Boris Giltburg & Krzysztof Urbański w Filharmonii Narodowej

Wiadomość, że w Filharmonii Narodowej wystąpi Boris Giltburg, przyjąłem z radością. Słyszałem go do tej pory na żywo trzy razy – za pierwszym razem ze Skrowaczewskim w Krakowie, kiedy wykonał Koncert d-moll Mozarta, za drugim w NOSPR-ze w Trzecim Prokofiewa z Hindoyanem, a potem w NFM-ie w Trzecim Rachmaninowa z Guerrero. Dwa ostatnie występy bardzo mocno zapadły mi w pamięć, a kolejne płyty artysty tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że to pianista wybitny.

Zanim jednak Giltburg zasiadł do fortepianu, Krzysztof Urbański poprowadził napisaną w 2011 roku kompozycję Guillaume’a Conessona Maslenitza. Jej tytuł nawiązuje do zwyczaju pożegnania zimy i powitania wiosny, który przetrwał od czasów pogańskich i nadal obchodzony jest w Rosji, Ukrainie i Białorusi. Naszym odpowiednikiem są zapusty (ostatki), podczas których można się wyszaleć przed nadchodzącym postem. Utwór Conessona okazał się crowd pleaserem – barwnym, gęstym i bogato orkiestrowanym. Stylistycznie był zapóźniony o dobre 80 lat, przypominając momentami Pietruszkę Strawińskiego, Taniec z Osmołody Palestra czy stylizacje tańców Kodálya. Cóż z tego, skoro brakowało tu polotu i oryginalności tamtych kompozycji. Wykonanie pokazało jednak coś innego i nie mniej ważnego – orkiestra jest w znakomitej formie i praktycznie od razu wskoczyła na najwyższe obroty.

Następnie na estradzie pojawił się Giltburg, który wykonywał partię solową w II Koncercie c-moll Siergieja Rachmaninowa. Pianista lubi muzykę tego kompozytora, a kilka lat temu zrealizował znakomity cykl jego utworów na fortepian i orkiestrę. Jego wykonanie tego dzieła było intrygujące, choć zarazem nieco paradoksalne. Potraktował je bowiem w sposób wręcz quasi-kameralny, często ustępując pola instrumentom orkiestry, zwłaszcza tam, gdzie prowadziły melodię. Nie było to więc wykonanie muskularne czy rozwichrzone, lecz bardzo muzykalne, liryczne i spójne. Na pewno nie było też sentymentalne, a to częsta pułapka w tym repertuarze. Było co prawda kilka miejsc, w których orkiestra mogłaby pianisty nie przykrywać, ale taki już specyficzny urok akustyki tej sali. Wszystkie odcinki solowe grane przez Giltburga wypadły świetnie – barwnie i błyskotliwie, szczególnie solówka w drugim ogniwie. Złego słowa nie można było powiedzieć o orkiestrze, przygotowanej znakomicie. Świetnie wypadły sola wiolonczeli, klarnetu i fletu. Osobliwym pomysłem było wykonanie wszystkich części attacca. Przejście tego typu pomiędzy drugą a trzecią jest jeszcze w porządku, ale pomiędzy pierwszą a drugą wypadło jednak dziwnie i mało sugestywnie. Podejrzewam, że zdecydowano się na to ze względu na transmisję na żywo – zapewne chciano uniknąć sytuacji, w której publiczność zerwie się do oklasków. Pianistę przyjęto bardzo gorąco, a ten odwdzięczył się, wykonując na bis Liebesleid Fritza Kreislera w opracowaniu Rachmaninowa.

W drugiej części koncertu Urbański poprowadził napisaną około 1950 roku III Symfonię h-moll Mieczysława Wajnberga. To utwór powstały w mocno nieciekawych czasach, kiedy władza sowiecka postanowiła przykręcić kompozytorom śrubę. Twórca musiał napisać coś w stylu bardziej przystępnym i prostszym, niż zapewne by chciał, ale wybrnął z tego w ciekawy sposób. Słuchając tego dzieła, miałem cały czas skojarzenia z dramaturgią Piątej Szostakowicza. Zwłaszcza kulminacja w trzeciej części i temat marsza budziły silne skojarzenia z tym utworem. Było tu coś z muzyki polskiej, coś z rosyjskiej, pojawiały się też momenty o niemal jarmarcznym charakterze (stylizacja brzmienia akordeonu w pierwszej części). No i był też w drugiej części cytat z Umarł Maciek, umarł, który powracał w „optymistycznym” finale brzmiącym jak śmiech przez łzy. Wykonanie pod batutą Urbańskiego było fantastyczne – rześkie, pełne energii, wyraziste i plastyczne. Miałem co prawda momentami wrażenie, że jego gesty nie do końca pokrywały się z tym, jak w danej chwili brzmiała muzyka, ale rezultat bronił się bez zarzutu, więc wszystko musiało zostać dopracowane na próbach. Ciekawym i trafnym pomysłem było rozstawienie kontrabasów w rzędzie pod organami. Lubię to rozwiązanie – nadaje ono brzmieniu tej grupy większą wyrazistość.
Publiczność także i to dzieło przyjęła z dużym entuzjazmem, a cały koncert zwieńczyła owacja na stojąco – co przecież na abonamentowych koncertach pod batutą dyrektorów zdarza się raczej rzadko.

 

foto. Bartek Barczyk Photography / Filharmonia Narodowa

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć niezależną krytykę? Odwiedź mój profil w serwisie Patronie.pl i zostań mecenasem Klasycznej Płytoteki:

 

 

 

2 thoughts on “Boris Giltburg & Krzysztof Urbański w Filharmonii Narodowej

  1. „…chciano uniknąć sytuacji, w której publiczność zerwie się do oklasków”. Boże, jak to już fatalnie świadczy o tejże publiczności. Przecież wiadomo, że koncert fortepianowy ma 3 części, a „akcent kadencyjny orkiestry” jest tylko po jego części pierwszej i na ten prawdziwy finał. Przecież to nie 6. Symfonia Czajkowskiego, gdzie „wyczerpana i łaknąca końca” publiczność klaszcze ochoczo po wybrzmieniu części 3 – Allegro molto vivace.

    1. Cóż, oklaski po pierwszej i drugiej części zdarzają się też obecnie i w Musikverein czy w Konzerthausie. Są nieedytowane nagrania live z Carnegie Hall, gdzie publiczność klaszcze po pierwszym ogniwie jakiegoś dzieła. Mahler w jednym z listów do żony pisał, że jego nowa symfonia chyba nie spodobała się publiczności, bo nikt nie klaskał po poszczególnych ogniwach, tylko na sam koniec. Obyczaje się zmieniają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.