O Morzu – część druga

Zaczęliśmy od czterech nagrań Morza – różnych, ale pomimo tego raczej wiernych partyturze kompozytora. Jest jednak kilka interpretacji zupełnie odmiennych od tego, czego życzył sobie Debussy. Posłuchajmy…

 

41212TGFJ9LPiszą tutaj o interpretacji Martinona zachwycałem się tym, jaka jest naturalna i  niezmanierowana. Jeśli już mówimy o zmanierowaniu – wszelkie rekordy bije w tym względzie rejestracja Leopolda Stokowskiego. Mam bardzo mieszane uczucia co do tego albumu– z jednej strony brzmi przepięknie, i nie ma, po prostu nie ma, takiego detalu, którego Stokowski razem ze swoimi reżyserami dźwięku nie wyciągnęli z partytury Debussy’ego. Nagranie, zarejestrowane w technologii Phase 4, brzmi jakby powstało jako swoisty eksperyment, a nie po to, żeby odwzorować rzeczywiste brzmienie orkiestry. Rezultat jest nienaturalny, a balans pomiędzy grupami instrumentów dziwaczny –  harfy są w stanie zagłuszyć resztę zespołu. Nie byłby to jeszcze jakiś wielki mankament, gdyby interpretacja była ciekawa. Stokowski najwyraźniej nie czuł się jednak z partyturą francuskiego kompozytora zbyt dobrze. Interpretacji brak energii, jest zbyt wystudiowana i pozbawiona spontaniczności, a tempa są powolne nawet w najbardziej dramatycznych momentach. Przekłada się to na odbiór formy utworu – nie ma tu bowiem zarysowanej ogólnej linii narracyjnej. Interpretację Stokowskiego odbierałem raczej jako zbiór pięknych detali niż spójną, płynną opowieść.

Posłuchajcie fragmentu pierwszej części:

 

A tak brzmi u Stokowskiego fragment z tremolandami:

 

Gra fal urzeka zmysłowością i delikatnością brzmienia (wiolonczele na początku!), ale irytuje powolnym tempem, które nie przyspiesza ani na moment:

 

Wyjątkowo charakternie i drapieżnie Stokowski rozpoczyna trzecią część, dobrze podkreślony jest tam-tam:

 

Ale ten fragment to wyjątek. Nawet zakończenie nie przynosi wzrostu napięcia, chociaż zawiera interesujący element, dodany przez Stokowskiego – crescendo tam-tamu podkreślające ostatni dźwięk: 

 

Stokowski – świetny wykonawca utworów Debussy’ego – w swoim jednym nagraniu Morza rozczarowuje. Kuriozalna sprawa– o ile Boulez wydawał mi się momentami Debussy’ego wręcz odbarwiać, zabiegi Stokowskiego przypominają mi złocenie tęczy. Leo, why?… 

Do posłuchania w całości w poniższym linku od 1:49:20.

Leopold Stokowski, London Symphony Orchestra, 1969, 27’, Decca

 

 

71EYNgcpPaL._SL1081_

 

 

Jeszcze inaczej podszedł do tej partytury Leonard Bernstein w swoim drugim nagraniu (pierwszego, z New York Philharmonic dla Sony – nie znam). To pełnokrwista, bardzo bogata brzmieniowo interpretacja, choć oczywiście nie tak przesadzona jak nagranie LS. Dźwięk orkiestry jest pełny, romantyczny (mnóstwo vibrata!) i momentami nazbyt melancholijny, co podkreślają jeszcze powolne tempa.

Posłuchajcie, z jaką emfazą Bernstein buduje kulminację w pierwszej części i jak przepięknie brzmią smyczki:

 

 

Nie da się ukryć, że niektóre fragmenty brzmią frapująco i tajemniczo, na przykład zakończenie Gry fal – powolne, zmysłowe, prawie mahlerowskie. Posłuchajcie:

 

Podobnie gęsta jest trzecia część, w której brzmienie jest masywne i zbite, a melancholijna melodia drewna ponad długo trzymanymi flażoletami smyczków brzmi jak wstęp do I Symfonii Mahlera:

 

Debussy’emu chyba jednak nie o to chodziło… Leo, why?…

Leonard Bernstein, Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia, 1989, 26’30”, Deutsche Grammophon

 

 

61XjL4FZ-hL._SL1300_

 

 

Dimitri Mitropoulos pozostawił po sobie trzy nagrania. W pierwszym z nich grecki dyrygent prowadzi New York Philharmonic Orchestra. Trudno powiedzieć tu o jakimś stopniowaniu napięcia. Orkiestra brzmi bardzo ostro (momentami wręcz agresywnie), a napięcie nie spada nawet na chwilę. Delikatności tu nie uświadczymy. To interpretacja gwałtowna, wybuchowa, bardzo indywidualna i rysowana ostrą kreską. Posłuchajcie pierwszej kulminacji w pierwszej części, tej samej, którą dodałem w interpretacji Stokowskiego. Kontrast jest ogromny:

