VII Symfonia Gustava Mahlera – część druga

Przez wiele lat za referencyjną uznawana była interpretacja pod batutą Leonarda Bernsteina, zarejestrowana w warunkach studyjnych w 1965 roku z New York Philharmonic Orchestra. Czasy były inne, a dostępnych na rynku nagrań Siódmej było o wiele mniej niż obecnie. Mało było więc okazji do porównań, a każda nowa rejestracja tego względnie mało popularnego utworu budziła duże zainteresowanie. Czy pierwsze nagranie Bernsteina z Nowojorczykami przetrwało próbę czasu? Czy nadal jest w stanie wywrzeć odpowiednie wrażenie?
Część pierwsza rozpoczyna się nadspodziewanie ostro i dynamicznie. Mało tu elegijności i mało rozpływania się w nastrojach, a za to dużo działania i energii. Bohater Symfonii jest u Bernsteina bardziej człowiekiem czynu niż filozofem:

Nowojorska blacha ma charakterystyczne, ciepłe, nasycone i krągłe brzmienie, która świetnie pasuje do tematu pierwszego:

Temat drugi jest szybki i niespecjalnie refleksyjny, co także zaliczyć trzeba Bernsteinowi na plus. Wykonanie jest świeże, pełne wielkiej energii i entuzjazmu. Świetnie wypada nagłe zatrzymanie akcji przed cytatem z Urlicht. Tempo zwalnia, a dyrygent pozwala muzyce odprężyć się i powoli, leniwie rozśpiewać:

Kontrasty są dobrze przemyślane, plastyczne i sugestywne, brzmienie orkiestry ciepłe, miękkie i nasycone. Znakomicie wypadają szybkie marszowe odcinki pod koniec pierwszej części. Bernstein mocno akcentuje tu brzmienie perkusji:

Nachtmusik I rozpoczyna się powoli, nieco nieśmiało, jednak przy ptasich wtrąceniach drewna prędko zmienia się tempo i nastrój.

Marsz jest zadziorny i pełen energii. Także tutaj więcej jest działania niż kontemplacji:

W pierwszym triu zwraca uwagę przepiękne, ciepłe i ekspresyjne brzmienie wiolonczel. Bernstein, podobnie jak Klemperer, podkreśla także brzmienie tam-tamu w łączniku, dzięki czemu wprowadza do narracji element grozy i niesamowitości:

Zwróćcie także uwagę że odcinek ten grany jest wolniej niż otaczające fragmenty marszowe i taneczne, przez co wyraźnie z nimi kontrastuje. Uwagę zwraca także kapitalna, figlarna gra drewna w drugim triu:

Bernstein nie waha się także mocno wyeksponować brzmienia harf:

Kapitalna kreacja, wykonywana z polotem, wyobraźnią i znakomitym wyczuciem nastroju muzyki.
Także Scherzo jest dość lekkie, przez co jest bardziej potraktowanym z przymrużeniem oka portretem tańca śmierci niż nim samym. Nawet tu jednak nie brak ostrych, groteskowych dźwięków, jak choćby agresywne porykiwania tuby:

W środkowym odcinku tempo jest nieznacznie wolniejsze, przez co kontrast z zasadniczym materiałem wypada sugestywnie. Wszystko jest tu nie tylko świetnie zaplanowane, ale także zrealizowane z polotem i fantazją.
Nachtmusik II jest u Bernsteina graną niespiesznie, leniwą, romantyczną i zmysłową serenadą, przepięknie zrealizowaną przez smyczki. Jest to trafna decyzja, tym lepsza, że dyrygent nie popada tu w przesadę i sentymentalizm (a wiemy że czasem mu się to zdarzało!). Tak brzmi początek:

Dyrygent dobrze też podkreślił brzmienie gitary i mandoliny:

Finał grany jest z werwą i energią, a Bernstein świetnie podkreśla tu wyrazistą rytmiczną pulsację. Świetnie wypada sekcja blachy, która naprawdę ma tu co pograć i gdzie się pokazać, a robi to brawurowo:

