Tym razem do Filharmonii Śląskiej przyciągnął mnie koncert amerykańskiego pianisty Williama Yanga, laureata szóstej nagrody podczas ubiegłorocznej edycji Konkursu Chopinowskiego. Słyszałem o jego grze dużo dobrego, postanowiłem więc na własne uszy przekonać się, jak wypada gra tego młodego (rocznik 2001) artysty na żywo. W programie znalazły się oczywiście utwory Fryderyka Chopina, przy czym wydarzenie zostało pomyślane w nieco niestandardowy sposób. Otóż w pierwszej części wieczoru artysta wykonał partię solową w Koncercie f-moll z towarzyszeniem grającej bez dyrygenta Śląskiej Orkiestry Kameralnej. Pięcioro pierwszych skrzypiec, czworo drugich skrzypiec, trzy altówki, trzy wiolonczele i kontrabas – to było wszystko. Pisałem już kiedyś, co sądzę o tego typu redukcjach w utworach Chopina. Nie wydają mi się udane. Ale złego słowa nie mogę powiedzieć o katowickim wykonaniu. Było znakomicie przygotowane, a ciasna akustyka nie stanowiła tym razem przeszkody w rozkoszowaniu się muzyką. Jeśli chodzi o wykonanie partii solowej, to wzbudziło we mnie mieszane odczucia. Nie mogę odmówić pianiście znakomitego przygotowania technicznego, ale jego wykonanie odebrałem jako nazbyt trzeźwe, a przez to mało poetyckie i dość mało zniuansowane pod względem temp. Najbardziej rzucało się to w uszy w dość pospiesznie potraktowanej części wolnej, w której mało było zawahań i subtelności. Na dodatek brzmienie steinwaya Yanga w forte i w wysokim rejestrze było nadmiernie ostre, niepotrzebnie agresywne. Wczesne koncerty Chopina zdecydowanie kojarzą mi się z brzmieniem bardziej zniuansowanym, tak pod względem kolorostyki jak i agogiki.
Druga część koncertu była już wyłącznie fortepianowa i dość krótka. Znalazły się w niej Barkarola Fis-dur i… II Sonata b-moll. Ta druga pozycja szczególnie mnie zaintrygowała, usłyszałem bowiem ten utwór już po raz trzeci w tym sezonie. Miesiąc temu wykonywała go arcylirycznie Kate Liu w Filharmonii Narodowej, a 19 lutego – Ivo Pogorelich podczas recitalu w Narodowym Forum Muzyki. Było więc pole do porównań, a nie była to moja ostatnia Sonata b-moll w tym sezonie (ale o tym już kiedy indziej). Barkarola była osobliwa. Young wykonał ją w bardzo szybkim tempie, niemal bez zwolnień. Pokazał tu też ładną barwę i umiejętność zaokrąglania fraz. Rzecz w tym, że dawał im na to zaokrąglanie bardzo mało czasu, nie pozwalał muzyce do końca się rozśpiewać.
To podejście okazało się lepsze w sonacie. Tutaj rzeczowość podejścia pasowała bardziej, a suche staccato w basie dobrze podkreślało mnogość warstw w pierwszych dwóch ogniwach. Marsz był utrzymany w umiarkowanym tempie, był subtelny i raczej pozbawiony patosu. Pianista doczekał się dobrego przyjęcia, za które odwdzięczył się wykonaniem Preludium e-moll.
Moje wrażenie jest jednak takie, że to raczej typ intelektualny i poważny, mocno wycofany, skupiony na muzyce, a nie na pozyskiwaniu sympatii publiczności i na robieniu na niej wrażenia. Nie jest to w żadnym wypadku zwierzę estradowe w stylu Bruce’a Liu czy Marthy.
foto. Karol Fatyga Fotografia/Filharmonia Śląska
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć niezależną krytykę? Odwiedź mój profil w serwisie Patronie.pl i zostań mecenasem Klasycznej Płytoteki:
