Trzeba przyznać, że organizatorzy Chopina i jego Europy naprawdę nie brali jeńców w tym roku. Najpierw zespoły z Nowego Świata, a teraz jedna z najlepszych orkiestr starego kontynentu, czyli Royal Concertgebouw Orchestra. Goście z Holandii przyjechali do Warszawy z fińskim dyrygentem Santtu-Matiasem Rouvalim, obecnym szefem artystycznym Philharmonia Orchestra i Gothenburg Symphony Orchestra. Muszę przyznać, że ucieszyłem się że nie zabrali ze sobą Klausa Mäkeli, bo o ile za nim zbytnio nie przepadam, o tyle Rouvaliego znałem do tej pory jedynie z nagrań. Jeśli zaś o orkiestrę idzie – to słyszałem ją do tej pory jedynie raz, w Wiedniu trzy lata temu, kiedy wystąpiła pod batutą Paavo Järviego. Co ciekawe, też grali wówczas Piątą Prokofiewa. Pisałem wtedy o przejrzystości brzmienia orkiestry i o wyrazistych kontrastach zastosowanych przez dyrygenta.
Ale po kolei! Na początek goście wykonali utwór polski, którym było tym razem Divertimento na smyczki Grażyny Bacewicz, późna jej kompozycja z 1965 roku. Utwór zwięzły i pełen najrozmaitszych efektów artykulacyjnych – a to saltando, gettato, sul ponticello, glissanda, flażolety czy come percussione. Zespół zdecydowanie ma tu co robić, choć brzmi to momentami jak etiuda na smyczki, napisana może i sprawnie, ale bez natchnienia. Tak też zresztą zabrzmiała. Technicznie było znakomicie, ale jest to jednak muzyka, która można scharakteryzować w bardziej wyrazisty sposób, mocniej podkreślając choćby akcenty rytmiczne. Nie jestem do końca przekonany czy Rouvali miał pomysł na ten utwór. Dyrygował bez batuty i z pamięci, dość efektownymi, wyrazistymi gestami.
Víkingur Ólafsson przybrał wizerunek nieco ekscentrycznego, introwertycznego intelektualisty w stylu Glenna Goulda. Z jego zdjęć promocyjnych wynika, że lubi od czasu do czasu poprzytulać się do kęp mchu na rodzinnej Islandii. W Warszawie jednak nie integrował się z florą, miał bowiem do wykonania partię solową w V Koncercie fortepianowym Ludwiga van Beethovena. Kiedy słuchałem go w Wiedniu w Wariacjach Goldbergowskich miałem wrażenie, że jest wydziwiającym, zmanierowanym szczególarzem. Jego odczytanie Cesarskiego tylko to wrażenie pogłębiło. Ólafsson nie potrafi (albo nie chce) poprowadzić melodii swobodnie i śpiewanie. U niego wszystko musi zostać zinterpretowane, każdy odcinek trzeba udziwnić arbitralnym rubatem, a ciągłość co drugiej frazy osłabić diminuendem. Tempa wyolbrzymić – jak ma być wolno, to trzeba grać bardzo wolno, jak szybko to bardzo szybko. Ofiarą tego typu podejścia padło przejście z ogniwa wolnego do finału. Najpierw było bardzo cicho (nawet za cicho), a kiedy Ólafsson przeszedł to finału to okazało się, że ma na niego bardzo prosty pomysł – grać jak najszybciej i jak najgłośniej, koniecznie sztywno. Dużo było tu też u niego pochylania się nad klawiaturą w starannie wystudiowanych gestach, mających zapewne dać do publiczności do zrozumienia, że to kreacja intelektualisty, który rzecz jak najstaranniej przemyślał. W starciu Beethovena z ego Islandczyka zdecydowanie wygrało to drugie. 0 do 1 dla autora Sonaty księżycowej! Najlepiej wyszły pianiście bisy. Zadeklarował, że nie ośmieli się grać w Polsce Chopina (chwała niebiosom!), wykonał więc Bacha: najpierw Andante z Sonaty organowej e-moll BWV 528 w opracowaniu Augusta Stradala, następnie Arię na strunie G w swoim własnym opracowaniu. Były to najlepsze elementy jego występu.

I w końcu danie główne – Piąta Prokofiewa! Pozostawiła mnie ona z uczuciem chłodu i niedosytu. Owszem, słychać było, że gra orkiestra pierwszoligowa, ale w wielu momentach grała zdecydowanie za głośno. Powie ktoś, że to przecież dobrze, bo skład ogromny. A ja odpowiem: dobrze, ale dynamikę trzeba stopniować. Nie może być tak, że wielka kulminacja w zakończeniu pierwszej części jest równie głośna co wiele wcześniejszych odcinków. Zamazuje się przez to forma, a kulminacja przestaje być kulminacją. Na domiar złego brakowało mi tu przejrzystości i barwności, które wydobył z tej partytury i orkiestry Järvi. Przykład? Właśnie owa kulminacja. Odzywają się w niej naprzemiennie uderzenia tam tamu i talerzy, których nie było tu za bardzo słychać, a które dają bardzo dramatyczny efekt. Świetnie wypadło Scherzo i finał – obie części były poprowadzone ostro i rytmicznie, a solówki dętych drewnianych były znakomite. Część wolna nie poruszyła mnie praktycznie w ogóle i właśnie ona najbardziej obnażyła chłód tej interpretacji. Trudno rozstrzygnąć, ile wynikało z samej interpretacji Rouvaliego, a ile z warunków koncertu. Sala na Jasnej nie należy do najbardziej wdzięcznych akustycznie, a orkiestra miała zaledwie jedną próbę tuż przed występem. Przy tak krótkim czasie na oswojenie przestrzeni łatwo nie doszacować proporcji dynamicznych. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego w wielu miejscach brzmienie okazało się zbyt masywne.
Na zakończenie swojego pierwszego występu w Polsce dyrygent poprowadził Valse triste Sibeliusa, a więc ten sam utwór, który poprowadził z nimi Järvi podczas swojego koncertu. Dzieło to wypadło bardzo dobrze.
Na zakończenie swojego pierwszego występu w Polsce dyrygent poprowadził Valse triste Sibeliusa, a więc ten sam utwór, który poprowadził z nimi Järvi podczas swojego koncertu. Dzieło to wypadło bardzo dobrze.

foto. Wojciech Grzędziński/NIFC
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
