Szeherezada Rimskiego-Korsakowa – część piąta

Mieliśmy już okazję rzucić uchem na wiele bardzo zróżnicowanych wykonań Szeherezady – były wykonania rosyjskie, francuskie, były interpretacje „normalne” i obiektywne, były i osobiste, powydziwiane i ekscentryczne. Ostatnia część tego przewodnika to spotkanie z jednym takim chłodnym i lakonicznym wykonaniem, z kilkoma bardzo romantycznymi i jednym, które wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Lecim?

Igor Markevitch w swoim nagraniu z LSO poszedł w stronę przejrzystości. Orkiestra brzmi klarownie, ale odbija się to na ekspresji. To taka Szeherezada trochę à la Ansermet – lakoniczna, zwięzła, bardziej apollińska niż dionizyjska. Srodze zawiodą się na niej ci, którym zależy na dużych emocjach i na sile brzmienia. Markevitch eksponuje sekcję drewna, blachę spychają momentami do roli niezbyt interesującego tła.

Przyznacie chyba, że temat sułtana nie brzmi zbyt obiecująco:

 

Wiele tu ważnych z punktu widzenia dramaturgii pasaży, które przechodzą kompletnie bez echa, jak zakończenie drugiej części:

 

Posłuchajcie terkoczącego akompaniamentu fletów w trzeciej części:

 

Niestety, finał rozczarowuje. Niewiele tu emocji, niewiele też czysto fizycznej siły brzmienia:

 

Klarowność jest zawsze w cenie, ale trzeba pamiętać, że to nie wszystko, zwłaszcza w przypadku tak barwnego i emocjonalnego utworu. Pewnie dlatego interpretację Markevitcha odebrałem jako chłodną i pedantyczną. Dźwięk jest płaski i mało przestrzenny, co tylko pogarsza i tak niezbyt korzystne wrażenie.

Nagrania nie znalazłem ani na Youtube ani na Spotify. Na płyty CD (chyba) też nigdy nie trafiło.

 

Igor Markevitch, London Symphony Orchestra, 1962, I – 9:55, II – 10:29, III – 9:24 , IV – 12:45, [42:43]

 

 

 

 

 

Kompletnie odmiennie brzmi Szeherezada pod batutą Herberta von Karajana w jego jedynym nagraniu tego utworu. To bardzo dramatyczna wersja, pełna napięcia, kontrastów i zmysłowej atmosfery. Berlińczycy grają masywnym, pełnym i nasyconym dźwiękiem. Pierwsza część jest znakomicie zagrana. Zwróćcie uwagę jak złowrogo faluje tu morze i jak głośno i niepokojąco brzmi pizzicato smyczków:

 

Epizody oznaczone jako Tranquillo mocno kontrastują z odcinkami tutti pod względem tempa i dynamiki:

 

W części trzeciej uszy pieści przepiękny, jedwabisty dźwięk smyczków:

 

Dźwięk Berlińczyków jest bardziej zbity i mniej przejrzysty niż w wersji Markevitcha, ale bądźmy szczerzy – nie można mieć wszystkiego. Karajanowi nie udało się również uciec przed pułapką nadmiernej czułostkowości w tej części. Szeherezada jest, owszem, uczuciowa, ale czy na pewno aż tak sentymentalna?:

 

Finał jest równie gwałtowny jak część pierwsza i oczywiście więcej w tym dobrego niż złego. Problem w tym, że nie jest zbyt przejrzysty i jeśli nie znamy dobrze Szeherezady, będziemy musieli zadowolić się tylko główną warstwą narracji, bez jakichś większych detali. Orkiestra brzmi też momentami zbyt masywnie i gubi gdzieś po drodze impet wypracowany w poprzednich częściach:

 

Wartym odnotowania akcentem jest udział w nagraniu świetnego solisty – Michela Schwalbégo. Schwalbé, przez blisko 30 lat koncertmistrz Berlińczyków, był Polakiem urodzonym w Radomiu i wykształconym w Warszawie. Wydaje mi się, że z taką wiedzą trochę inaczej słucha się tej Szeherezady.

