Lieberson i Mahler w NFM

Cykl Neruda Songs na mezzosopran i orkiestrę Paula Liebersona (1946 – 2011) nie należy może do często wykonywanych dzieł (zwłaszcza w Polsce), ale na pewno jest to dzieło ciekawe i godne uwagi. Autor napisał je dla swojej żony – Lorraine Hunt Lieberson, która prawykonała pieśni w 2005 roku, mniej więcej na rok przed swoją śmiercią. Nie znam tekstów Pablo Nerudy, do których Lieberson napisał ten cykl, a że słyszałem utwór pierwszy raz, trudno mi więc wnikliwie oceniać stronę wykonawczą. Partię solową wykonała Janina Baechle, a zrobiła to delikatnie i z wyczuciem, pięknie operując barwą i dynamiką. Wydawało mi się to pasować to samej muzyki – koronkowo delikatnej, trochę neoromantycznej, trochę impresjonistycznej. W sumie więc rzecz niby eklektyczna, ale miła w odbiorze. Również partia orkiestry zabrzmiała pod batutą Lawrence’a Fostera dobrze – przejrzyście, logicznie i płynnie. Udało mi się „upolować” na Amazonie płytę z wykonaniem Lieberson – myślę, że powrót do świata tej muzyki będzie ciekawym przeżyciem.

W przeciwieństwie do utworu Liebersona Pieśń o ziemi Gustava Mahlera uwielbiam i znam praktycznie na pamięć. Łatwiej jest mi więc ocenić wykonanie i… trudniej jest mi być zadowolonym. Czy miałem powody do zadowolenia podczas piątkowego wykonania? Było ich, niestety, niewiele, zacznijmy więc od plusów. Bardzo ładnie prezentowały się solówki poszczególnych muzyków – szczególnie zwracała na siebie uwagę sekcja drewna na czele z fletami, obojami, fagotami i klarnetem basowym. Piękne były frullata fletów w orkiestrowym odcinku w pierwszej części, a także długie odcinki w Pożegnaniu. Bardzo dobrze brzmiał tu tam-tam, podkreślając kolorystykę tej części. Podobał mi się bardzo staranny balans pomiędzy śpiewakami a orkiestrą. Szczególnie problematyczna jest tu część pierwsza i czwarta, w których wykonaniu partii solowej towarzyszy orkiestra grająca tutti w głośnej dynamice. Śpiewacy nie byli tu zagłuszeni ani przez chwilę, a wszystko było doskonale czytelne. Tyle plusów.

Partię tenora pierwotnie wykonać miał Torsten Kerl, w ostatniej chwili zastąpił go jednak Johannes Chum. Niestety – słychać było, że nie jest to zbyt szczęśliwa zamiana. Chum śpiewał głosem irytująco nosowym, mniej więcej takim jak Julius Patzak w nagraniu Das Lied von der Erde z Bruno Walterem. Wydawał się nie mieć pojęcia, o czym śpiewa, a ekspresji i jakiegokolwiek wczucia się w tekst utworu tam po prostu nie było. Jego wykonanie było zaledwie poprawne.
Dietrich Henschel to zdecydowanie lepszy śpiewak, dysponujący dużym głosem o pięknej barwie, jednak przez większość czasu śpiewał zdecydowanie zbyt głośno. Typem ekspresji bardziej pasował do opery Verdiego niż do intymnych wyznań Mahlera. W tej estetyce Samotny jesieniąPożegnanie wypadły wręcz groteskowo. Taka emfaza i afektacja są w tym dziele austriackiego kompozytora zdecydowanie nie na miejscu.
Trzecim, bardzo ważnym ogniwem jest w tym utworze dyrygent. Foster nie popisał się zrozumieniem i wyczuciem koniecznym dla dobrego wykonania dzieła Mahlera. To co zaprezentował dyrygent było powierzchowne. Frazowanie praktycznie nie istniało, a poszczególne odcinki utworu następowały po sobie, ale ani nic się tam nie budowało, ani nie generowało napięcia. Dźwięk orkiestry był rozczarowująco oklapły i pozbawiony wyrazu, a punkty kulminacyjne wypadały blado. Smyczki brzmiały cienko i mało ekspresyjnie, w orkiestrze często zdarzały się też błędy intonacyjne i nierówności rytmiczne, których najwyraźniej dyrygent nie skorygował w czasie prób. Trudno mówić w tym wypadku o jakiejkolwiek interpretacji – udział Fostera ograniczał się do dość niezgrabnego kierowania ruchem.
Szkoda, bo w utworze kryje się zdecydowanie większy potencjał, a i orkiestrę NFM Filharmonii Wrocławskiej zdecydowanie stać na więcej.

 

foto. Bogusław Beszłej/Narodowe Forum Muzyki

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *