Mogłem wybrać się tylko na pierwszy z trzech koncertów Sächsische Staatskapelle Dresden w Musikverein. Zabrzmiała na nim Messa da Requiem Giuseppe Verdiego, utwór, który słyszałem już na żywo pod batutą Antoniego Wita, Johna Eliota Gardinera, Paula McCreesha czy Riccarda Mutiego. Także w sobotę dyrygował krajan kompozytora – Daniele Gatti, od 2024 roku pełniący funkcję szefa artystycznego niemieckiej orkiestry. Znam jego dokonania artystyczne dość słabo (głośniej było o tych pozaartystycznych), ale ma na koncie bardzo dobre realizacje trzech ostatnich symfonii Czajkowskiego. Kwartet solistów przedstawiał się następująco: Eleonora Buratto (sopran), Elīna Garanča (mezzosopran), Benjamin Bernheim (tenor) i Riccardo Zanellato (bas). Śpiewał także chór Singverein der Gesellschaft der Musikfreunde in Wien.
Requiem Verdiego nie od dziś budzi moje wątpliwości. To utwór trudny, mający odcinki, które potraktowane zbyt powoli potrafią sprawić, że całość rozciąga się w nieskończoność. Są tam jednak również fragmenty niezwykle efektowne i charakterystyczne – cały początek aż do Tuba mirum, Rex tremendae, Sanctus czy zamykające całość Libera me, Domine.
Okazało się, że Gatti wpadł we wspomnianą przeze mnie pułapkę. Nie tylko rozwlókł fragmenty powolne, ale także nie potrafił należycie scharakteryzować tych, które najbardziej tego wymagały. Zostały potraktowane w dość obojętny sposób – były niepotrzebnie masywne, prowadzone ciężko, bez iskry, furii, zapamiętania oraz żaru. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek ze wspomnianych przeze mnie dyrygentów prowadził to dzieło w mniej interesujący sposób. Było to po prostu drętwe i nudne.
Nie mogę też powiedzieć, by było to wykonanie szczególnie dopracowane. Tu i ówdzie zdarzały się nierówności, a blacha potrafiła momentami brzmieć nieprzyjemnie i niepotrzebnie krzykliwie. Bywały jednak również fragmenty satysfakcjonujące – niektóre odcinki tutti okazywały się przyjemnie barwne i soczyste. Chór śpiewał znakomicie i był bardzo mocnym elementem tego wykonania. Co do solistów – Buratto była bardzo dobra, dysponująca szlachetnie brzmiącym głosem Garanča znakomita, Bernheim irytująco krzykliwy, a Zanellato? Trudno powiedzieć. Przed koncertem odtworzono bowiem komunikat informujący o przeziębieniu śpiewaka i poproszono publiczność o wyrozumiałość. Zastosuję się więc do tego apelu i wstrzymam się z oceną jego głosu do momentu, w którym usłyszę go zdrowego.
Swoją drogą – kiedy w styczniu słyszałem Staatskapelle Dresden w V Symfonii Brucknera pod batutą Herberta Blomstedta, orkiestra brzmiała o wiele ciekawiej niż podczas sobotniego wieczoru w Musikverein. Najwyraźniej albo ten typ repertuaru leży jej znacznie lepiej niż Verdi, albo swoje zrobiło również to, kto zespół prowadził.
A pomyśleć, że dzień wcześniej, kiedy za pulpitem dyrygenckim stał Adès prowadzący Francescę da Rimini, przez cały czas miałem ciarki na plecach i czułem się wbity w fotel. Kiedy zaś Gatti kierował muzyką sugestywnie obrazującą uroki Sądu Ostatecznego, nudziłem się jak mops, zerkając na zegarek i zastanawiając się, ile jeszcze to potrwa.
foto. Anne Dokter
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
