Tym razem na estradzie praskiego Rudolfinum nie stanęli gospodarze, a goście z Wielkiej Brytanii – London Symphony Orchestra. Orkiestrę poprowadził Antonio Pappano, dyrygent, którego zasadniczo lubię i cenię. Ostatni koncert, który słyszałem pod jego batutą we wrocławskim NFM-ie, nie był jednak zbyt udany. Dyrygent poprowadził wtedy Piątą Beethovena. W Pradze także zabrzmiała ikoniczna Piąta, ale tym razem ta, która wyszła spod pióra Gustava Mahlera.
Ona wypełniła drugą część wieczoru, w pierwszej znalazło się natomiast dzieło grane rzadziej – Sinfonia da Requiem Benjamina Brittena, którą słyszałem na żywo po raz pierwszy. To wczesny utwór brytyjskiego kompozytora, napisany w 1940 roku i składający się z trzech ogniw: Lacrymosa, Dies irae i Requiem aeternam. Historia jego powstania jest ciekawa. Otóż symfonię zamówił japoński rząd z okazji 2600. rocznicy powstania Imperium Japońskiego. Brittena nie poinformowano jednak o tym, kto dla kogo przeznaczony jest utwór i na jaką okazję (!!!). Wobec zbliżającego się terminu oddania partytury twórca postanowił więc uczynić z planowanej już wcześniej mszy żałobnej symfonię. Kiedy jednak wyszło na jaw, że powstała kompozycja odnosząca się do chrześcijaństwa, Japończycy wycofali się z zamówienia, argumentując, że owe odniesienia religijne są dla nich obraźliwe, a sama muzyka jest zdecydowanie zbyt ponura, aby mogła nadawać się do celebrowania tak zacnej rocznicy. Ostatecznie zamawiający dyplomatycznie oświadczyli, że otrzymali partyturę Brittena zbyt późno, aby uwzględnić ją w programach koncertów. Utwór po raz pierwszy poprowadził w Nowym Jorku John Barbirolli, a niedługo później wziął go na warsztat Siergiej Kusewicki, dyrektor Boston Symphony Orchestra. To z kolei wykonanie doprowadziło do złożenia zamówienia na Petera Grimesa. Reszta jest historią!
Sama muzyka jest arcyciekawa, indywidualna i pełna wyrazu. Britten uczcił w niej pamięć zmarłych kilka lat wcześniej rodziców, ale też dał wyraz własnym pacyfistycznym poglądom. Wykonanie było znakomite – ekspresyjne, pełnokrwiste, pełne rozmachu. Słychać było, że orkiestra nie musi się rozgrywać i od pierwszych dźwięków jest zmotywowana i zaangażowana. Świetne solówki waltorni czy saksofonu, perkusja też znakomita, a miała tam przecież co grać, zwłaszcza w drugiej części, będącej pełnym zapamiętania tańcem śmierci. Lubię ciepło brzmienia orkiestr grających pod batutą Pappana. Jest w tym coś bardzo ludzkiego.
Pappano nie ma raczej opinii specjalisty od Mahlera. Nagrał co prawda Szóstą ładnych kilka lat temu, ale nie znam niestety tego nagrania. Okazało się jednak, że artysta, który po dzieła Austriaka sięga okazjonalnie, jest w stanie zaproponować interpretację o niebo lepszą od tej nagrania Nelsona, który pozycjonuje się obecnie jako ekspert od wszystkiego (a jak ktoś jest od wszystkiego…). Pappano pokazał mianowicie, jak stworzyć z Piątej Mahlera opowieść, w której narracja prowadzona jest w głęboko zaangażowany i niezwykle sugestywny sposób. Barwność, ciepło brzmienia i jakość gry orkiestry były zachwycające, a umiejętność podkreślenia rozmaitych urozmaicających detali – frapująca, niepozwalająca oderwać się od śledzenia narracji. Przepiękne, soczyste tutti, plastycznie budowane kulminacje. Solówki zjawiskowe – od ciemnego solo trąbki, przez wiolonczele w drugim ogniwie, waltornię w Scherzu, ciepły, jędrny i śpiewny kwintet w Adagietto, po detale w partii dętych drewnianych w finale. Ostatnie ogniwo było w ogóle rewelacyjne – dialogi poszczególnych sekcji, rytmiczny, pięknie rozkołysany temat Adagietta, a na koniec euforyczne zakończenie.
Ale co ważniejsze, było tu poczucie emocjonalnego balansowania na krawędzi, tego, że w tej muzyce naprawdę o coś chodzi i że opowiada o czymś ważnym. Łatwo to zgubić, a Pappano nie wpadł w tę pułapkę. Porywająca interpretacja, jedna z najlepszych, jakie słyszałem na żywo. Może mogła być bardziej zniuansowana pod względem dynamiki, a orkiestra brzmiałaby jeszcze lepiej, gdyby miała więcej czasu na oswojenie się z akustyką sali. Ale to detale. Zdecydowanie wolę, kiedy LSO prowadzi obecnie Pappano, niż kiedy dyrygował nimi zdystansowany szczególarz Rattle. Entuzjazm praskiej publiczności – ogromny!
foto. Frances Marshall
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
