato!), ale pomimo tego Minkowski wydobywa z ich partii wiele ciekawych detali i wewnętrznych głosów. Przepysznie brzmi Bal – frazowanie pełne jest wdzięku i sentymentalnego uroku:

 

Na podobny sentymentalizm Minkowski postawił również, niestety, w trzeciej części. Tempo jest koszmarnie powolne, nawet Klemperer dyrygował tą częścią szybciej:

 

Pod względem kolorystyki i wydobywania z orkiestry przeróżnych kombinacji brzmienia – nagranie Minkowskiego to majstersztyk. Pod względem temp – to ekstremum, które wystawia cierpliwość na bardzo ciężką próbę. Całe szczęście dwie ostatnie części są wartkie i pełne czarnego humoru, choć trudno mi było wychwycić w nich coś naprawdę indywidualnego. Fragment Marsza:

 

Sabatu:

 

Marc Minkowski, Les Musiciens de Louvre, 2002, I – 16:02 (R), II – 6:17, III – 19:34, IV – 6:26 (R), V – 9:26 [57:30], Deutsche Grammophon

 

Mamy za sobą 30 nagrań Symfonii fantastycznej. Czy jest wśród nich jakieś, które można by określić mianem the one and only? Oczywiście że nie. Pokuszę się jednak o próbę podsumowania moich doświadczeń z tym dziełem. Gdyby więc któryś z Was, Czytelnicy, poprosił mnie o wskazanie nagrania, od którego powinien zacząć przygodę z tym utworem, bądź też chciałby posłuchać nagrania jednego, a dobrego – z czystym sumieniem polecam rejestracje Bouleza, Martinona, oba nagrania Bernsteina i Beechama, a także Maazela – jeśli komuś nie przeszkadza dźwięk mono. Jeśli chodzi o nagrania zorientowane historyczne – słuchajcie Gardinera i drugiego nagrania Norringtona. Jeśli jednak chcecie iść dalej i poznać znakomite nagrania, które nie cechują się zbyt dobrym dźwiękiem – posłuchajcie koncertowego nagrania Mitropoulosa i nagrania Monteux. Jeśli o tego drugiego dyrygenta idzie – zostawił po sobie aż jedenaście nagrań, więc wybór jest spory. Ja dotarłem tylko do tego, z którego sam Maestro był najbardziej kontent. Wielkim pominiętym tego zestawienia jest Sir Colin Davis, który nagrał ten utwór siedem razy. Charles Munch nagrał Fantastyczną aż dwanaście razy, a są wśród nich bardzo znane rejestracje z Boston Symphony Orchestra z 1954  i 1962 roku i z Orchestre de Paris z 1967 roku. Ze względu na interpretacje dwóch ostatnich części Muncha zaliczyłem do ekscentryków. Jeśli o nich chodzi – wybór może być tylko i wyłącznie subiektywny. Być może ktoś polubi nagrania Scherchena i Klemperera, które mnie się nie spodobały. Być może przekona kogoś w pełni interpretacja Minkowskiego, a nie polubi Stokowskiego lub Frieda. Interpretacja tych dyrygentów są bardzo specyficzne i czasem jawnie sprzeczne z tym, czego życzył sobie Berlioz. Czasem irytują, czasem fascynują, czasem pewne ich elementy wydają się kompletnie nie na miejscu – ale zawsze budzą żywe uczucia.

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.