Nowy, nieodkryty świat – o IX Symfonii Dvořáka – część czwarta

To już ostatni wpis poświęcony Symfonii Z Nowego Świata. Nawet jeśli znam jakiś utwór bardzo dobrze – to mogę wysłuchać kilkudziesięciu jego nagrań, a i tak nie mam dość. Zawsze znajdzie się coś, czego nie ma w innych interpretacjach, trochę inny punkt widzenia, trochę inne barwy i inny klimat. Tak samo jest z tą symfonią – zaskoczyła mnie, i to solidnie, akurat wtedy, kiedy sądziłem, że już wszystko o niej wiem i że już wszystko słyszałem. Posłuchajcie…

 

455128Również polscy dyrygenci pozostawili po sobie kilka nagrań symfonii Dvořáka. W 1954 roku za pulpitem dyrygenckim w londyńskiej Walthamstow Hall stanął Artur Rodziński. Poprowadził sesję nagraniową z ówczesną orkiestrą Beechama – Royal Philharmonic Orchestra. Muszę przyznać, że jakość tej rejestracji jest rewelacyjna! Słucham i uszom nie wierzę – Rodziński wyciąga z dzieła Dvořáka rzeczy, których nie słyszałem w innych nagraniach. A przy tym świetnie gra barwą i rejestrami – posłuchajcie tylko początku utworu: melodię w sopranach prowadzi flet, ale słychać też wszystko, co dzieje się niżej, w obojach i fagotach:

 

To bardzo intelektualna interpretacja à la Klemperer, nastawiona na wyciąganie z partytury detali i cyzelowanie artykulacji. Nie dla Rodzińskiego szafowanie potęgą brzmienia czy uwodzenie słuchaczy sentymentalizmem. Szczególnie zyskuje na tym podejściu Largo – przejrzyste i krystalicznie czyste:

 

Niespecjalnie zyskuje Scherzo – sztywne i pozbawione poczucia humoru:

 

Finał jest fascynujący – szybki i energiczny. Również tutaj orkiestra brzmi nietypowo – miejscami dziwnie cienko, ale za to poziom detali jest niesamowity. Posłuchajcie, jak kapitalnie brzmi chichoczący akompaniament fagotów:

 

Może niektórym słuchaczom intelektualizm Rodzińskiego będzie przeszkadzał – dla mnie ten chłód był orzeźwiający. Chociaż może akurat orzeźwiło mnie tereré, które akurat piłem? 😉

Artur Rodziński, Royal Philharmonic Orchestra, 1954, I – 8:56, II – 14:00, III – 7:18, IV – 10:07 [40:12], Westminster

 

517BrZMW-zL

 

Nieco poźniejsze jest nagranie Witolda Rowickiego, który podobnie jak Rodziński, poprowadził angielską orkiestrę – London Symphony Orchestra. Jego interpretacja mnie nie porwała – część pierwsza ma co prawda sporo energii, ale dźwięk jest masywny i momentami mało przejrzysty. Co gorsza – Rowicki zwalnia kilkakrotnie, żeby nadać wejściom nowego materiału więcej emfazy. Pisałem już kilkukrotnie co myślę o takich zabiegach. Dobrze wypada część trzecia – figlarna, ze świetnie podkreślonym niskim rejestrem. Finał niestety jednym uchem wpadł, drugim wypadł. Tu się po prostu za mało działo, żeby utrzymać moją uwagę. Interpretacja nie jest zbyt ciekawa – Rowicki najwyraźniej nie chciał zajrzeć pomiędzy wiersze kompozycji Dvořáka. Jakość dźwięku jest dobra, czuć tu dużą przestrzeń, aczkolwiek orkiestra brzmi zbyt ciężko.

Witold Rowicki, London Symphony Orchestra, I – 11:32 [P], II – 11:31, III – 7:51, IV – 10:50 [41:44], Decca

 

81CzZ3j8fdL._SL1500_

 

 

 

 

Nagrań Sir Georga Soltiego nie znam zbyt dobrze. Jakiś złośliwiec napisał kiedyś w recenzji, że węgierski dyrygent miał jedną dewizę – louder is better. Byłem to takich stwierdzeń nastawiony sceptycznie, ale jego rejestracja Symfonii Dvořáka z Chicago Symphony Orchestra jest właśnie taka. Pierwsze tutti orkiestry uderza słuchacza po uszach z wielką mocą i to samo dzieje się w zasadzie przy wszystkich kulminacjach:

 

