Muzyka polska – Weinberg, Młynarski & Penderecki

Przed nami kolejna płyta z serii Warsaw Philharmonic, firmowana nazwiskiem Jacka Kaspszyka i poświęcona muzyce polskiej. Tym razem mamy na krążku dzieła zapomniane, albo też do tego miana pretendujące w niedalekiej przyszłości.

Melodie polskie Mieczysława Wajnberga powstały w roku 1950 jako wyraz tęsknoty kompozytora za utraconą ojczyzną, która na zawsze już pozostała dla niego niedostępna. Cztery zwarte utwory opierają się na materiale ludowym traktowanym bardzo wprost, bez zbędnych stylizacji czy przekształceń. Brzmią trochę jak folklorystyczne kompozycje polskie z lat 30. – jak Chmiel Wiechowicza czy Taniec z Osmołody Palestra. Melodie polskie są pstrokate, efektowne i energiczne, ale słucha się ich dobrze, tym bardziej że i interpretacja jest pierwszorzędna.

Symfonia Młynarskiego wyposażona jest w programowe „rusztowanie” – niezbyt odkrywcze i niewiele słuchaczowi pomagające. Utwór otwiera „motyw losu”, dzieło Młynarskiego mocno więc osadzone jest w tradycji romantycznej, wzorowane przy tym na Piątych Beethovena i Czajkowskiego. Temat polskiego kompozytora nie posiada jednak tej zwartości i chwytliwości, która pozwalałaby bez wahania rozpoznawać każdy powrót motywu. Pod względem stylistycznym jest to rzecz utrzymana w nurcie zdecydowanie konserwatywnym, inspirowana dziełami wspominanego już Czajkowskiego, a także Dvořáka. Nie uświadczymy tu ani grama wpływów Mahlera czy Richarda Straussa, a rzecz pochodzi z roku 1910.
Zanim jednak podda się Symfonię Młynarskiego zbyt ostrej krytyce, trzeba zdać sobie sprawę w jakich warunkach ten utwór powstawał i jakim słuchaczom był przeznaczony. To przecież czasy zaborów, a publika w tamtych czasach potrzebowała przede wszystkim pokrzepienia serc. Jest więc dzieło to muzycznym odpowiednikiem powieści Sienkiewicza. Lubo uderzającym w tony podniosłe, nie zawsze przy tym głębokie. Jeśli dla nas dzisiaj brzmi miejscami naiwnie – to właśnie dlatego.

Jest też jeszcze (Boże, dopomóż!) Polonez Pendereckiego, dzieło napisane na inaugurację Konkursu Chopinowskiego w 2015. Miałem okazję słyszeć tę kompozycję już wtedy. Goya rzekł swego czasu, że „kiedy rozum śpi, budzą się upiory”. Penderecki mógłby dopowiedzieć, że kiedy śpi wena (a zamówienie i zaliczka już przyjęte, więc głupio się wycofać), rodzą się… dzieła takie jak ten Polonez. Całość niesie ze sobą skojarzenia z potworem Frankensteina. Głowę ma ten stwór po Mahlerze, tułów Moniuszki, nogi Szostakowicza, jedna ręka to Żeleński, a druga – chyba Noskowski. Szwy są grube, łączenia widoczne – znać, że praca szła ciężko, kosztowała sporo wysiłku i brakowało przy niej natchnienia.
Można by ten utwór przyjąć, ale pod jednym warunkiem – gdyby to był dowcip. Ale nie, to jest na serio! Kto nie wierzy, niech obejrzy wywiad z Pendereckim na stronie NIFCu. „Przez lata nikt nie pisał polonezów. Bali się Chopina. Ja się nie boję. […] To jest koncertowy Polonez. To nie jest polonez na studniówki (czyżby przytyk w stronę Kilara?), są takty na 4 czy na 2 czy na 3/8. Gdyby ktoś chciał go zatańczyć to by sobie połamał nogi”.
Obawiam się jednak, że słuchając tej produkcji Krzysztofa P. można sobie połamać co najwyżej uszy. Ten Polonez tak ma się do Pasji jak, nie przymierzając, uwertura Rok 1812 Czajkowskiego do jego IV Symfonii.

Cała płyta jest zagrana i nagrana w sposób świetny. Odpowiedzi na pytanie, czy wszystkie utwory zawarte na krążku wymagają takiego pietyzmu – pozostawiam otwarte, a odpowiedzi niech każdy poszuka sam dla siebie.

 

Krzysztof Penderecki
Polonez

Mieczysław Weinberg
Melodie polskie op. 47 nr 2

Emil Młynarski
Symfonia F-dur op. 14 Polonia

Orkiestra Filharmonii Narodowej
Jacek Kaspszyk – dyrygent

Warner Classics

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.