Kandyd Leonarda Bernsteina w FN

Zakończenie sezonu w Filharmonii Narodowej było wyjątkowo huczne i efektowne, jako że Jacek Kaspszyk poprowadził tym razem koncertowe (a w zasadzie półsceniczne) wykonanie operetki Kandyd Lenarda Bernsteina. Było to zresztą pierwsza prezentacja tego dzieła przez zespoły Filharmonii Narodowej, co sprawiało, że koncert był jeszcze bardziej atrakcyjny. Kandyd Bernsteina, będący luźna adaptacją oryginału Woltera, to cięta satyra na filozofię optymizmu, powstała w latach pięćdziesiątych jako reakcja na makkartyzm i wynikłe z niego polowanie na czarownice (a w zasadzie na komunistów, czyli… czerwone czarownice?…). Dużo tu też wątków antyklerykalnych (scena z inkwizytorami) i niewybrednego humoru, przywodzącego na myśl skecze Monty Pythona.
Całość rozpoczęła barwna i hałaśliwa uwertura, poprowadzona przez Kaspszyka pewnie, w dobrze dobranym tempie. Pierwsze wejście chóru dowiodło, że zespół Filharmonii Narodowej pod kierownictwem Bartosza Michałowskiego ma się świetnie i lotów nie tylko nie obniża, ale rozwija się znakomicie. W zestawie solistów nie było nikogo kto odstawałby od bardzo wysokiego poziomu. Wykonujący rolę tytułową młody amerykański tenor Michael Slattery świetnie się w niej odnalazł, portretując w udany sposób zagubionego idealistę. Aleksandra Kubas-Kruk w roli Kunegundy była niekwestionowaną gwiazdą całego przedstawienia, zwracającą na siebie uwagę nie tylko znakomitym śpiewem, ale także temperamentem i urokiem. Kapitalny był Graham Valentine w podwójnej roli cynicznego Panglossa i Marcina. Miał idealną, skrzekliwą barwę głosu, do tej postaci wprost idealną. Niestety, ze wszystkich solistów miał on chyba największe problemy żeby przebić się przez orkiestrę. Ta zresztą często grała za głośno, zagłuszając śpiewaków. Początkowo myślałem, że to może kwestia miejsca (siedziałem po prawej stronie na pierwszym balkonie), ale w przerwie spotkałem znajomych, którzy mówili, że w środkowych rzędach parteru problem też występuje. Nieco mniejsze wrażenie i mniejszą uwagę przykuwał Hannes Öberg w roli Maksymiliana i Kapitana. Szkoda że tak mało miała do zaśpiewania Natalia Kawałek w roli Paquetty. Nie sposób nie wymienić tu również świetnych chórzystów, którzy na potrzeby spektaklu wzięli na siebie partie solowe. Tomasz Warmijak, Adam Sławiński, Mariusz Cyciura, Daniel Woźniak i Krzysztof Chalimoniuk, Miłosz Kondraciuk, Przemysław Żywczok i Roman Wawreczko stworzyli kreacje znakomite i pełne życia. Była też, last but not least, Stara Dama, czyli Anne Sophie von Otter, śpiewaczka, której przedstawiać przecież nie trzeba i która równie dobrze czuje się w pieśniach Mahlera i Griega co w operetce Bernsteina.
Całość miała niezbędną lekkość, polot i dowcip, a śpiewacy znakomicie ubarwiali spektakl doskonale wyczutą i pełną dystansu grą aktorską. Nie sposób było w pewnych miejscach nie parsknąć śmiechem. Moment kiedy Graham Valentine z obrzydzeniem macha ręką w kierunku ucharakteryzowanej na starą kokotę von Otter był groteskowo zjawiskowy, a kiedy powtórzył ten sam gest dezaprobaty przechodząc obok dyrygującego Kaspszyka – trudno było zachować powagę. Podobnych perełek było zresztą więcej. Nawet śpiewacy nie biorący w danym momencie udziału w akcji, włączali się do niej, wymieniając między sobą porozumiewawcze spojrzenia, przewracając z politowaniem oczami, robiąc głupie miny czy głośno wzdychając.
Partię narratora wykonywał Andrzej Seweryn i chociaż znakomitego aktora zawsze miło posłuchać, to momentami jego teksty były zwyczajnie za długie. Powstrzymywały rozwój akcji i w pewnym momencie wywołały pełen dezaprobaty gest zniecierpliwionej von Otter. Trudno dociec czy było to zaplanowane czy nie, ale chyba wyrażało nie tylko moje odczucia i znakomicie wpasowało się w całość.
Rzecz skończyła się podniosłą apoteozą, która psuje wrażenie i stanowi nie do końca przekonującą konstatację kompozytora, że wszystko dobre co się dobrze kończy. Chyba sam w to do końca nie wierzył.
Brawa były wyjątkowo długie i zasłużone.

 

fot. DG Art Projects

Related Post

One thought on “Kandyd Leonarda Bernsteina w FN

  1. Nie odniosłem wrażenia, że teksty Seweryna były przydługie. Wręcz przeciwnie. Słuchało się ich w napięciu łowiąc wieloznaczności tekstu modulowane sposobem wypowiedzi. To było znakomite!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.