Gra CSO jest ostra i pewna, jednak bez tej dozy spontaniczności, która cechuje nagrania Silvestriego i Bernsteina. Tempo jest raczej sztywne i nawet w najbardziej ekscytujących momentach stabilne – słychać, że dyrygent ma tu wszystko pod kontrolą i nic nie dzieje się przypadkiem. Posłuchajcie zakończenia pierwszej częsci:

 

Largo jest dobrze wyważone pod względem ekspresji – srodze zawiodą się ci, którzy oczekują po Soltim wielkich wzruszeń. Słychać, że dyrygent stara się wyciągnąć z orkiestry rozmaite ciekawe detale i środkowe głosy, które inni pomijają. Przepięknie brzmi blacha w niskich rejestrach:

 

Scherzo jest ostre i agresywne, a pomimo umiarkowanego tempa w środkowych odcinkach – dziwnie pozbawione liryzmu. Brzmi momentami mechanicznie:

 

Taki też jest finał – pozbawiony większych wzruszeń, grany ostro i szybko:

 

CSO gra z zawrotną wirtuozerią – ciężko byłoby mi wskazać lepiej zagraną i nagraną wersję. Tak znakomitej sekcji blachy nie miał do dyspozycji żaden inny dyrygent, a również smyczki brzmią pewnie i zdecydowanie, mają też ładną barwę w lirycznych epizodach. Koncepcja Soltiego była dla mnie zdecydowanie zbyt agresywna i przerysowana, czasem nawet rozjazgotana. Raczej się w partyturę Dvořáka nie wczuwał, między wierszami nie czytał…

Sir George Solti, Chicago Symphony Orchestra, 1983, I – 12:03 [P], II – 14:07, III – 7:09, IV – 11:07 [45:26], Decca

 

 

Z koncertu pochodzi nagranie Kiryłła Kondraszyna. Pod batutą dyrygenta gra Orkiestra Filharmonii Moskiewskiej. Nagranie jest dość niezwykłe. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to przede wszystkim drobiazgowe (żeby nie rzec – pedantyczne) trzymanie się przez dyrygenta oznaczeń artykulacyjnych i dynamicznych. Również balans pomiędzy drewnem a smyczkami jest znakomity – słuchając pierwszej części z partyturą po raz pierwszy mogłem słuchać wyłącznie drewna, a nie smyczków. Posłuchacie fragmentu pierwszej części:

 

Z opisu może wynikać, że jest to wykonanie chłodne i wykalkulowane, powiedzmy à la Szell czy Rodziński. Nic bardziej mylnego! Najbardziej niezwykłą cechą nagrania Kondraszyna jest to, że łączy wymienione powyżej cechy z dziką impulsywnością i bardzo szybkimi tempami. To niezwykle gorące i zaangażowane wykonanie, a orkiestra jest w szczytowej formie. Posłuchajcie fragmentu drugiej części i zwróćcie uwagę, jak wyraziście brzmi melodia w smyczkach, jak bardzo jest też ekspresyjna:

 

Scherzo brzmi dziko i wariacko:

 

Kulminacje w ostatniej części są porażające:

 

Dźwięk nie jest zbyt dobry, ale nie da się mieć wszystkiego. Nie wiem, czy nagranie Kondraszyna trafiło kiedykolwiek na płyty, ale można je znaleźć na Youtube.

Kiryłł Kondraszyn, Orkiestra Filharmonii Moskiewskiej, 1974, I – 8:23, II – 10:42, III – 7:25; IV – 10:09 [36:38]

 

41CFY1HE9CL

Nagranie Bruno Waltera z Columbia Symphony Orchestra jest rozczarowujące. Balanse pomiędzy sekcjami są dobre, ale zbyt często ciążą w kierunku zwyczajowych – prymat zwykle wiodą tu smyczki. Jedyne, co cieszy tu ucho to dobre wydobycie rejestru basowego – partie wiolonczel i kontrabasów są wyraziste. Całe nagranie chciałoby się nagrać klasycznym i umiarkowanym, ale szkopuł w tym, że to romantyczny utwór i wtedy, kiedy podejdzie się do niego w romantyczny sposób uda się wydobyć większość jego zalet. Podejście klasyczne jest narażone na zbyt małą ilość kontrastów, i tak też się dzieje w tym przypadku. Walter prowadzi pierwszą część bardzo wolno, przez co brzmi ona do bólu konwencjonalnie. Posłuchajcie łagodnego i wyzutego z energii zakończenia pierwszej części:

 

Tak samo konwencjonalnie wypada część trzecia, z charakterystycznymi pretensjonalnymi zwolnieniami w triach:

 

Co do Columbia SO, to umówmy się – były na świecie lepsze orkiestry… Być może nagrania koncertowe Waltera są lepsze, ale to ostatnie, studyjne – nie należy do porywających. Jest raczej mdłe, łagodne i zbyt spokojne.

