Poniedziałkowy wieczór w Musikverein przebiegł tym razem pod znakiem muzyki kameralnej. Pierwszą część koncertu wypełniły dzieła Ludwiga van Beethovena, drugą – Roberta Schumanna. W stosunku do pierwotnych zapowiedzi zmienił się nieco skład wykonawców. Początkowo wystąpić miało jedynie trio: Martha Argerich, Mischa Maisky i Janine Jansen, jednak dołączyło do nich dwóch muzyków – altowiolista Adrien La Marca i skrzypek Yamen Saadi. Pierwszego z tych artystów nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo, drugiego natomiast – raz, w Koncercie e-moll Mendelssohna z Danielem Barenboimem i West-Eastern Divan Orchestra. Wówczas jego wykonanie, delikatnie mówiąc, nie przypadło mi do gustu. Jego kariera rozwija się jednak pomyślnie – jest obecnie koncertmistrzem orkiestry Opery Wiedeńskiej i Filharmoników Wiedeńskich.
Jako pierwsza zabrzmiała Sonata wiolonczelowa g-moll op. 5 nr 2. To utwór wczesny, jeszcze wyraźnie zakorzeniony stylistycznie w klasycyzmie. Jego wykonanie było nierówne. Maisky rozpoczął pewnie i wyraziście, jednak wkrótce pojawiły się problemy. Szwankowała zarówno intonacja, jak i artykulacja (zwłaszcza w szybkich przebiegach), co duet rozwiązał w ten sposób, że wiolonczelista co rusz chował się za pianistką, pozwalając Argerich przejąć ciężar prowadzenia narracji. W zaistniałej sytuacji nie był to zły wybór, ponieważ jakość jej gry nie zawiodła. To jednak nikogo nie dziwi. Słuchanie występów Maisky’ego obecnie stało się specyficzną kategorią przeżycia – to raczej spotkanie z legendą niż pełnowartościowe doświadczenie artystyczne.
Drugą w programie była Sonata skrzypcowa A-dur op. 47, czyli Kreutzerowska. Potężna, wręcz monumentalna kompozycja! Jej wykonanie przez Jansen i Argerich było fenomenalne – wulkaniczne, pełne temperamentu i wyobraźni. Tu już się nikt za nikogo nie chował – obie panie prowadziły pełnoprawny dialog, prowadzony żywiołowo i z zaangażowaniem. Technicznie było to wykonanie znakomite, paradoksalnie jednak o było tu tyle swobody i charyzmy, że o technice nie sposób było myśleć. Publiczność doceniła to zresztą i nagrodziła artystki owacją na stojąco.
Po przerwie na estradzie pojawili się wszyscy muzycy. Kwintet Es-dur op. 44 Schumanna to dzieło jasne i zasadniczo optymistyczne, odzwierciedlające okoliczności jego powstania. Po wielu trudnościach kompozytorowi udało się bowiem poślubić Clarę Wieck. Jej ojciec, dawny nauczyciel Roberta, stanowczo sprzeciwiał się temu związkowi, posuwając się nawet do rozpowszechniania w środowisku muzycznym plotek – zarówno o Schumannie, jak i o rzekomo słabej kondycji artystycznej własnej córki. Robert stracił w końcu cierpliwość i pozwał go do sądu o zniesławienie. Wieck musiał zapłacić odszkodowanie, a ze względu na skandaliczne zachowanie na sali rozpraw został nawet skazany na trzy tygodnie więzienia (choć nie ma pewności, czy odbył tę karę). Trudno orzec, czy emocje związane z tą sprawą znalazły odbicie w jedynym wyraźnie ciemniejszym ogniwie Kwintetu – wolnej części, będącej marszem żałobnym w c-moll. Wykonanie tego dzieła nie zawiodło oczekiwań. Było rześkie, energiczne i dramatyczne. Partie Argerich i Jansen zachwycały jak wcześniej, ale także Saadi i La Marca wypadli bardzo dobrze. Ten ostatni miał kilka wyrazistych solówek w części wolnej i zaprezentował się w nich barwnie oraz charakterystycznie. Rola Maisky’ego ograniczała się wypełniania faktury. Całość miała w sobie blask i życie, dzięki czemu interpretacji słuchało się z prawdziwym zaangażowaniem.
Sala Musikverein była wypełniona do ostatniego miejsca, co mnie wcale nie dziwi.
foto. Julia Wesely / Musikverein
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