 

 

Podobnie jest w przypadku tego fragmentu, który dodałem już w interpretacji Bernsteina:

 

Również fale w drugiej części kotłują się u Mitropoulosa gwałtownie:

 

Dimitri Mitropoulos, New York Philharmonic Orchestra, 1950, 22:36, EMI

 

 

71uzBt+q0lL._SL1200_

Podobnie intensywne jest nagranie koncertowe z Berliner Philharmoniker z festiwalu w Salzburgu. Jednak gra orkiestry jest dużo delikatniejsza, subtelna i mniej nerwowa niż ta Nowojorczyków, co odzwierciedla być może cieplejsze relacje, jakie łączyły niemiecką orkiestrę z Mitropoulosem. Historia Mitropoulosa z Nowojorczykami (a także z Boston Symphony Orchestra) to temat na osobny tekst. Kto jest ciekaw, dlaczego relacje te układały się tak a nie inaczej – temu polecam świetną biografię dyrygenta pióra Williama Trottera – Priest of music. The life of Dimitri Mitropoulos, wydaną przez Amadeus Press. Momentami miałem wrażenie, że to fragment scenariusza Gry o tron. Wracając do nagrania – jest świeże i satysfakcjonujące! Bardzo selektywne, co również nie jest oczywiste, biorąc pod uwagę stopień komplikacji utworu, warunki koncertowe i dźwięk mono.

Posłuchajcie tego samego fragmentu drugiej części co w poprzednim nagraniu tego dyrygenta – nadal jest to bardzo żywe, ale brzmi delikatniej:

 

Ciekawe jest zakończenie tej części, do porównania z nagraniem Bernsteina. Dużo szybsze, delikatne, migotliwe… Bardziej to ogień niż woda:

 

Dimitri Mitropoulos, Berliner Philharmoniker, 1960, 22:57, Orfeo

 

61p2gPyLvtL._SL1000_

 

 

 

Trzecie nagranie zarejestrowano na tydzień przed dramatyczną śmiercią Mitropoulosa w Mediolanie. Jest równie intensywne jak dwie pozostałe rejestracje, o ile nie jeszcze bardziej intensywne. Tutaj dyrygent skupił się na podkreślaniu kolorystyki utworu – odnalazł nawet ciekawsze barwy niż w nagraniu z Berlińczykami. Również detali słychać więcej. Intensywność brzmienia harf w drugiej części powala. Posłuchajcie:

 

 

Mitropoulos ani trochę nie przestaje mnie fascynować. Zawsze chętnie wracam do wszystkich jego interpretacji Morza.

 

Dimitri Mitropoulos, WDR Sinfonieorchester Köln, 1960, 22:18, Ica Classics

 

 

71TG3pBoRtL._SL1400_

 

Bardzo odmiennie podszedł do szkiców Debussy’ego Bernard Haitink. Choć przestrzenna akustyka amsterdamskiej sali Concertgebouw prezentuje się imponująco, koncepcja dyrygenta zawodzi. Haitink prezentuje Morze w sposób wyciszony i przytłumiony, nieśmiały i liryczny. Niestety, gubienie detali i zlewanie się dźwięku w zbitą masę nie pomaga. Tempa są umiarkowane, ale z powodu gęstego dźwięku wydają się wolne i ospałe. Wykonanie holenderskiego dyrygenta, rozmyte i subtelne, jest bliskie temu, co potocznie rozmieć można jako „impresjonizm”, ale wydaje się dalekie od intencji kompozytora. Purystom nie spodoba się też pomysł zastąpienia trąbek przez waltornie w trzeciej części:

 

Zresztą – w niektórych nagraniach te trąbki są, w niektórych nie, co zależy od wydania partytury, z którego korzystali wykonawcy. W rękopisie Debussy’ego (strona 28) można je odnaleźć, ale w późniejszych edycjach kompozytor zdecydował się je usunąć. I tak u Stokowskiego trąbki są:

 

Ale u Martinona już nie:

 

Wracając zaś do sedna sprawy – nagrania Haitinka nie polecam. Dla chętnych – do posłuchania poniżej.