Bruno Walter, Columbia Symphony Orchestra, 1959, I – 9:25, II – 12:05, III – 8:13, IV – 12:14 [42:08], Sony

 

 

51qRKz8xrtL

 

 

Z Berliner Philharmoniker (a więc w owym czasie – orkiestrą Karajana) – nagrał Symfonię Dvořáka Ferenc Friscay. Pod względem zastosowanych temp – to nagranie konwencjonalne. Mamy tu tradycyjne zwolnienie w drugim i trzecim temacie pierwszej części, mamy zagrane powoli tria w Scherzo i zwyczajowo zignorowane przejście do Allegro con fuoco w zakończeniu czwartej części. A jednak słuchałem tej interpretacji z prawdziwą przyjemnością. Złożyły się na to dwa elementy – doskonałe zbalansowanie sekcji orkiestry oraz naprawdę znakomitą artykulację. Nie jest to granie, które doprowadza muzykę do wrzenia – jest raczej umiarkowane, ale lepsze od interpretacji Waltera ze względu na dużo lepszą grę orkiestry. Posłuchajmy dwóch fragmentów, których wcześniej nie zamieszczałem. Pierwszy z nich pochodzi z Largo:

 

A drugi z finału:

 

Ferenc Fricsay, Berliner Philharmoniker, 1959, I – 10:02, II – 13:57, III – 8:14, IV – 12:00 [44:29], Deutsche Grammophon

 

 

 

5144VsDqZsL

Gorące jest za to nagranie koncertowe Klausa Tennstedta z Berliner Philharmoniker. Do tej pory omawiałem nagrania z tą orkiestrą pod batutą Kubelika, Karajana i Fricsaya… Jak inne brzmienie nadaje tej orkiestrze Tennstedt! Pełnokrwiste, ciepłe, ekspresyjne, momentami zaś dzikie, prawie brzydkie i pozornie niedbałe. Jednak na tym właśnie mariażu polega siła tego wykonania. Bardzo podoba mi się spontaniczność i elastyczność tej interpretacji. Tennstedt jest w swoim podejściu zawsze wyrazisty, a wykonanie nigdy się nie rozłazi. Scherzo jest dzikie i impulsywne, a kontrast pomiędzy początkowym wybuchem energii a późniejszym zwolnieniem wydaje się niezłym pomysłem, pomimo, że zazwyczaj na te zwolnienia narzekam. Artykulacja smyczków jest ostra jak brzytwa. Podobna dzikość czeka na słuchacza w czwartej części – tutaj również odnaleźć można wiele kontrastów tempa i nastroju.  Interpretacja jest też bogata, jeśli chodzi o kolorystykę. Dyrygent jest bardzo wyczulony na kombinacje instrumentów i na wydobywanie z nich niespodziewanych barw.

Posłuchajcie fragmentu pierwszej części. Zwróćcie uwagę na smyczki pod koniec tego przykładu:

 

To fragment Largo, którego mogliście posłuchać przed chwilą w interpretacji Kondraszyna. Posłuchajcie, jak inaczej brzmią smyczki:

 

Scherzo jest ogniste i mocno skontrastowane. Zwróćcie uwagę na terkoczące klarnety w akompaniamencie, Tennstedt wydobywa jest tak samo jak wcześniej Talich:

 

Również czwarta część nie zawodzi oczekiwań żądnych adrenaliny słuchaczy. Posłuchajcie zakończenia:

 

Klaus Tennstedt, Berliner Philharmoniker, 1984, I – 9:20, II – 13:35, III – 8:03, IV – 11:13 [42:45], Testament

 

 

 

61cn+DlI6qL

 

 

