Inauguracja Parnu Festival tradycyjnie już była spotkaniem ze sztuką dyrygencką Neeme Järviego. Nestor rodu poprowadził Järvi Academy Symphony Orchestra, czyli zespół złożony z młodych muzyków biorących udział w kursach organizowanych przez tę rodzinę. Estońsko-czesko-norweski program był ciekawy i nieoczywisty, co temu dyrygentowi zdarza się bardzo często. Wszystkie zawarte w nim utwory były poetyckimi, nastrojowymi obrazami przyrody, co zresztą bardzo zgrabnie łączyło się z motywem przewodnim tegorocznego festiwalu – Forces of Nature.
Koncert rozpoczął poemat symfoniczny Koit (Świt), napisany przez Heino Ellera w 1918 roku. Ten żyjący w latach 1887–1970 kompozytor i pedagog uchodzi za twórcę estońskiej muzyki symfonicznej. Do jego uczniów należeli m.in. Eduard Tubin i Arvo Pärt. Utwór okazał się utrzymany w stylu późnoromantycznym; był barwnie instrumentowany, liryczny, o jasno i wyraziście poprowadzonej dramaturgii. Wykonano go bardzo dobrze. W zasadzie od razu było słychać, że złożona z młodych muzyków orkiestra jest świetnie przygotowana i bardzo zaangażowana. Szczególne brawa otrzymała wykonująca rozbudowane solo oboistka.
Liryczna uwertura koncertowa V přírodě Antonína Dvořáka to jeden z rzadziej wykonywanych utworów tego kompozytora. A szkoda, bo jest atrakcyjny, efektowny i ciekawie skontrastowany pod względem dramaturgii. Järvi ma rękę do Dvořáka, co udowodnił już wiele lat temu, nagrywając znakomity komplet jego symfonii. Nic się od tego czasu nie zmieniło, a wykonanie było bardzo satysfakcjonujące, pełne animuszu i humoru, z łagodnie rozkołysanymi rytmami.
Liryczna uwertura koncertowa V přírodě Antonína Dvořáka to jeden z rzadziej wykonywanych utworów tego kompozytora. A szkoda, bo jest atrakcyjny, efektowny i ciekawie skontrastowany pod względem dramaturgii. Järvi ma rękę do Dvořáka, co udowodnił już wiele lat temu, nagrywając znakomity komplet jego symfonii. Nic się od tego czasu nie zmieniło, a wykonanie było bardzo satysfakcjonujące, pełne animuszu i humoru, z łagodnie rozkołysanymi rytmami.
Pierwszą część koncertu zakończył znany powszechnie szlagier, także odnoszący się do tematyki natury i nocy, a mianowicie Wełtawa Bedřicha Smetany. Järvi poprowadził ją w zaskakująco szybkim tempie, przez co czeska rzeka przypominała tu wartko rwący potok. Nic w tym złego, bo wykonanie było jednocześnie mocno zniuansowane pod względem dynamiki. Dyrygent potrafił ściszyć orkiestrę lekkim, pozbawionym ostentacji ruchem, by po chwili poderwać ją do bardziej energicznej gry. Złożona z młodych ludzi orkiestra nie miała, co oczywiste, takiej spójności brzmienia i jędrności w tutti jak najlepsze zespoły świata, ale nadrabiała to energią i zaangażowaniem. Słychać było, że muzykowanie z Järvim sprawia im frajdę, czego zresztą nie ukrywał także sędziwy dyrygent.
W drugiej części wieczoru wróciliśmy na chwilę do Ellera. Poemat symfoniczny Videvid (Zmierzch) powstał w 1917 roku i tworzy wraz ze Świtem swoisty dyptyk. Nie jest to jednak dzieło tak udane jak jego późniejszy odpowiednik. Choć krótkie, wydało mi się o wiele bardziej monotonne i mało charakterystyczne. Muszę jednak przyznać, że solo skrzypcowe zostało wykonane przez koncertmistrzynię pięknie.
Przeznaczona na smyczki Ostatnia wiosna op. 34 nr 2 Edvarda Griega to jeden z najpopularniejszych jego utworów. I choć także jest krótka oraz pozbawiona wyraźnych kontrastów, dobitnie pokazała, czym różni się muzyka dobrze napisana, lecz pozbawiona natchnienia, od kompozycji naprawdę wybitnej i głębokiej. Kwintet smyczkowy zagrał Griega pięknie, soczyście i ekspresyjnie.
Pod koniec wróciliśmy do Czech, a Järvi poprowadził poemat symfoniczny V podvečer (O zmierzchu) Zdenka Fibicha (1850–1900), nieco zapomnianego dziś kompozytora należącego do tego samego pokolenia co Dvořák. Tu z kolei dużo do powiedzenia miała wiolonczela, dla której twórca przewidział rozbudowane solo. W ogóle połączenia instrumentalne były tu bardzo ciekawe i przykuwały uwagę. Barwność i fantazja w zakresie orkiestracji wydają mi się zresztą cechą typowo czeską. Czegokolwiek się nie słucha, zawsze jest w tym mnóstwo kolorów – nie tylko u najbardziej znanych kompozytorów, takich jak Smetana, Dvořák, Janáček czy Martinů, ale także u tych mniej znanych, jak choćby Fibich czy Novák. Nad Wełtawą umieją w orkiestrę!
Także tutaj młody zespół pokazał klasę, a wykonanie pełne było życia i rumieńców. Również wykonany na bis Walc kwiatów Czajkowskiego wypadł przepięknie, a Järvi w świetny sposób różnicował dynamikę, po raz kolejny wykazując się dużą czujnością wobec reakcji orkiestry. Entuzjazm publiczności był ogromny, co wcale mnie nie dziwi. To zawsze wielka frajda słuchać muzyków, którzy muzykują z taką frajdą! Sędziwy dyrygent nie sprawia wrażenia artysty przyjeżdżającego odcinać kupony od dawnej sławy. Przeciwnie, wygląda raczej na człowieka szczerze cieszącego się możliwością pracy z młodymi muzykami, a ta radość udziela się zarówno orkiestrze, jak i publiczności.
foto. Tõiv Jõul/Pärnu Music Festival
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
