Od czego zacząć słuchanie klasyki?

Znajomi i nieznajomi często zadają mi tytułowe pytanie. Od czego zacząć słuchanie klasyki? Od jakich utworów, od jakich kompozytorów? Pomyślałem zatem, że warto byłoby popełnić tekst dla tych, którzy uważają się za laików, a chcieliby poznać lepiej repertuar i słuchać wybranych utworów bardziej świadomie. Zanim jednak przejdę do konkretnych porad – podzielę się z Wami moimi osobistymi doświadczeniami i moją historią.

Wszystko zaczęło się kiedy miałem 6 lat – 25 lat temu, w roku 1992. Dostałem wówczas w swoje ręce krążek z serii Muzyka mistrzów. Album zawierał muzykę Piotra Czajkowskiego – I Koncert fortepianowy b-moll i dwie suity – jedną z Dziadka do orzechów, drugą z Jeziora łabędziego. Oczywiście nie miałem wtedy cierpliwości, żeby przesłuchać w całości pierwszej części Koncertu. 23 minuty? Czy ktoś w ogóle jest w stanie tyle wysiedzieć?… Suity były dla mnie idealne – składały się z krótkich, melodyjnych utworów, które trwały 3-4 minuty. Wpadłem po uszy i słuchałem ich na okrągło. Szybko przyszedł czas na innych kompozytorów, zwłaszcza na VIII i IX Symfonię Dvořáka i na Fantastyczną Berlioza, potem na Jowiszową Mozarta i na niektóre symfonie Beethovena. Potem był Totentanz Liszta i Tańce węgierskie Brahmsa. Koncert fortepianowy d-moll tego kompozytora był przez długi czas poza zasięgiem mojej cierpliwości i zdolności percepcyjnych. A symfonie Mahlera, którego teraz uwielbiam? Powiem Wam zupełnie szczerze – na początku ich nie cierpiałem. Totalnie mnie przerastały – czasem trwania, poziomem komplikacji, emocjami zawartymi w muzyce. Dotarłem do nich dużo później i zajęło mi to mnóstwo czasu.

Po co ten przydługi autobiograficzny wstęp? Po to, żeby pokazać Wam, że nie wszystko może przyjść od razu i do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Napisałem od czego zacząłem, więc pewnie chcielibyście, żeby podpowiedział Wam, od czego Wy sami zacząć powinniście. Jeśli tego oczekiwaliście to muszę Was srodze rozczarować. Nie wiem, od czego zacząć. Suity Czajkowskiego były odpowiednie dla 6-letniego chłopca, jakim wtedy byłem. Pewnie i Wam łatwo wpadną w ucho, podobnie jak wiele innych krótkich i znanych utworów – suity z Carmen Bizeta czy suity z muzyki scenicznej do Peer Gynta Griega. Czy to znaczy, że powinniście stronić od dłuższych i bardziej skomplikowanych utworów? W żadnym razie! Być może trwające ok. 40 minut koncerty Brahmsa i Czajkowskiego będą dla Was w sam raz. Ba, być może zaczniecie od symfonii Brucknera lub Mahlera i 70 minut zleci Wam tak szybko, że nawet się nie zorientujecie kiedy utwór się skończył. Jest jedna ważną rzecz, która może deprymować wielu początkujących słuchaczy. Bierzesz do ręki płytę z utworem, który trwa dość długo, wkładasz do odtwarzacza i słuchasz. Co zostaje Ci w głowie kiedy płyta się skończy? Bardzo niewiele, co najwyżej mgliste impresje i generalne odczucie, które mówi Ci, czy jesteś na tak czy na nie. Zdarza się, że nawet tego odczucia czasem nie ma. Nie powinieneś się tym przejmować. Ja też tak mam. Potrzebuję dużo czasu, żeby poznać i zapamiętać nowe utwory. Mój patent na ich poznanie może wydawać się paradoksalny. Kiedy bowiem biorę do ręki płytę z nowym dla mnie dziełem – nie słucham jej uważnie. Wrzucam do odtwarzacza i niech leci, a ja zajmuję się w tym czasie innymi rzeczami – sprzątam, piszę maila, robię herbatę albo nowy wpis dla Was. W momencie kiedy piszę te słowa z głośników dobiegają mnie dźwięki III Symfonii Kurta Atterberga, której słucham pierwszy raz w życiu. Zapamiętuję bardzo niewiele, ale wiem, że mi się podoba. Na czym polega sekret tej pozornej nieuważności? Na tym, że kiedy słuchasz w ten sposób, utwór i tak przesącza się do Twojego umysłu. Coś tam z niego w Tobie zostaje i kiedy będziesz go słuchał po raz drugi, trzeci i czwarty – za każdym razem będzie zostawać coraz więcej. Któregoś dnia siądziesz, posłuchasz utworu po raz X i stwierdzisz, ku własnemu zaskoczeniu, że znasz go już dość dobrze i kojarzysz, co się w nim dzieje. Proces ten zajmuje trochę czasu i z tego względu nie polecam na pierwszy ogień słuchania utworów bardzo długich. Daruj sobie lepiej Pasję Mateuszową Bacha czy opery Wagnera. Wymagają mnóstwo czasu, a oprócz samej muzyki do ogarnięcia są też słowa – w końcu kiedy słucha się utworu wokalnego to dobrze wiedzieć, o co chodzi. Nie zrozumcie mnie źle – nie odstraszam Was od Bacha i Wagnera i kiedy będziecie mieli okazję posłuchania tych utworów na żywo – korzystajcie, bo pewnie szybko się ona nie powtórzy. Większość teatrów operowych i sal koncertowych stosuje w przypadku utworów tego typu ekrany, na których wyświetla się tekst.

