Zestawienie w programie koncertu dzieł Oliviera Messiaena i Dymitra Szostakowicza może z pozoru wydawać się zadaniem karkolomnym. W Filharmonii Narodowej podjął się go niemiecki dyrygent Ingo Metzmacher, specjalista od muzyki najnowszej. Słuchałem go w tej sali przy Siódmej Mahlera, ale było to tak dawno, że nie potrafię już przywołać wrażeń.
Mój stosunek do muzyki Messiaena jest raczej niechętny. W większości przypadków kompletnie ona ze mną nie rezonuje. Metzmacher wykonał Trzy małe liturgie o Obecności Bożej, które wcale nie są małe, bo trwają w sumie 35 minut. W wykonaniu tej kompozycji uczestniczył chór żeński FN, pianista Adam Kośmieja, grający na falach Martenota Augustin Viard, perkusiści oraz smyczki. Wykonanie było technicznie znakomite: precyzyjne i nastrojowo spójne. Wielkie brawa należały się przede wszystkim chórzystkom, które śpiewały swoje partie przepięknie. Jest to muzyka bardzo jasno orkiestrowana, świetlista i pełna radosnej energii. Jednak do mnie ten rodzaj religijnej egzaltacji kompletnie nie trafia. Muszę natomiast oddać Messiaenowi, że miał swój własny, niepodrabialny styl i swój własny świat brzmień. A style szalenie charakterystyczne mają to do siebie, że nie muszą się każdemu podobać.
XIII Symfonia Babi Jar Szostakowicza robi na żywo kolosalne wrażenie. Słyszałem ją do tej pory tylko raz, w wykonaniu orkiestry z Sankt Petersburga pod dyrekcją nieżyjącego już Jurija Temirkanowa. W wykonaniu w Warszawie wzięły udział aż trzy sekcje basów – z Chóru FN, Chóru Filharmonii Łódzkiej i Chóru Opery i Filharmonii Podlaskiej. Solistą był Mołdawianin Alexei Botnarciuc. W narracji o tej muzyce przeważają zazwyczaj wątki historyczne i nic dziwnego. Fakt napisania symfonii chóralnej do głośnego wiersza Jewgienija Jewtuszenki, potępiające antysemityzm rosyjskich władz i będącego hołdem dla Żydów zamordowanych w tytułowym jarze przez Niemców, jest zazwyczaj główną osią interpretacji. I słusznie, bo tekst ten już sam w sobie jest wstrząsający, a umuzyczniony został przez Szostakowicza w sposób niezwykle plastyczny. Drugie ogniwo to Humor, którego nie można zniszczyć ani poskromić. Kompozytor zacytował tu melodię z Pożegnania McPhersona z 6 Romansów op. 62, w którym główny bohater tańczy przed szafotem. Wyśledzić tu można też nawiązania do Dyla Sowizdrzała Straussa oraz do ostatniej części Sonaty na 2 fortepiany i perkusję Bartóka. Trzy ostatnie części wykonywane są attacca, co przywodzi skojarzenia z Ósmą, ale w Trzynastej rozkład napięć jest jednak zupełnie inny. W sklepie to ogniwo poświęcone rosyjskim kobietom, niewidzialnym bohaterkom codzienności. Strachy, do wiersza napisanego przez Jewtuszenkę na prośbę Szostakowicza, robią ogromne wrażenie. Na samym początku rozbrzmiewa długie solo tuby. Muzyka kłębi się cicho w niskim rejestrze, zupełnie jak ta reprezentująca Fafnera w Zygfrydzie Wagnera. Później pojawia się stylizacja żołnierskiej piosenki z charakterystycznym col legno smyczków, które natychmiast kieruje skojarzenia w stronę Revelge Mahlera. Pojawia się też w tym ogniwie nawiązanie do Scherza z Dziesiątej, które w intencji Szostakowicza jest prześmiewczym portretem Stalina. I na koniec Kariera, która opowiada o potrzebie integralności i o tym, że „karierę” zrobi ten, który nie chce jej zrobić. Jewtuszenko wymienia tutaj postacie godne naśladowania – Galileusza, Pasteura czy Tołstoja. Solista upewnia się zresztą w jednym momencie, że chodzi o Lwa Tołstoja, a nie o Aleksieja, stalinowskiego propagandzistę. W momencie, w którym solista śpiewa o tym, że zapamięta się tych, którzy są obecnie wykpiwani, Szostakowicz rozpoczyna fugę opartą na temacie Laß ihn kreuzigen z Pasji Mateuszowej Bacha (na trop wpadł Marcin Zgliński).
