Podczas tegorocznej edycji festiwalu Muzyka w Starym Krakowie wybrałem tylko jeden koncert. W tym przypadku nie liczyła się jednak ilość, lecz jakość. Orkiestrę Filharmonii Krakowskiej poprowadził Maciej Tworek, a jako soliści wystąpili muzycy cieszący się u nas niemal legendarnym statusem: Krzysztof Jakowicz i Lidia Grychtołówna. Program składał się z dwóch koncertów Wolfganga Amadeusa Mozarta, poprzedzonych dwiema kompozycjami polskimi.
Na początek Tworek poprowadził Divertimento D-dur na orkiestrę kameralną Macieja Radziwiłła. Ciekawa to postać: kompozytor i polityk, tworzący w przystępnym stylu galant, aktywny w drugiej połowie XVIII wieku. Jego dzieło ma czytelną, klasyczną strukturę o układzie części szybka–wolna–szybka. To sprawnie napisany utwór – lekki, wdzięczny i śpiewny, choć pozbawiony większej głębi. To muzyka, która nie próbuje być niczym więcej, niż jest: eleganckim divertimentem z epoki stanisławowskiej. Wykonanie było staranne i eleganckie.
Krzysztof Jakowicz wykonał partię solową w Koncercie skrzypcowym D-dur KV 211. Charyzmy i energii mogłoby mu pozazdrościć wielu znacznie młodszych wykonawców. Słyszałem go do tej pory tylko raz, solo. Tym razem można było zwrócić uwagę na to, jak wchodził w interakcje z orkiestrą: utrzymywał kontakt wzrokowy z muzykami, reagował na ich frazy, a czasem wręcz dołączał się do tutti, najwyraźniej nie mogąc doczekać się chwili, kiedy znów sam zacznie grać. Nie było to może wykonanie nieskazitelne technicznie, ale ile było w tym muzyki! Ile wyczucia, swobody, zrozumienia narracji i tego, czego to dzieło naprawdę potrzebuje. To było właściwie kameralne muzykowanie – uważne słuchanie siebie nawzajem i żywe reagowanie na to, co dzieje się w innych sekcjach orkiestry. Gorąco oklaskiwany Jakowicz wykonał na bis Kaprys polski Grażyny Bacewicz. Słuchało się go z ogromnym zajęciem i wielką przyjemnością. Tak muzykują dojrzali mistrzowie.

Na początku drugiej części zabrzmiała uwertura do opery komicznej Szarlatan, czyli wskrzeszenie umarłych Karola Kurpińskiego, skomponowanej w 1814 roku. Kolejna przystępna kompozycja, stylistycznie przynależąca do późnego klasycyzmu, wykonana sprawnie i z humorem. Bawi, ma temperament i wdzięk, ale nie jest to utwór, o którym pamięta się jeszcze długo po koncercie.
Wreszcie największa atrakcja wieczoru – Koncert fortepianowy A-dur KV 488 Mozarta w wykonaniu Lidii Grychtołówny. Widocznie poruszoną artystkę publiczność przywitała gorącą owacją na stojąco. Jej wykonanie miało wiele zalet. Grała pięknym, ciepłym i szlachetnym dźwiękiem, prosto i bezpośrednio, bez wydziwiania, ujmująco muzykalnie i z wielką swobodą. Gra jest dla Grychtołówny tak naturalna jak oddychanie – to słychać i czuć. Tempa były umiarkowane, ale ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że są zbyt wolne. Kiedy myślę o trzech pianistach, których słyszałem ostatnio, dochodzę do wniosku, że Grychtołówna grała od serca, Schiff – z głowy. U Chena nie było ani serca, ani głowy. Były tylko sprawne ręce. Wracając do Grychtołówny. Jej granie było całkowicie naturalne, dlatego tym bardziej nie przeszkadzało mi, że nie wszystko było idealne. Sekcja dętych drewnianych mogła przygotować się lepiej, a przynajmniej powstrzymać od kilku spektakularnych kiksów. W finale pojawił się też moment chwilowej utraty koncentracji i pianistka na ułamek sekundy zgubiła tok narracji. Jest tam jednak kilka naprawdę trudnych modulacji, na których wykładają się znacznie młodsi pianiści.
Powrót Grychtołówny do Krakowa był bardzo poruszający – zarówno dla niej, jak i dla publiczności, która nie kryła gorącego entuzjazmu. Na bis artystka wykonała Nokturn cis-moll Chopina. Wyśpiewała go od serca. Przepiękne to było.
foto. Maciej Musialik/Muzyka w starym Krakowie
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
