Lang Lang w Wiener Konzerthaus

Nie byłem nigdy jakimś szczególnym fanem Lang Langa. Kojarzył mi się z pianistą, który na pierwszym miejscu stawia własną popularność i efektowność estradowego wizerunku. Jego nagrania znam zresztą dość słabo, nie miałem więc wyrobionej opinii na jego temat. Kilka miesięcy temu słyszałem go jednak z Wiedeńczykami i Nelsonsem w III Koncercie fortepianowym Bartóka, gdzie zrobił na mnie dobre wrażenie. Postanowiłem więc posłuchać go solo i sprawdzić, jak wypada, kiedy ma całą estradę do wyłącznej dyspozycji.

Zaczął klasycznie, od Ronda D-dur KV 485 Wolfganga Amadeusa Mozarta, które zestawił z dwiema sonatami Ludwiga van Beethovena – c-moll op. 13 Patetyczną i późną As-dur op. 110. Pierwszy utwór wypadł osobliwie, głównie za sprawą nadmiarowych kontrastów dynamicznych i agogicznych, które nie bardzo pasowały do charakteru tej eleganckiej muzyki. W sonatach Beethovena prędko okazało się natomiast, że pianista ma dość brzydki dźwięk, a jego koncepcje obu utworów były wręcz łopatologicznie proste: jeśli ma być szybko i głośno, należy uderzać w klawiaturę jak najmocniej i jak najszybciej, czego efektem było dość ordynarne i brzydkie łupanie. Jeśli ma być cicho i miękko, trzeba sentymentalizować, ale bez śpiewności. Szczególnie ucierpiała na tym Sonata As-dur, muzyka wymagająca głębi, koncentracji, myślenia formą i umiejętności prowadzenia polifonii. Tymczasem finalna fuga wypadła płasko, była nudna.

Lwią część drugiej połowy wieczoru wypełniła muzyka hiszpańska – sześć ogniw z Suite española Isaaca Albéniza (Granada, Cataluña, Sevilla, Cádiz, AsturiasCuba) oraz Quejas, o La maja y el ruiseñor (Lament albo dziewczyna i słowik) z cyklu Goyescas Enrique Granadosa. Na deser zabrzmiał jeszcze Ferenc Liszt – Consolation E-dur S 172 nr 2 oraz Tarantella z zeszytu Wenecja i Neapol, wchodzącego w skład Lat pielgrzymstwa. Były to więc kompozycje bardzo odmienne od tych z pierwszej części koncertu. Nie liczyły się w nich tak bardzo umiejętność ogarnięcia formy i emocjonalna głębia, ile błyskotliwość, efektowność i świetna technika. Teoretycznie powinno więc być lepiej. Jeśli nie do końca tak było, to przede wszystkim z powodu niezbyt urodziwego dźwięku, który także tutaj dawał się we znaki. Lang Lang jest również pianistą dość narwanym. Kiedy emocje biorą górę, zacierają się u niego detale. Rezultaty nie są wówczas szczególnie przekonujące.

Bisował dwa razy. Najpierw zagrał Clair de lune Debussy’ego, które pod jego palcami stało się cukierkowatą miniaturą, później zaś dołożył jeszcze Mazurka D-dur op. 33 nr 2 Fryderyka Chopina. Jego gra wzbudziła ogromny entuzjazm publiczności i bardzo szybko doczekała się owacji na stojąco.

Lang Lang przywiązuje ogromną wagę do wizualnej strony występu. Zmanierowane gesty rąk, podskoki, zarzucanie głową czy miny mające pokazać, jak bardzo pianista „przeżywa” muzykę, stają się substytutem rzeczywistego wniknięcia w jej materię. Muzycznie Lang Lang ma natomiast do zaproponowania… niewiele.

 

foto. Wiener Konzerthaus/Carlos Suarez

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.