Nie słuchałem jeszcze najnowszej płyty Piotra Anderszewskiego z późnymi dziełami Johannesa Brahmsa. Mając w perspektywie możliwość usłyszenia go w tym repertuarze na żywo w Filharmonii Łódzkiej, wybrałem właśnie ten sposób zapoznania się z jego interpretacjami.
W pierwszej części koncertu znalazły się fragmenty z op. 119 (Intermezzo h-moll nr 1 i Intermezzo C-dur nr 3), z op. 118 (Intermezzo a-moll nr 1 i Intermezzo A-dur nr 2), z op. 116 (Intermezzo a-moll nr 2, Kaprys g-moll nr 3, Intermezzo E-dur nr 4 i Intermezzo e-moll nr 5), a następnie z op. 117 (Intermezzo cis-moll nr 3), z op. 119 (Rapsodia Es-dur nr 4), z op. 117 (Intermezzo b-moll nr 2) i z op. 118 (Intermezzo es-moll nr 6). A więc przeplatanka, ułożona w autorski sposób. A raczej: sałatka z Brahmsa. Nie była to jednak kompilacja przypadkowa, lecz przemyślana dramaturgicznie konstrukcja, w której napięcia i tonacje subtelnie się dopełniały. To muzyka głęboko osobista, dotykająca tematu przemijania i odchodzenia. Kompozytor nie mówił o tym wprost, był na to zbyt dyskretny, ale można to wyczytać z charakteru tej muzyki. Choćby ostatni utwór w programie zawierał bardzo wymowny cytat z Dies irae, arcyromantyczny symbol grozy, podany jednak przez Brahmsa w sposób delikatny i liryczny, jakby wspomnienie dawnego dramatu, a nie jego plakatowe odtworzenie w stylu Berlioza czy Liszta.
Wydaje mi się, że analizowanie wykonania każdego z ogniw wybranych przez Anderszewskiego mija się z celem. Chodziło bowiem o stworzenie spójnej opowieści, i to udało się w zupełności. W jego grze było coś immersyjnego. Coś, co wciągało słuchacza w świat muzyki Brahmsa i pozwalało w nim trwać bez potrzeby kontrolowania każdej nuty, ale z uważnością skierowaną ku emocjonalnemu sensowi całości.
Jeśli chodzi o dźwięk i kwestie techniczne, przez większą część pierwszej części koncertu pianista operował wyciszoną dynamiką, z wielką subtelnością, pastelowo i lirycznie. Odcinki forte były wyraźnie zaakcentowane, lecz także w nich wyczuwało się dbałość o urodę brzmienia. Było to prawdziwie ujmujące i głęboko poruszające.
Drugą część koncertu wypełniła w całości dwuczęściowa Sonata c-moll op. 111 Ludwiga van Beethovena, którą artysta prezentuje po raz pierwszy w karierze w ramach tej trasy koncertowej (po raz pierwszy wykonał ją, jak się zdaje, 31 stycznia w Katowicach). Także tutaj dominowało poczucie obcowania ze spójną, doskonale przemyślaną i zniuansowaną narracją, w której pianista ogarniał formę utworu z lotu ptaka. W grze Anderszewskiego było tutaj więcej rozmachu niż w pierwszej części wieczoru: kulminacje miały większą siłę wyrazu, akcenty dynamiczne były bardziej dobitne, a kontrasty agogiczne wyraźniej zaznaczone. Pozostawało to w pełnej zgodności z duchem tej muzyki i stylem Beethovena. Efekt okazał się niezwykle przekonujący – publiczność słuchała w absolutnym skupieniu, a na sali panowała cisza jak makiem zasiał.
Na bis pianista powrócił do Beethovena, wykonując Bagatelę G-dur op. 126 nr 1.
foto. Simon Fowler/Parlophone Records Ltd
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