Również sama sytuacja bycia na koncercie wymusza pewien specyficzny sposób koncentracji na muzyce, całkowicie niedostępny w domu. Dźwięk orkiestry na żywo a dźwięk z płyty to dwie zupełnie różne historie. Słuchając płyty masz jakie takie wyobrażenie o tym, jak taka orkiestra brzmi, ale dopiero kiedy tam jesteś i dźwięk będzie powstawał na bieżąco – doświadczysz wrażeń, jakich nie da Ci żadna płyta. Kiedy poczujesz jak od niskich dźwięków organów drży podłoga, jak delikatne jest solo fletu, jak dźwięk tam-tamu rozpływa się w ciszy i jak tutti całej orkiestry wbije Cię w fotel – wtedy dowiesz się, co to znaczy słuchać muzyki na żywo.

Z jakością dźwięku związana jest też kolejna sprawa. Otóż zdecydowanie lepiej jest poznawać nowy dla siebie utwór w interpretacji o dobrej jakości dźwięku. Stare nagrania mają w sobie niezrównany czar, ale niestety fonia utrudnia poznanie samego utworu. Niektórych rzeczy nie słychać i trzeba je dopowiedzieć wyobraźnią – oczywiście kiedy zna się dzieło! Dawny sprzęt nagrywający nie miał też takiej rozpiętości dynamicznej jak współczesny, co skutkuje tym, że dynamika we wszystkich starych nagraniach, choćby najlepszych, jest dość mocno ścięta – od góry i od dołu. Takie rejestracje nigdy nie będą tak głośne ani tak ciche jak współczesne. Naprawdę dobre dźwiękowo płyty zaczęły być produkowane na początku lat 50., a od momentu wprowadzenia dźwięku stereofonicznego jakość brzmienia jest na tyle dobra, że można takie płyty polecać z czystym sumieniem. Są nawet nagrania produkowane w drugiej połowie lat 50. i na początku lat 60., które brzmią o WIELE lepiej od współczesnych nagrań cyfrowych. Wiele genialnych interpretacji zarejestrowano w mono, a wielu artystów, tacy jak Mengelberg, Furtwängler czy Toscanini, nie miało szansy zachować swoich interpretacji w stereo. Kolejna sprawa to remastering. Jedna i to sama rejestracja z lat 30. czy 40. może brzmieć kompletnie inaczej w zależności od tego, kto się remasteringiem zajął i jak się spisał. Nie każde wydawnictwo jest godne zaufania, a wiele tanich, fatalnie przerobionych nagrań zalega na półkach sklepów. Biada komuś, kto skusi się na takiego dźwiękowego potworka – odechce mu się potem Toscaninich i Kusewickich! Są solidne firmy którym można zaufać – zaliczają się do nich Guild Historical, Naxos Historical, Pristine Classical czy Dutton. Jednak nawet w przypadku ich wydawnictw pewne rzeczy będą brzmieć fatalnie, ponieważ zostały fatalnie nagrane i żadne cuda im już nie pomogą. Trzeba się z tym liczyć i dlatego w moim odczuciu starsze interpretacje warto zachować na później, na moment, w którym stwierdzimy, że znamy jakiś utwór dobrze.

Byłem kiedyś przekonany, że nie warto polecać na początku dzieł awangardy i skupić się na lżejszych, tonalnych utworach, do których lepiej dopasowane są nasze uszy. W pewnym momencie zmieniłem zdanie. Może nie będziesz w stanie strawić Mozarta i Haydna, ale pokochasz Ligetiego, wczesnego Pendereckiego czy Bouleza? Nie wiem i Ty też nie będziesz wiedział dopóki nie spróbujesz. Próbuj, poszukuj, nie zrażaj się i wgłębiaj się w to, co Ci się podoba. Nie ma lepszego i bardziej gratyfikującego odczucia niż to, kiedy znasz dobrze utwór, który lubisz. Potem bierzesz do ręki płytę z innym nagraniem i nagle otwierają się przed Tobą zupełnie nowe możliwości. Słyszysz zupełnie różne warstwy, budzą się inne odczucia, pewne rzeczy budzą zachwyt, inne protest. Nie ma nic lepszego i dla takich chwil warto wgłębiać się w pojedyncze utwory i poznawać je jak najlepiej. Zachwyt genialnym wykonaniem utworu który znalazł miejsce w Twoim sercu zostanie z Tobą na zawsze.

 

Foto: Waldemar Kielichowski © Instytut Muzyki i Tańca, Warszawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.