Niezwykle oryginalne jest nagranie koncertowe Nikolausa Harnoncourta z amsterdamską orkiestrą Concertgebouw. Dyrygent odchudził brzmienie orkiestry czeskiego kompozytora. Symfonia brzmi przez to mało romantycznie, może trochę kanciasto i cienko – ale w tym szaleństwie jest metoda! I zgodzi się z tym każdy, kto usłyszy ostre wejścia blachy czy sposób, w jaki jej poszczególne sekcje współgrają ze sobą w finale symfonii. Smyczki brzmią radykalnie inaczej – cienko i przejrzyście, a to tworzy całkowicie inny balans pomiędzy nimi a resztą orkiestry, a dzięki temu – całkowicie nową jakość brzmienia. Może tylko partie drewna nie są jakoś szczególnie wydobyte. Posłuchajcie dobrze już Wam znanego fragmentu pierwszej części, przekonajcie się, jak inaczej brzmi:

 

Intrygująco inaczej niż zwykle brzmi również zakończenie tej części:

 

Melancholijnie brzmi drewno w stylizacji jiga w drugiej części. Zwróćcie też uwagę na blachę w kulminacji, jest bogata i różnorodna w brzmieniu:

 

Zakończenie trzeciej części jest lakoniczne. Posłuchajcie smyczków – brzmią kompletnie inaczej niż u Stokowskiego czy Klemperera:

 

Posłuchajcie cienkiego i szklistego brzmienia smyczków i mocnego, pulsującego akompaniamentu blachy w finale. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach – to prawda, biorąc pod uwagę, jak dużą różnicę robi jedno jedyne uderzenie w talerz w tej symfonii. Jest tak delikatne i wyczute, że aż miło posłuchać:

 

A to już samo zakończenie. Dźwięk orkiestry jest kompletnie odmienny od nagrania Tennstedta, którego przed chwilą słuchaliśmy:

 

Chciałoby się nazwać to nagranie… kameralnym.

 

Nikolaus Harnoncourt, Concertgebouw Orchestra, 1999, I – 11:22 [P], II – 12:16, III – 8:19, IV – 11:03 [43:00], Teldec

 

Podobna w podejściu do brzmienia jest koncepcja Sir Rogera Norringtona, nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że angielski Maestro podszedł do arcyromantycznego utworu czeskiego kompozytora w sposób nazbyt lakoniczny. Odnajdziemy tu znane z rejestracji Harnoncourta cienkie i przejrzyste brzmienie, ale nie odnajdziemy energii i ostrości. Dyrygent eksperymentuje z tempami i dynamiką w pierwszej części, ale pomimo tych zabiegów muzyce brak pazura. Równie obojętne jest Largo, które nie wyróżnia się niczym szczególnym wobec innych interpretacji. Ciekawie prezentuje się Scherzo, w którym Norrington stawia na eksponowanie ostrej rytmiki. Niestety finał nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Podobnie jak w dwóch pierwszych częściach także tu daje się we znaki brak zaangażowania wykonawców. Gdybym jednym słowem miał podsumować nagranie Sir Rogera, użyłbym wyrazu pochodzącego z jego rodzimego języka – forgettable.

 

Sir Roger Norrington, Radio-Sinfonieorchester Stuttgart des SWR, 2008, I – 11:49 (P), II – 11:54, III – 7:25, IV – 11:24 [42:32], Hänssler

 

O interpretacji pod batutą Sergiu Celibidache rozpisałem się szerzej TUTAJ, dlatego wszystkich zainteresowanych tym wykonaniem odsyłam do tej właśnie recenzji. Tutaj naprawdę jest czego posłuchać!

 

 

 

 

Sergiu Celibidache, Münchner Philharmoniker, 1985, I – 10:48, II – 16:43, III – 8:35, IV – 12:12 [48:18], Warner

Szukasz jednego dobrego nagrania tej symfonii?

Posłuchaj Rodzińskiego, Bernsteina (nagrania z 1953 i 1962 roku), Tennstedta, Silvestriego (1957 i 1959), Soltiego, Järviego, Kondraszyna, Ančerla, Talicha, Fricsaya i Harnoncourta.

Dobrze znasz ten utwór, chcesz posłuchać czegoś innego, bardziej osobistego, lubisz nagrania historyczne?

Spodoba Ci się Stokowski (1940 i 1973), Bernstein (1989), Mengelberg, Klemperer i Kabasta.

Kto mnie znudził i kogo nie polecam?

Karajana (1964 i 1985), Maazela, Kubelika, Rowickiego, Szella, Toscaniniego i Waltera.

To by było na tyle, jeśli chodzi o IX Symfonię Dvořáka. O czym będę pisał w dalszej kolejności? O poemacie symfonicznym Tapiola Jeana Sibeliusa, chociaż nie wykluczam również krótkiego przerywnika 😉 Do zobaczenia!

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.