Zdarzyło mi się już pisać o występach i nagraniach Kate Liu. Z entuzjazmem powróciłem do postaci tej pianistki, a okazję ku temu dał jej niedzielny recital solowy w Filharmonii Narodowej.
Pierwszą część występu Amerykanka poświęciła utworom Fryderyka Chopina. W 2015 roku Liu otrzymała nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków. Podczas występu w Warszawie wybrała późny zbiór op. 59, złożony z trzech miniatur – a-moll, As-dur i fis-moll. Zostały one wykonane bardzo powoli, melancholijnie i refleksyjnie. Było w nich dużo przestrzeni i oddechu. Nie były to w zasadzie stylizacje tańców – raczej wspomnienia tańców. Taka interpretacja okazała się bardzo trafna. Uwagę zwracał sposób, w jaki Liu podkreślała harmonię w lewej ręce.
Następnie zabrzmiała II Sonata b-moll op. 35. Było to wykonanie arcyromantyczne – monumentalne, dramatyczne, z potężnymi kulminacjami i wyraźnymi zawieszeniami narracji. Na szczególne podkreślenie zasługiwał świetnie wydobyty rejestr basowy. W ogóle piękno brzmienia jest elementem, który bardzo mocno rzuca się w uszy podczas słuchania tej pianistki. Uderzyło mnie również to, że Liu myśli całością formy – wszystko jest u niej organiczne i wynika ze spójnej koncepcji. Marsz żałobny, bardzo powolny, grany zrazu sotto voce, w kulminacjach nabierał przejmującego wyrazu. Trio również było powolne, hipnotyczne – być może nawet odrobinę zbyt wolne.
Drugą część wieczoru miała rozpocząć II Sonata gis-moll op. 19 Aleksandra Skriabina, jednak Liu wykonała III Sonatę fis-moll op. 23 tego kompozytora. Niestety informacja o tej zmianie nie pojawiła się na stronie internetowej Filharmonii Narodowej, choć być może znalazła się w drukowanym programie. Wprowadziło to pewne zamieszanie, ponieważ II Sonata jest dwuczęściowa, a III – czteroczęściowa. Część publiczności mogła poczuć się zagubiona. Mam z tym kompozytorem pewną trudność. To muzyka, która nie tylko ze mną nie rezonuje, ale często wręcz mnie irytuje. To jeszcze wczesny Skriabin, o którego twórczości Cezar Cui mówił z przekąsem, że to „kufer ukradziony Chopinowi”. Doceniam jakość wykonania Liu i jego subtelność, jednak sama muzyka nie trafia do mnie.
Na zakończenie Liu wykonała Prélude, choral et fugue Césara Francka. Było to wykonanie przepiękne, finezyjne, z doskonale wyczutą dramaturgią i świetnie zbudowanymi kulminacjami. Fuga została poprowadzona klarownie i konsekwentnie, prowadząc do zapierającej dech w piersiach kulminacji w jasnym B-dur.
Na bis Liu zaprezentowała własną transkrypcję wstępu z kantaty Actus Tragicus BWV 106 Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit Johanna Sebastiana Bacha.
To, co Liu prezentuje, jest jednocześnie bardzo konsekwentne i bardzo osobne. To w pełni dojrzała artystka, świadoma tego, co i jak chce przekazać. Dysponuje świetną techniką, jednak podczas słuchania jej gry nie zwraca się na to uwagi – nie o technikę tu chodzi, lecz o zbudowanie pełnej wyrazu opowieści. Złożyła się na nią całość programu, doskonale rozplanowanego i przemyślanego, którego wszystkie punkty były ze sobą spójnie połączone.
foto. Janice Carissa
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