 

Herbert von Karajan/Michel Schwalbé, Berliner Philharmoniker, 1967, I – 10:03, II – 12:51, III – 10:41, IV – 12:56 [46:38], Deutsche Grammophon

 

 

51FkO90fYMLCzy jest ktoś, kto może przebić Gołowanowa jeśli idzie o energię i jednocześnie ekscentryczność interpretacji? Owszem, a dokonał tego nie kto inny a Leopold Stokowski, dla którego zresztą Szeherezada stanowiła jeden z ulubionych utworów w repertuarze i którą nagrał aż siedem razy. Proponuję przyjrzeć się kilku nagraniom, a na pierwszy ogień wziąć nagranie zarejestrowane w technice Phase 4 dla Dekki. Jakość gry Londyńczyków jest rewelacyjna, dźwięk jest doprawdy kosmiczny. Lepiej brzmiącej Szeherezady nie ma. Chociaż nie jest to dźwięk, który każdemu trafi do gustu. Jest przebogaty, gęsty, nasycony i ciepły. Fenomenalnie brzmią smyczki – jedwabiście i miękko, do czego bez wątpienia przyczyniło się wolne smyczkowanie, które Stokowski tak uwielbiał i które jako pierwszy wprowadził jako zasadę gry sekcji smyczkowej w swoich orkiestrach. Sposób, w jaki dyrygent frazuje, cieniuje dynamikę, przyspiesza i zwalnia – otwiera oczy na to, w jak odmienny sposób można Szeherezadę usłyszeć. Nie każdemu się to spodoba – momentami stoi bowiem w jawnej sprzeczności z partyturą. Takich zabiegów jest tu bez liku, ale dyrygent nie ogranicza się tylko do zabawy tempemi i dynamiką. Wprowadza też znaczące zmiany w orkiestracji Rimskiego-Korsakowa. Tak brzmi fragment z początku pierwszej części. Kołysanie orkiestry Stokowskiego ma w sobie coś hipnotyzującego:

 

Jedna z kulminacji w tej części. Zwróćcie uwagę, że dyrygent dodał talerze. Posłuchajcie, jak płynnie buduje się napięcie i jak oszałamiająco potężnie brzmi tu LSO:

 

W drugiej części dyrygent pokusił się o dodatnie do arsenału Rimskiego-Korsakowa ksylofonu, który dubluje melodię fletu piccolo:

 

Posłuchajcie kolejnej oszałamiającej kulminacji i zwróćcie uwagę na rewelacyjne solo harfy:

 

Stokowski musiał lubić ten instrument, podłożył go bowiem pod figuracje klarnetu w trzeciej części:

 

Posłuchajcie pierwszej kulminacji w trzeciej części. Mamy tu jedną frazę, powtórzoną dwa razy, za każdym razem crescendo od p do ff, bez zmiany tempa. Stokowski nie dość, że bardzo zwalnia grając powtórkę, to jeszcze gra ją diminuendo. Efekt jest przepiękny i bardzo zmysłowy:

 

W finale również czeka nas trochę zmian. Pizzicato smyczków dublowane jest przez piccolo:

 

Mamy tu też kilka dodatkowych, potężnych uderzeń w tam-tam:

 

Po wielkiej kulminacji do akordu drewna dyrygent dodał trąbkę con sordino:

 

Wszystko to zrealizowane jest na takim poziomie napięcia i energii, który wydaje się wręcz nieprawdopodobny, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Stokowski w czasie nagrywania tej Szeherezady miał 82 lata. Posłuchajcie tylko łamanych akordów w pierwszej części, posłuchajcie z jakim rozmachem i przepychem budowane są kulminacje. Posłuchajcie wreszcie, jak fantastycznie barwna jest orkiestra Stokowskiego, ile detali i charakteru dyrygent wydobywa z opowieści Rimskiego-Korsakowa.

