O Morzu – część trzecia

W poprzednim wpisie sporo miejsca poświęciłem interpretacjom bardzo subiektywnym, odchodzącym od tego, co Debussy zapisał w partyturze. W dzisiejszym wpisie będzie na odwrót – napiszę parę słów o nagraniach dyrygentów, którzy za punkt honoru stawiali sobie wierną realizację tego, co było intencją kompozytora. Kilku z nich, jak Pierre Monteux, Ernest Ansermet i Arturo Toscanini znało Debussy’ego osobiście. Ostatni z nich uczynił z Morza jeden z podstawowych utworów w swoim repertuarze, co przełożyło się też na ilość nagrań. Nie uprzedzajmy jednak faktów i przyjrzyjmy się każdemu nagraniu z osobna.

 

5183gZVmHTL

 

Ernest Ansermet w nagraniu z 1947 roku pozostawił interpretację lekką, zwiewną, pozbawioną większych kontrastów i sentymentalizmu, utrzymaną w szybkich tempach i… odrobinę za mało zaangażowaną i niedramatyczną. Nastroje kompozycji Debussy’ego są tu raczej zasugerowane niż określone wprost. Innych nagrań Ansermeta (z 1957 i 1964 roku, z tą samą orkiestrą) nie znam, ale jeśli wierzyć recenzjom – są bardzo do siebie podobne. Czy w opanowaniu Ansermeta jest coś złego? Osobiście czułem się znudzony, ale  oceńcie sami, oto zakończenie pierwszej części, znane Wam już z nagrań Bouleza i Martinona:

 

Posłuchajcie też melodii drewna z trzeciej części i zobaczcie, jak bardzo różni się od interpretacji Bernsteina:

 

Ernest Ansermet, Orchestre de la Suisse Romande, 1947, 21:49, Cascavelle

 

 

41n3MEyIGEL

 

 

Pierre Monteux nagrał Morze tylko jeden raz. Jego wizja jest po francusku klarowna, tempa szybkie, a poziomy energii i adrenaliny – bardzo wysokie! Wykonanie byłoby świetne, gdyby nie dość marnej jakości dźwięk…Jednak nawet pomimo tych ograniczeń wizja Monteux fascynuje i wciąga. Posłuchajcie dwóch fragmentów – pierwszego z solówką skrzypiec z pierwszej części (był wcześniej w wykonaniu Martinona i Stokowskiego):

 

I jeszcze kulminacja Gry fal, której wcześniej nie wstawiałem:

 

Pierre Monteux, Boston Symphony Orchestra, 1954, 22:48, RCA

 

 

 

81-DJfhd3VL._SL1500_

 

W tym samym roku z Boston Symphony Orchestra nagrał Morze również Charles Munch. Interpretacja to dziwnie sucha, pozbawiona uroku i głębszego zaangażowania, a przy tym nie nagrana najlepiej. Ciekawe są balanse uzyskiwane pomiędzy grupami instrumentów i szczegóły, jakie dyrygent wydobywa pomiędzy głównymi liniami melodycznymi a akompaniamentem, ale to za mało, żeby zaangażować… Posłuchajcie tego samego fragmentu pierwszej części, który dałem przed chwilą w wykonaniu Monteuxa:

 

I jeszcze zakończenie trzeciej części, Rozmowy wiatru i morza. Niestety – blado i nieciekawie:

 

Charles Munch, Boston Symphony Orchestra, 1954, 22:52, RCA

 

 

 

41IjshBKVIL

 

 

 

Nagrania Paula Paray’a miło się słucha, choć nie sądzę, żeby kimkolwiek wstrząsnęło. Dźwięk nie jest najlepszy. Paray prowadzi orkiestrę w ostrożny sposób i tylko z rzadka pozwala sobie na odrobinę szaleństwa, jak w drugiej części, w której narracja jest bardzo wartka. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że za wyjątkiem tylko kilku miejsc interpretacja jest drętwa…

 

Posłuchajcie kulminacji Gry fal:

 

A to początek Rozmowy wiatru z morzem. Suspensu tam nie odczujecie:

 

Paul Paray, Detroit Symphony Orchestra, 1955, 22:30, Mercury Living Presence

 

 

 

41ujKLKC36L

 

Dużo bardziej wyraziste jest Morze Charlesa Dutoita. Brzmienie orkiestry jest niezwykle bogate i zróżnicowane, a ciekawe rzeczy zaczynają się dziać już w drugim takcie pierwszej części. Dwie harfy wymieniające się oktawami brzmią zazwyczaj tak samo. Tutaj pierwsza z nich brzmi bardziej miękko od drugiej, co od razu wzbogaca kolorystykę brzmienia a przy tym wprowadza element dialogu pomiędzy tymi instrumentami. Posłuchajcie też akompaniamentu – w większości nagrań słychać po prostu jakieś niskie mruczenie, tutaj dźwięk H kontrabasów jest dźwięczny i… co tu dużo mówić – piękny:

 

Wykonanie Dutoita nie jest tak pedantyczne jak te Ansermeta, Paraya czy Muncha. Pełno tu życia i polotu, podobnie jak u Monteuxa czy Martinona. Brzmienie bogate, ale zdyscyplinowane i ostre. Posłuchajcie, jaki przepięknie brzmią smyczki pod koniec pierwszej części:

 

Zwróćcie też uwagę, jakie ciekawe rzeczy wydobył Dutoit w Grze fal. Melodię mamy w drewnie, w oboju, ale posłuchajcie szemrzącego akompaniamentu smyczków grających tremolo w różnych rejestrach – a to w iskrzącym wysokim, a to niskim i warczącym:

 

Część trzecia imponuje złowrogą energią i świetnie podkreślonym rejestrem basowym. Posłuchajcie pomruków kontrabasów w tle:

 

Charles Dutoit, Orchestre Symphonique du Montreal, 1989, 22:58, Decca


51PO+Qaw-HL

 

Dyrygentem, który miał do Morza wyjątkowy stosunek, był legendarny Arturo Toscanini. Współpracował z Debussy’m przy kilku wykonaniach tego utworu i namówił nawet kompozytora na retusze w instrumentacji, a później wprowadził utwór  na stałe do swego repertuaru i wykonał go niezliczoną ilość razy. Toscanini pozostawił po sobie co najmniej sześć nagrań Morza – dwa z nich to nagrania studyjne, pozostałe pochodzą z koncertów. Najbardziej znane i najłatwiej dostępne jest nagranie z NBC Symphony Orchestra. Jest niezwykle klarowne, energiczne, a kulminacje oszałamiają mocą. Wszystkie sekcje orkiestry są dobrze zbalansowane. Posłuchajcie dobrze już znanego fragmentu pierwszej części:

 

Włoski dyrygent ma tendencję do wyciągania ciekawych brzmień z sekcji blachy, co daje zaskakujące rezultaty pod koniec części pierwszej. Tam, gdzie słuchacz przyzwyczajony jest do tego, żeby słyszeć tylko smyczki, niespodziewanie w tle odzywają się puzony i tuba:

 

Gra fal urzeka witalnością i niezwykle ostrym zarysowaniem konturów:

 

Część trzecia zaskakuje detalami wydobytymi w zakończeniu w sekcji blachy, zwróćcie też uwagę na potężne zwolnienie pod sam koniec:

 

Arturo Toscanini, NBC Symphony Orchestra, 1950, 23:31, RCA

 

 

7148pEP63NL._SL1200_

 

 

 

Bardzo odmiennie brzmi nagranie koncertowe z BBC Symphony Orchestra z 1935 roku. Nieznacznie szybsze od studyjnego, jest również bardziej delikatne w brzmieniu, a także mniej selektywne. Intrygująco brzmi staromodne portamento w solówce skrzypiec w pierwszej części:

 

Również w trzeciej części możemy usłyszeć ten sam zabieg:

 

Toscanini jest tu bardziej spontaniczny i elastyczny, jeśli chodzi o zmiany tempa i subtelne wahania nastrojów. Niestety dźwięk pozostawia wiele do życzenia. Nawet najnowsze wersje wydaje na CD brzmią paskudnie i żaden remastering chyba już tu nie pomoże.

 

Arturo Toscanini, BBC Symphony Orchestra, 1935, 21:37, Warner

4154MPQCMNL

 

 

Wspaniałe jest nagranie koncertowe Toscaniniego z NBC Sympnony Orchestra z 1940 roku. Dźwięk orkiestry jest ostry jak brzytwa, a sama interpretacja powala intensywnością. Toscanini rozpalił orkiestrę do czerwoności. Przyznam szczerze, że takiej dzikości się nie spodziewałem! Dużo tu również kontrastów tempa – subtelnych zawahań, zwolnień i przyspieszeń. Grzmiąca owacja na zakończenie koncertu nie dziwi wcale a wcale. Wrażenie psuje tylko kiepski dźwięk, umykają tu też niektóre detale. Do posłuchania zakończenie pierwszej części:

 

I fragment trzeciej:

 

Arturo Toscanini, NBC Sympnony Orchestra, 1940, 22:45, Naxos Historical

 

 

81enD-AmpcL._SL1500_Jeszcze inne jest nagranie studyjne z Philadelphia Orchestra z 1942 roku. Jest też wyjątkowe, kiedy zdamy sobie sprawę, że były to czasy, kiedy dyrygenci zazdrośnie strzegli swoich orkiestr przed konkurentami. Dźwięk jest klarowny – jak zawsze w przypadku Toscaniniego, ale dochodzi tutaj jeszcze jeden szczegół… Otóż Filadelfijczycy przez ponad 20 lat byli praktycznie na wyłączność orkiestrą Stokowskiego, który wypracował z nimi swój własny, bardzo charakterystyczny dźwięk. Miękki, jedwabisty i delikatny, skrajnie odmienny od tego, który Toscanini uzyskiwał z NBC – swoją orkiestrą. Jednak właśnie to zetknięcie zmysłowego dźwięku Stokowskiego z temperamentem i dyscypliną Toscaniniego sprawia, że to nagranie jest tak ciekawe i odmienne. Mariaż ognia i wody zdaje w tym przypadku egzamin. Dźwięk jest, jak na swój wiek, bardzo dobry! Posłuchajcie wiolonczel w pierwszej części, posłuchajcie też, w jak elastyczny sposób Toscanini kształtuje frazy, lekko zwalniając pod koniec i potem lekko przyspieszając:

 

Tak brzmi początek drugiej części – posłuchajcie, jak delikatne i zróżnicowane jest brzmienie orkiestry:

 

A to fragment trzeciej części, wcześniej wklejony przy nagraniu Toscaniniego z BBC z 1935. Barwa smyczków jest zupełnie inna niż w nagraniu brytyjskiej orkiestry:

 

Arturo Toscanini, Philadelphia Orchestra, 1942, 22:18, RCA

O czym będziecie mogli poczytać za tydzień? O kilku bardzo zróżnicowanych wykonaniach, w tym  o aranżacji Morza na trzy fortepiany, jednych nagraniu na instrumentach historycznych, pierwszej w historii fonografii rejestracji tego utworu oraz jednym nagraniu tak osobistym i uderzająco odmiennym, że bledną przy nim wszelkie ekscesy Stokowskiego i Mitropoulosa. Do zobaczenia za tydzień 😉

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.