Zamieszanie wokół prawykonania również przeszło do legendy. Władze naciskały na wykonawców, nie chcąc dopuścić do koncertu. Tchórzem okazał się tym razem wspierający kompozytora przez lata Jewgienij Mrawiński, który wymówił się… brakiem doświadczenia w prowadzeniu dzieł chóralnych. Zamiast niego koncert poprowadził Kiryłł Kondraszyn. Później cenzura kazała zmienić tekst Babiego Jaru, wymazując z niego wątki religijne i minimalizując rolę Żydów wśród ofiar. Te wszystkie wątki są fascynujące, ale gdyby muzyka Szostakowicza nie była genialna, to nie byłoby to nic więcej niż historyczna ciekawostka. Wspomniałem już o formie, ale tu dochodzi jeszcze kwestia instrumentacji, obrazowości i niezwykłej inwencji w traktowaniu materiału. Choćby to, w jaki sposób początek trzeciej części staje się początkiem piątej, kiedy zamiast kontrabasów grają go flety. Ale też fakt napisania Trzynastej był aktem niezwyklej odwagi. To muzyka moralnego niepokoju, wstrząsający obraz systemu, który łamał i upokarzał i który robi to nadal.
Interpretacja Metzmachera była bardzo konsekwentna i ciekawa. Pierwsze ogniwo poprowadził w bardzo powolnym tempie, które raczej podkreślało grobowy, poważny i monumentalny charakter muzyki niż obecne w niej napięcie. Ale trudno robić z tego zarzut, wszak tempo tego ogniwa to Adagio. Odnosząc się do nagrań – była to interpretacja bardziej w stylu tej Barszaja niż Kondraszyna czy Neeme Järviego. Później tempa były już bardziej konwencjonalne, ale w wielu miejscach zdarzały się ciekawe zatrzymania narracji, w których wykonawcy mogli podkreślić jakiś charakterystyczny element. Tak właśnie było z piosenką żołnierską w Strachach, która kojarzyła się z marszem żałobnym. Generalnie Metzmacher wydobył z faktury bardzo wiele nieoczywistych detali, jak choćby brzmienie fortepianu. Była to bardzo świeża interpretacja, a sama muzyka zabrzmiała dokładnie tak, jak powinna – wstrząsająco. Jednak słuchanie jej było jednocześnie doświadczeniem bardzo przygnębiającym. Wszak w Rosji niewiele się zmieniło, strachy nadal się tam kłębią, a zapewnienia o szlachetności „prawdziwych Rosjan” nie brzmiały ani szczerze ani przekonująco. Brzmi to jak typowe „chciejstwo”, które nie ma szans na realizację. Nie mogę też powstrzymać się od refleksji dotyczącej Babiego Jaru i tego, jak łatwo ofiary mogą zamienić się w oprawców.
Program był bardzo ciekawy, trudno byłoby w zasadzie o większy kontrast wyrazowy niż ten, który tu zaproponowano. Jeśli chodzi o jakość wykonania Szostakowicza to była rewelacyjna, od początku do końca. Cała orkiestra i wszystkie chóry spisały się rewelacyjnie. Z czystym sumieniem można to samo powiedzieć o partii solowej Botnarciuca, który znalazł właściwy poziom ekspresji. Potwierdza się to, o czym przekonałem się już w grudniu – zespoły FN reprezentują obecnie bardzo wysoką, europejską klasę.
foto. Bartek Barczyk Photography / Filharmonia Narodowa
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
