Gabriel Chmura i IX Symfonia Mahlera

IX Symfonia D-dur to w dorobku Gustava Mahlera dzieło szczególne. Powstała pod koniec życia kompozytora, już po Pieśni o ziemi. Razem z nią i z Adagiem z niedokończonej X Symfonii składa się na tryptyk późnych dzieł Mahlera, który od samego początku był interpretowany jako „pożegnalny”. Komentatorzy na czele z zaprzyjaźnionymi z Mahlerem dyrygentami – Bruno Walterem czy Willemem Mengelbergiem, uważali że kompozytor był świadomy zbliżającej się śmierci i że przeczuwał to w swoich dziełach. Sam kompozytor wskazywał w swojej korespondencji, że najbliższa temu dziełu jest… jego IV Symfonia, która również opowiada o przemijaniu. Oczywiście nadal pozostaje otwartym pytanie: jak odbieralibyśmy to dzieło, gdyby Mahler dożył osiemdziesiątki i napisał, powiedzmy, pięć kolejnych symfonii? Tak się niestety nie stało. Mam więc utwór o szczególnej emocjonalności – przepełniony melancholią łabędzi śpiew, w którym kompozytor z dystansu obserwuje zgiełk doczesności (w dwóch środkowych częściach) i konfrontuje się z przemijaniem i z własną śmiertelnością.

Opowiedzenie tej historii spoczywa na dyrygencie i nakłada na niego bardzo specjalną odpowiedzialność. Jakie było czwartkowe wykonanie Gabriela Chmury, który dyrygował tym dziełem w NOSPRze?

To było świetne wykonanie i jednocześnie kiepska interpretacja. Orkiestra spisała się na medal. Rewelacyjnie, cienko i przejrzyście brzmiały smyczki (a to ważne, biorąc pod uwagę z jak gęstą fakturą mamy do czynienia!), przepiękny był dialog waltorni i fletu w pierwszej części, rewelacyjne były solówki klarnetu Es w trzeciej części. Brawa należą się dyrygentowi za dbałość o kolorystykę i wydobycie z partytury Mahlera rozmaitych brzmień perkusji, zwłaszcza tam-tamu w pierwszej części, pięknie podkreślającemu kulminację. Z podobną dbałością mieliśmy do czynienia w przypadku niskiego rejestru w sekcji blachy. Były tam miejsca potraktowane z ogromnym pietyzmem, w których dźwięki puzonów, waltorni i tuby znajdowały swoje miejsce w całości pejzażu dźwiękowego Symfonii. Jedynie początek dzieła był zbyt nerwowy, a wejścia waltorni zdecydowanie zbyt głośne. Zbyt głośnym zdarzało się być również harfom, ale Chmura umiejętnie wyłapał to i wyciszył je wyrazistym gestem.
Były więc w tym wykonaniu przepiękne momenty. Nie złożyły się one jednak na spójną i przejmującą opowieść. Brakowało mi w wykonaniu Chmury jakiejś naczelnej idei, która sprawia, że wykonanie staje się interpretacją, a dzieło ożywa i porywa. Lendler był ciekawy ze względu na solówki drewna, ale brakowało mu zdecydowanego charakteru. Wyrazistości brakowało również w Rondzie-burlesce, w której dyrygent pokazał co prawda, że potrafi sprawnie ogarnąć złożoną materię dzieła, ale suma tych elementów nie złożyła się na wizję, która oddałaby głębię muzyki Mahlera. Bardzo dobrze, z dbałością o selektywność poszczególnych sekcji, zabrzmiało Adagio. Może nareszcie tutaj narracja zyskała na potoczystości, ale nawet jeśli tak się stało – była to chyba w większej mierze zasługa samej muzyki niż dyrygenta.

A zatem świetna realizacja wskazówek zawartych w partyturze? Tak.

Przejmująca do szpiku kości opowieść o konfrontacji ze śmiercią? Nie.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że wykonanie Dziewiątej Mahlera na tym poziomie,uwzględniające też to, co zapisane pomiędzy wierszami, to zadanie bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Słyszałem kiedyś takie wykonanie na żywo. Takie, po którym przez dłuższą chwilę trzeba się zastanowić, co takiego w zasadzie się wydarzyło i takie, po którym wychodzi się z koncertu na miękkich nogach. Da się? Da się.

 

Foto. Bartek Barczyk/NOSPR

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.