Leopold Stokowski/Erich Gruenberg, London Symphony Orchestra, 1964, I – 10:03, II – 11:42, III – 11:53, IV – 12:06 [45:43], Decca

 

81ylyDLstoL._SL1417_Bardzo odmienna jest interpretacja tego dyrygenta, zarejestrowana dwa lata wcześniej podczas koncertu w Filadelfii. Powroty Stokowskiego do orkiestry, którą rozsławił na całym świecie i uczynił jednym z najlepszych zespołów na świecie, były zawsze wyjątkowymi wydarzeniami. To słychać. Nie tylko tempa są szybsze, ale też i poziom napięcia jest zupełnie fantastyczny, a kto nie wierzy, niech posłucha zakończenia drugiej części. Filadelfijczycy grają z wirtuozerią i polotem, dźwięk jest też bardzo odmienny od nagrania z LSO. To nagranie koncertowe, zatem balans pomiędzy grupami instrumentów jest bardziej naturalny. Sporym zaskoczeniem było dla mnie kilka nowych eksperymentów Stokowskiego – a to crescendo na ostatnim dźwięku w pierwszej części, a to przeciągnięty dźwięk drewna w zakończeniu trzeciej. Posłuchajcie frazowania na początku ostatniej części – dwa pierwsze takty z tematem sułtana zagrane są bardzo powoli, dwa następne, kończące frazę, bardzo szybko. Dla ciekawych i lubiących eksperymenty – oba nagrania to pozycje obowiązkowe.

 

Leopold Stokowski, Philadelphia Orchestra, 1962, I – 9:17, II – 11:05, III – 9:59, IV – 12:11 [42:32], Guild

 

512DHXTTSZL

 

 

 

 

Ale jest jeszcze jedna Szeherezada Stokowskiego, którą nagrał kilkanaście lat później, wieku 93 lat. Tym razem dyrygent pracował z Royal Philharmonic Orchestra, dawnym zespołem Beechama. Rezultat jest jednak zaskakujący. O ile interpretacja Stokowskiego jest żywiołowa, o tyle dźwięk jest zaskakująco przymglony, a grze orkiestry brakuje tej demonicznej ostrości i pazura znanych z jego poprzednich nagrań:

 

Przymglenie skutkuje zaś tym, że pewne detale giną a masie brzmienia, a kulminacje są zaskakująco mało przejrzyste. Brzmi to tak, jakby Stokowski miał gorszy dzień i nie w pełni panował nad swoim zespołem. W drugiej części ponownie mamy ksylofon, ale energii już nie uświadczymy:

 

Ciekawie brzmi część trzecia, potraktowana przez dyrygenta lekko, zagrana dźwiękiem zupełnie odmiennym od tego znanego z poprzednich nagrań:

 

Czwarta część ma swoje dobre momenty. Jednym z nich jest bez wątpienia powrót tematu sułtana:

 

To dobre nagranie. Ma swoje interesujące momenty, ale do poprzednich rejestracji Stokowskiego wiele mu brakuje.

 

Leopold Stokowski/Erich Gruenberg, Royal Philharmonic Orchestra, 1975, I – 9:33, II – 11:17, III – 11:21, IV – 12:02 [44:16], RCA

 

51pxdbb9rsLCzy to wszystko, co mają do powiedzenia wykonawcy w Szeherezadzie? Czy rzeczywiście all is said and done? Nie, albowiem na placu płytowego boju pozostał jeszcze Sergiu Celibidache, który co prawda za muzyką Rimskiego-Korsakowa nie przepadał, ale dla Szeherezady robił wyjątek. Podobno miał się którego razu zadumać nad partyturą i zapytać: „jak to się stało, że taki głupi kompozytor napisał taką wspaniałą rzecz?” Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale znam jego nagranie suity Rimskiego-Korsakowa. Czy to „wspaniała rzecz”? I tak i nie. Srodze zawiodą się na tym nagraniu ci, którzy szukają fajerwerków i dramatyzmu. Nagranie Celibidache jest dramatyczne… ale na swój własny, wyjątkowy sposób. Można powiedzieć, że jest powolne – jest o 10 minut wolniejsze od standardowych Szeherezad Stokowskiego i Beechama i aż o 15 minut wolniejsze od rejestracji Rodzińskiego i Monteux’a. Trzeba do niego przywyknąć. Kiedy kupiłem płytę z tym nagraniem, po jednym wysłuchaniu od razu wystawiłem ją do sprzedaży na Allegro – tak mi się nie podobała. Wróciłem do niej po pięciu latach… i byłem zachwycony. Celibidache rozpoczyna Szeherezadę mało obiecująco – w temacie sułtana bardziej słychać smyczki niż blachę, przez co może wydawać się niewystarczająco pewny i mocny:

 

Jednakże solo skrzypiec jest naprawdę cudowne – melancholijne i pełne orientalnego uroku:

 

Jeśli już jesteśmy przy melancholii – nie ma chyba dyrygenta, który byłby tak wyczulony na smutek Szeherezady jak Celibidache. Posłuchajcie tylko solówek drewna w drugiej części – fagotu, oboju i klarnetu. Są bardzo powolne i melancholijne w wyrazie, a Celibidache kompletnie zignorował oznaczenie scherzando, jakie umieścił przy nich kompozytor:

 

Rozpiętość dynamiki jest oszałamiająca – są tu miejsca tak ciche, że niemal niesłyszalne, są momenty zagrane tak powoli, że wydaje się, że czas stanął w miejscu, ale są też kulminacje powalające potęgą brzmienia. Lecz zawsze jest to dobrze zbalansowana potęga, świetnie rozplanowana. To właśnie planowanie, budowanie architektoniki i formy utworu jest tu tak fascynujące i hipnotyczne. Posłuchajmy zakończenia trzeciej części:

 

Kiedy już przyzwyczaisz się, Drogi Słuchaczu, do powolnego oddechu tej interpretacji, poczujesz, że wcale nie wydaje Ci się tak powolny, że tak naprawdę wszystko tu jest na swoim miejscu. Akcja rozpędza się baaaaaardzo powoli, aż w finale nabiera niepowstrzymanego rozpędu:

 

Sergiu Celibidache, Münchner Philharmoniker, 1984, I – 12:04, II – 15:47, III – 12:11, IV – 14:09 [54:09], Warner

 

Wspominałem Wam już, że zazwyczaj jestem ostrożny w ferowaniu ostatecznych wyroków. Z tym utworem jest inaczej. Nic nie poradzę, ale dla mnie Szeherezadą wszystkich Szeherezad jest nagranie Stokowskiego rocznik 1964. Ma rewelacyjną grę orkiestry, cudowny dźwięk i pełen wschodniego przepychu, namiętny klimat. Pozostałe wersje nagrane pod jego dyrekcją są równie ekscytujące i fascynujące. Trzeba jednak pamiętać, że Stokowski wydziwia tam bardziej niż Bernstein, Scherchen i Fried razem wzięci. A więc Stokowski. Czyje Szeherezady zapadły mi jeszcze w pamięć? Spodobały mi się wersje Rodzińskiego, oba nagrania Monteux’a, van Beinuma i Ansermeta (1948). Bardzo lubię emocjonalne i przepyszne odczytania tego utworu pod batutą Rostropowicza, Swietłanowa, Silvestriego, Bernsteina (jednak!), Doratiego (1937) i Gołowanowa. Chailly, Dutoit, Previn? Dobrze zagrane i nagrane wersje, ale bezosobowe. Podobnie chłodna i bezosobowa wydała mi się wersja Scherchena, Markevitcha i drugie nagranie Ansermeta. Wersje Reinera, Beechama, Kondraszyna, Giergijewa, Ormandy’ego i Frieda mają swoje plusy, ale w ostatecznym rozrachunku nie wydały mi się tak godne uwagi.

Jest jeszcze Celibidache. Wygrywa hors concours, bo jego interpretacja jest tak swoista i niezwykła, że trudno porównać ją z tym co zrobili inni dyrygenci. Albo będziecie ją kochać, albo ją znienawidzicie. Albo… nauczycie się ją kochać.

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.