Pieśni Eugeniusza Morawskiego

Eugeniusz Morawski najbardziej znany jest ze swoich poematów symfonicznych oraz muzyki baletowej. Mniejszą popularnością cieszą się jego pieśni, tymczasem twórca ten pisał lirykę wokalną przez całe życie. Nie wiadomo dokładnie ile pieśni stworzył. W niektórych źródłach pojawia się informacja, jakoby było ich ok. 50, a w innych – ok. 30. Prawdy zapewne nigdy nie poznamy, gdyż większość utworów tego twórcy przepadła bezpowrotnie podczas II wojny światowej. Do niedawna mało kto wiedział o istnieniu zachowanych pieśni Morawskiego, a jeszcze mniej osób je znało. W 2013 roku, dzięki wydawnictwu RecArt, Tadeuszowi Domanowskiemu i Agnieszce Rehlis, słuchacze po raz pierwszy mieli sposobność zapoznania się z tym egzotycznym do tej pory repertuarem. Album zawiera 12 krótkich pieśni na głos i fortepian, w sumie 37 minut muzyki. Zachowały się zarówno dzieła bardzo wczesne, tworzone w pierwszej dekadzie XX wieku, utwory pisane już po zakończeniu II wojny światowej, jak też dzieła nie opatrzone datą. Są to dzieła to tekstów polskich, niemieckich, francuskich i angielskich. Kilka z nich zasługuje na szczególną uwagę.

Album otwiera Open the door to me do tekstu Roberta Burnsa. To najdłuższa z zachowanych pieśni, przywodzi na myśl rozbudowaną scenę dramatyczną. Sposób prowadzenia narracji przykuwa uwagę i nie pozwala oderwać się od słuchania dopóki nie wybrzmi ostatni dźwięk. Bohaterka pieśni próbuje dostać się do mieszkania ukochanego, a kiedy w końcu jej się to udaje, na podłodze znajduje jego zwłoki. Przejmująco brzmi zwłaszcza środkowy fragment, z wysokimi perlistymi dźwiękami fortepianu, odzwierciedlający fragment tekstu, w którym mowa o lodowatym zimnym wietrze. To majsterszyk jeśli chodzi o maestrię w oddaniu muzyką treści wiersza. W A ci co giną w boju i Nie! Nie jesteśmy niemą lutnią! (oba utwory do słów Marii Konopnickiej) Morawski połączył romantyczny patos z bojowym nastrojem. Oba utwory pochodzą z 1911 roku, kiedy Morawski jeszcze rozwijał się jako kompozytor i dopiero poznawał bardziej awangardowe trendy. Martyrologiczna wymowa tych pieśni może nam wydawać się aż nazbyt cierpiętnicza, ale musimy pamiętać, że stworzył te utwory artysta zaangażowany w niepodległościową działalność socjalistycznej bojówki. Z perspektywy carskich władz, które Morawskiego w pewnym momencie aresztowały, był on terrorystą. Gdyby nie interwencja rodziny i wysoka łapówka, kompozytor skończyłby na Syberii. Ciekawa jest pierwsza z tych dwóch pieśni, rozpoczynająca się ostrym, wyrazistym marszowym motywem w basie. Jest w niej coś przejmującego. W mrocznym nastroju utrzymany jest także Las płaczących brzóz do tekstu Micińskiego, ale dekadencka egzaltacja tekstu jest w przypadku tej pieśni nieco zbyt ostentacyjna. L’aube (Catulle Mendès), Magnolia (Lucien Rolmer) oraz La Détresse (tekst Leopolda Staffa w autorskiej francuskiej wersji. Pieśń ta błędnie pojawia się czasem w spisach pieśni Morawskiego jak „trzynasta” pieśń. – Par des nuits d’insomnie. Słowa te są po prostu incipitem La Détresse) to nieco lżejsze pieśni. Chanson do tekstu Alfreda de Musseta rozpoczyna się od powolnego wstępu w niskim rejestrze, później zaś czaruje słuchającego koronkowym, rozmigotanym trylem w wysokim rejestrze. Podobnie jest w pieśni Du bist wie eine Blume według Heinricha Heinego, będącej łagodnie rozkołysaną sicilianą w metrum 6/8, utrzymaną w pastoralnym F-dur. Obie pieśni to doskonałe i nieco zaskakujące przykłady na to, że Morawski odnajdował się również w muzyce nieco lżejszej w brzmieniu, w której odnaleźć można echa impresjonizmu. Kolejna pieśń do słów Heinego, Die Mitternacht to upiorna, powolna passacaglia w metrum 7/4, w której wokalizy głosu solowego wespół z uporczywie powtarzanym motywem basie sprawiają, że słuchającemu cierpnie skóra na plecach. Autograf tej pieśni nie dotrwał do naszych czasów w całości – zachował się jedynie początek i koniec dzieła. Środkowy fragment został zrekonstruowany po wojnie przez brata kompozytora, Włodzimierza. Jego wersja jest raczej trafna, bowiem Morawski zacytował Die Mitternach w swoim balecie Świtezianka. Für die Zeit to krótka, mroczna pieśń do tekstu Romaina Rollanda z 1939 roku. Jej tekst („Za czas, gdyś mnie kochała, dziękuję miło; i życzę, aby gdzie indziej lepiej ci było”) nawiązuje zapewne do zakończonego w tym samym czasie niezbyt udanego małżeństwa Morawskiego. Jego żona odeszła w pewnym momencie do pisarza Juliusza Kadena-Bandrowskiego, a po zakończeniu wojny wróciła do Paryża. Kompozytor przeprowadził rozwód bez jej udziału, a sąd orzekł o jej winie. Jeanne Enard dowiedziała się o tym rok po śmierci Morawskiego z korespondencji z jego bratem. Była tym bardziej zdziwiona, że przed wojną kompozytor wielokrotnie odmawiał jej rozwodu, a wspólnym znajomym mówił że jest już rozwiedziony. Nie będę tego komentował, bo nie ma to za wiele wspólnego z muzyką. Un grand sommeil noir to pieśń do słów Paula Verlaine’a. Tekst ten był wówczas bardzo popularny, umuzycznili go na początku XX wieku między innymi Igor Strawiński, Maurice Ravel, Edgar Varèse czy Arthur Honegger. Również ta pieśń Morawskiego jest mroczna, jednak w zakończeniu kompozytor niespodziewanie przeszedł do trybu durowego, wpuszczając w swój świat odrobinę światła i nadziei.

