Kremer i Chmura grają Wajnberga i Szostakowicza w FN

Obchodzona w tym roku setna rocznica urodzin Mieczysława Wajnberga to znakomita okazja do częstszej niż zwykle prezentacji dzieł tego artysty. W programie koncertów w Filharmonii Narodowej 22 i 23 listopada tego roku (byłem na drugim z nich) znalazły się dzieła zarówno tego kompozytora, jak i zaprzyjaźnionego z nim blisko Dmitrija Szostakowicza. Wieczory uatrakcyjniła też obecność na estradzie Gidona Kremera. Artysta to obecnie legenda wiolinistyki, skrzypek znany głównie jako znakomity wykonawca muzyki współczesnej. Za pulpitem dyrygenckim znalazł się natomiast Gabriel Chmura, chętnie promujący i nagrywający muzykę Wajnberga.

Koncert rozpoczął się wykonaniem I Sinfonietty op. 41 tego kompozytora, ukończonej w 1948 roku. To czteroczęściowa kompozycja, w której twórca obszernie nawiązał do żydowskiej muzyki ludowej. Jest to element, który sprawia, że dzieło jest atrakcyjne w odbiorze, choć jest to atrakcyjność w typie, powiedzmy, Rapsodii węgierskich Liszta (nic w tym złego!). Orkiestra Filharmonii Narodowej była przygotowana dobrze, grała precyzyjnie i starannie, ale nie była to porywająca kreacja. Chmura poprowadził część pierwszą, Allegro risoluto, w tempie dość powolnym i bez przekonania. To z kolei sprawiło, że muzyka nie miała energii i drapieżnego wyrazu, który objawił się dopiero w zagranej temperamentnie części czwartej. W powolnej części drugiej zwracała uwagę przede wszystkim znakomita gra instrumentów dętych. Świetnie wypadło solo waltorni, a także solówki oboju i klarnetu. Interesujący okazał się tu przede wszystkim sam utwór, orkiestrowany barwnie (dużo perkusji), pełen życia dzięki wyrazistej rytmice, frapujący doskonale rozplanowaną dramaturgią.

Koncert skrzypcowy g-moll op. 67 to już późniejsze dzieło Wajnberga, znacznie bardziej oryginalne. Kompozytor napisał je w 1960 roku z myślą o Leonidzie Koganie. Czteroczęściowa kompozycja ujęta jest w nietypową dla koncertu, czteroczęściową formę: Allegro molto, Allegretto, AdagioAllegro risoluto. Gidon Kremer nie jest artystą zainteresowanym czarowaniem słuchacza pięknym, zmysłowym dźwiękiem. Gra szorstko, dźwiękiem mocnym, mięsistym, czasem wręcz brzydkim, co jak sądzę jest jego świadomym wyborem. Jego podejście pasowało zresztą do tego Koncertu, który, podobnie jak większość kompozycji Wajnberga, jest dziełem dramatycznym i emocjonalnym. Przepięknie wypadło mocno kontrastowe zakończenie, eteryczne, wyciszone i melancholijne. Wykonanie dzieła spotkało się zresztą z żywym przyjęciem ze strony publiczności, która gorąco oklaskiwała skrzypka. Ten odwdzięczył się grając na bis jedno z preludiów Wajnberga, pierwotnie przeznaczone na wiolonczelę.

VI Symfonia h-moll Szostakowicza jest dziełem dziwnym i zagadkowym. Po długim, tragicznym, mahlerowskim Largo następują dwie krótkie części szybkie – AllegroPresto. Pamiętam jeszcze, jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie wykonanie tego dzieła kilkanaście lat temu pod batutą Jerzego Semkowa i jak zaintrygował mnie wydrukowany wtedy w programie komentarz dyrygenta. Artysta tłumaczył w nim, że pierwszą część Szostakowicz napisał szczerze, od serca, natomiast dwie pozostałe doklepane zostały nieco na siłę, aby zadowolić władzę, żądną optymistycznej i przystępnej muzyki. To trafna myśl, ale mnie podczas słuchania Szóstej przychodzi na myśl analogia z Szóstą Czajkowskiego, która zresztą utrzymana jest w tej samej tonacji. Patetyczna składa się z czterech części – długiej i przejmującej części wolnej, krótkiego, koślawego walca na 5/4, szybkiego marsza i… kolejnej części wolnej, Adagio lamentoso. Szósta Czajkowskiego kończy się „źle”, w nastroju melancholii i rezygnacji. Szostakowiczowi w 1939 rok nie wolno było skończyć swojego dzieła w ten sposób, bo czasy były wyjątkowo ponure. Zamiast otrzymać owację ze strony publiczności kompozytor mógł (przy pomyślnych wiatrach) trafić do więzienia. Zamiast więc napisać swoje Adagio lamentoso, Szostakowicz zakończył Symfonię w taki sposób, w jaki kończy się trzecia część Szóstej Czajkowskiego – w nastroju fałszywej, udawanej, błazeńskiej, fasadowej radości. VI Symfonia Szostakowicza prawykonana została w listopadzie 1939 roku. Co działo się w ZSRR i w życiu kompozytora w tym czasie? W czerwcu tego samego roku aresztowany został Wsiewołod Meyerhold, reżyser teatralny i przyjaciel kompozytora, którego rozstrzelano na początku następnego roku. W lipcu 1939 roku żona Meyerholda, aktorka Zinaida Reich, została zamordowana w swoim mieszkaniu przez agentów NKWD, którzy wyłupili jej oczy (a mieszkanie dostała potem w prezencie kochanka szefa tej organizacji). Takie rzeczy działy się z ludźmi, których Szostakowicz znał. Takie rzeczy mogły przytrafić się i jemu. Jaką muzykę można pisać żyjąc w takich warunkach? Nie mam najmniejszych wątpliwości, jak złudny i fałszywy jest optymizm tej muzyki, jak bardzo udawana jest to radość i ile rozpaczy kryje się pod tą efektowną maską.

Gabriel Chmura poprowadził ten niezwykły utwór starannie i solidnie. Dźwięk orkiestry w pierwszej części był gęsty, zbity, mroczny i nasycony, co pasowało do charakteru muzyki. Może w paru miejscach wolałbym usłyszeć więcej detali partii harfy w niskim rejestrze czy upiornych uderzeń tam-tamu, ale całość i tak była satysfakcjonująca. Przejrzyście wypadły części szybkie, w których jednak przydałoby się ostrzej zaznaczyć pewne akcenty rytmiczne lub zaatakować pewne dźwięki w bardziej wyrazisty sposób. Były to jednak detale, które nie są zdolne zmienić ogólnego korzystnego wrażenia. Na medal spisało się drewno (kapitalne, sarkastyczne fagoty!) czy perkusja na czele z ksylofonem. Cała orkiestra przygotowana była starannie i zaprezentowała się od dobrej strony, umiejętnie wydobywając charakter muzyki rosyjskiego kompozytora.

foto. Giedre Dirvanauskaite/Filharmonia Narodowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.