Marek Janowski & Sinfonia Varsovia po raz ostatni

Każdy występ Marka Janowskiego podpada pod kategorię wydarzenia specjalnego i budzi duże zainteresowanie publiczności, choć – jak już nieraz tu pisałem – rezultaty nie zawsze były zachwycające. Tym razem podczas koncertu z Orkiestrą Sinfonia Varsovia w S1 dyrygent sięgnął po dzieła Richarda Wagnera i Antona Brucknera.

W pierwszej części koncertu zabrzmiała Uwertura i bacchanaleTannhäusera. Nie przypominam sobie, abym słyszał to dzieło wcześniej na żywo. Ma dobre momenty, jest błyskotliwie orkiestrowane, choć w pewnym momencie napięcie zupełnie w tej muzyce opada, a zakończenie jest już zupełnie rozwleczone. Wykonanie pod batutą Janowskiego było dobre, orkiestra była świetnie przygotowana, ale jednak interpretacja pozostawiła pewien niedosyt. To muzyka, która potrzebuje, zwłaszcza w odcinku środkowym, więcej zapamiętania i więcej energii. To wykonanie było zaś po prostu zbyt miarowe i sztywne pod względem rytmu. Zastrzeżenia budził także balans – perkusja (talerze, trójkąt, tamburyn) była zbyt wycofana, przy czym kastaniety zabrzmiały już właściwie.

Siódmą Brucknera sytuacja przestawia się zgoła inaczej. Słyszałem już na żywo interpretacje Jerzego Semkowa, Stanisława Skrowaczewskiego, Alexandra Liebreicha, Yaroslava Shemeta, Zubina Mehty, Christopha Eschenbacha, Herberta Blomstedta i Bernarda Haitinka. Jest co wspominać i do czego porównywać. Janowskiego w Brucknerze słyszałem do tej pory raz, bardzo dawno temu, kiedy ma Festiwalu Beethovenowskim poprowadził Ósmą.
Siódmą wykonał w wartkich tempach, potoczyście, płynnie, z rozmachem i zwartością. Nie było przestojów, muzyka płynęła swobodnie, nawet w części wolnej, w której kulminacja została zbudowana z naprawdę imponującym rozmachem. Czuć było, że orkiestra gra na 120%, że jest skupiona i zmobilizowana. Już od ciepłego śpiewu wiolonczel na początku dało się wyczuć napięcie, które utrzymało się do końca. Blacha ciepła i zwarta, drewno wyraziste, smyczki ciepłe i ekspresyjne.
Pod względem koncepcji wszystko było na swoim miejscu. Scherzo było rytmiczne, ale miało też odpowiedni ciężar, finał zaś wypadł rześko i energicznie. Pomiędzy częściami zapadała kompletna cisza – skupienie wytworzone przez Janowskiego udzielało się publiczności. Tak zaczarować całą salę potrafią tylko najwięksi.

Janowski, mimo 87 lat, nadal ma pełną kontrolę nad tym, co robi. Dyrygował na stojąco i z pamięci. Bez wątpienia jest w świetnej formie, ale mimo tego podjął decyzję o przejściu na emeryturę, a ten koncert z Sinfonią Varsovią był jego ostatnim występem w Polsce. To na pewno była dla niego trudna decyzja, najwyraźniej jednak uznał, że lepiej, żeby pytano, dlaczego już nie występuje, niż dlaczego jeszcze występuje. Odchodzi wtedy, kiedy może, a nie kiedy musi. Słuchając występów Daniela Barenboima czy Zubina Mehty, aż korci, żeby zadać im to samo pytanie – i wcale nie bez powodu.

foto. Felix Broede

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.