Które z pieśni najbardziej zapadają w pamięć? Zdecydowanie Open the door, A ci co giną w boju, Chanson, Die Mitternacht Un grand sommeil noir. Tych wysłuchać trzeba koniecznie. Wykonania są bardzo dobre. Tadeusz Domanowski gra z wrażliwością i wyczuciem barwy, ale kulminacje w jego wykonaniu mogłyby być bardziej wyraziste. Sprawiają wrażenie niedogranych, są momentami zbyt miękkie. Głos Agnieszki Rehlis znakomicie pasuje do mrocznego uniwersum polskiego kompozytora. Płyty słucha się z dużym żalem, który bierze się z tego, że nigdy nie usłyszymy utworów, które spłonęły w mieszkaniu kompozytora w 1944 roku. Nie wszystkie pieśni Morawskiego doczekały się nagrań. Pozostało jeszcze pięć innych liryków wokalnych – trzy religijne (O vos omnes, Libera meAgnus Dei) i dwie w wersji na głos i orkiestrę (Open the door to me i Grand sommeil noir), więc przygody słuchaczy z pieśniami Morawskiego w żadnym razie nie można uznać za zamkniętą. A co dopiero mówić o wciąż czekającej na prawykonanie wczesnej kantacie Kordecki, muzyce scenicznej do Lilli Wenedy czy całości baletu Miłość, który wciąż znany jest nam tylko we fragmentach. A płytę z pieśniami bardzo gorąco polecam!

Eugeniusz Morawski

Open the door to me
La Détresse
A ci co giną w boju
Chanson
Nie! Nie jesteśmy niemą lutnią
L’aube
Magnolia
Las płaczących brzóz
Die Mitternacht
Du dist wie eine Blume
Für die Zeit

Un grand sommeil noir

Agnieszka Rehlis – mezzosopran
Tadeusz Domanowski – fortepian

RecArt

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.