Bernard Haitink, Royal Concertgebouw Orchestra, 1969, 23:12, Phillips

 

 

71s7ufKK5yL._SL1200_

Zupełnie wyjątkowa jest interpretacja Constantina Silvestriego. Rumuński dyrygent potraktował Morze świeżo, a rezultaty są oszałamiające. Jego wykonanie jest niezwykle elastyczna pod względem tempa – panuje tu duża dowolność, dyrygent często przyspiesza i zwalnia według uznania. Orkiestra gra zadziornie, z ogromną energią i wyczuciem stylu, a sposób, w jaki Silvestri buduje kulminacje może przyprawić o palpitacje nawet tych, którzy twierdzą, że słyszeli w Morzu już wszystko. Nie szkodzi, że dźwięk trąci myszką, a niektóre detale umykają. Orkiestra brzmi pewnie, dźwięk jest bogaty i ekspresyjny.

Posłuchajcie fragmentu drugiej części, tego samego, którego można było posłuchać do tej pory ze Stokowskim i Mitropoulosem. Brzmi jak inny utwór:

 

To jeszcze inny fragment Gry fal, poprzednio do posłuchania tutaj w interpretacji Martinona:

 

A tak Silvestri buduje kulminacje w ostatniej części – ostro, zdecydowanie i bez zbędnych ceregieli:

 

Constantin Silvestri, Orchestre de la Société des Concerts du Conservatoire, 1958, 23:20, Warner

 

71h5Wqg2DgL._SL1154_

 

 

 

Silvestri nagrał Morze po raz drugi kilka lat później, tym razem z Bournemouth Symphony Orchestra, której wówczas szefował. Nagranie nieco spokojniejsze i opanowane, ale temperament dyrygenta nadal jest słyszalny w każdym dźwięku. Oba nagrania brzmią świeżo i zaciekawią nawet tych, którzy dobrze znają szkice Debussy’ego. Dla porównania – ten sam, co uprzednio, fragment trzeciej części:

 

 

Constantin Silvestri, Bournemouth Symphony Orchestra, 1965, 22:26, BBC Legends

 

1140256

 

 

Miłym polskim akcentem jest nagranie z pod batutą Artura Rodzińskiego z lat 40. z Cleveland Orchestra. Interpretacja intensywna, klarowna i żywiołowa. Gra orkiestry – ostra i zdyscyplinowana. Przekonująco wypada zwolnienie tempa pod koniec pierwszej części, tuż przed kulminacją:

 

 

Szybka i zwiewna jest druga część (ten sam fragment co u Silvestriego):

 

Ostrą kreską rysowana jest część trzecia. Ogólne korzystne wrażenie psuje jedynie marny dźwięk. Transfer, którego słuchałem, był raczej marnej jakości, a do wydania CD nie udało mi się dotrzeć. Jeśli mam być szczery – zdobycie jakiejkolwiek płyty wydanej przez Lys graniczy z cudem. A nawet jeśli już uda się jakąś znaleźć – cena jest zazwyczaj zaporowa. Dalibyście za jeden krążek 150 GBP? Właśnie – ja też nie, nawet po Brexicie.

Artur Rodziński, Cleveland Orchestra, 1941, 21:24, Lys

 

81IColO-UEL._SL1500_

 

Jedna z interpretacji pochodzi z  dość niespodziewanego źródła. Jewgienij Mrawiński nie jest kojarzony z muzyką Debussy’ego, ale jego podejście sprawdza się. Rosyjski dyrygent zaoferował interpretację intensywną i bogatą w detale, a szczególnie upodobał sobie w tym względzie sekcję drewna i smyczków, które potrafią mocno zafrapować. Posłuchajcie sarkastycznej solówki skrzypiec w drugiej części (porzednio do posłuchania z Silvestrim), brzmi jak żywcem wyjęta z symfonii Szostakowicza:

 

 

 

Wejścia blachy są mocne, potężne i bardzo zdyscyplinowane. Intrygujące vibrato w sekcji blachy w ostatniej części, bardzo charakterystyczne dla orkiestr rosyjskich. Posłuchajcie trąbek:

 

Pomimo słowiańskiego rodowodu dyrygenta nagranie nie jest zbyt emocjonalne, Mrawiński nie pieści też uszu słuchaczy ciepłym, pełnym dźwiękiem, jaki oferował choćby Ashkenazy. Jego podejście mieści się gdzieś pomiędzy rozgorączkowaniem Mitropoulosa a przejrzystym, wysmakowanym i klarownym dźwiękiem oferowanym przez dyrygentów francuskich.

Jewgienij Mrawiński, Orkiestra Filharmonii Leningradzkiej, 1962, 23:40, Melodya

 

 

W następnym wpisie wrócę do francuskich nagrań szkiców Debussy’ego. W planach jest m.in. Monteux, Dutoit i Munch, a na koniec, last but not least, Arturo Toscanini.

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.