Muzyka pełna jest życia i energii, grana jest świeżo, z entuzjazmem. Bernstein potrafi tu zresztą zwolnić, aby leniwie porozkoszować się którąś z pięknie zaokrąglonych fraz. Zakończenie jest szybkie i dynamiczne, a Bernstein dobrze wydobywa brzmienie dzwonków pasterskich. Zwróćcie także uwagę na lekkie crescendo tuż przed ostatnim dźwiękiem, którego nie ma w partyturze Mahlera:

Sława tego nagrania absolutnie nie jest przesadzona. Klasyk, interpretacja pełna energii, werwy i polotu.
Leonard Bernstein, New York Philharmonic Orchestra, 1965, I – 20:51, II – 16:41, III – 9:37, IV – 14:38, V – 17:55 [79:48], Sony

Drugie, tym razem koncertowe nagranie Siódmej Bernstein zrealizował z Nowojorczykami równo dwie dekady później. Oczywiście to live, ale podrasowany później w studio, uzupełniony fragmentami prób i pozbawiony wszystkich odgłosów publiczności. W opinii wielu krytyków to jego nagranie słabsze jest od pierwszego. Jest jakoby mniej świeże, a bardziej rutynowe i z tego względu rzekomo mniej sugestywne. Mam jednak do niego sentyment, bo była to moja pierwsza Siódma, do której porównywałem później wszystkie inne. Tempo otwierającego Symfonię marsza jest minimalnie wolniejsze niż w pierwszym nagraniu. Na pewno nie można narzekać tutaj na jakość gry blachy, trochę pomarudzić zaś można na słabo zaznaczony rejestr basowy (bębna basowego tu niestety nie usłyszmy). Blacha zaś ma tutaj wiele momentów aby zabłysnąć, co robi zresztą z blaskiem i wyczuciem. Znakomicie prezentuje się wstęp i energiczny pierwszy temat, drugi zaś grany jest ekspresyjnie i romantycznie, a Bernstein bardzo umiejętnie różnicuje go pod względem tempa i nastroju:

Narracja prowadzona jest wartko, z animuszem, bez ociągania się i bez owego nachalnego romantyzowania, które psuje niektóre z późnych interpretacji Bernsteina. Powolne, liryczne epizody także grane są znakomicie, jeśli zaś wywierają mniejsze wrażenie niż w poprzednim nagraniu dyrygenta, to ze względu na słabszy, bardziej płytki dźwięk. Tak brzmi fragment przetworzenia, usłyszymy tu piękne, wyraźnie słyszalne harfy i dzwonki pasterskie, a także pozbawioną maniery grę smyczków:

Znakomicie brzmią później ostre, wyraziste wejścia blachy, która ma też barwę:

Zakończenie jest bardzo dynamiczne:

Bernsteinowi udaje się tu zachować świetny balans pomiędzy miękkością, romantyczną rozlewnością a dramatyzmem i modernistyczną ostrością.
Nachtmusik I rozpoczyna się powoli. Marszowy temat prezentowany jest w umiarkowanym tempie, jest dyskretny, to tajemniczy, cienisty. Taneczne tria są zaś tutaj melancholijne, prowadzi je Bernstein niespiesznie. Zwróćcie też uwagę na delikatne zawahanie tempa na początku:

Niestety, dzwonki pasterskie i tam-tam są tutaj słabo słyszalne. Ta interpretacja ma bardzo specyficzny, dekadencki klimat. Znakomita gra drewna podkreśla sarkastyczny humor zawarty w tej muzyce:

Tempo w Scherzo jest nieco wolniejsze niż w poprzednim nagraniu Bernsteina, ale ciekawsza jest tu gra barwą. Niespieszność tej interpretacji także podkreśla jej dekadentyzm. Trio jest nadspodziewanie powolne, przez co mocno kontrastuje w zasadniczym materiałem, ale muzyka traci tu też nieco impetu:

Jednak powrót głównego materiału jest świetnie zrealizowany, a słuchacz czuje się ponownie wciągnięty w dziwaczny, demoniczny taniec. Kapitalna jest ostra jak brzytwa artykulacja staccato smyczków i ostre, suche pizzicato:

Serenada jest prowadzona niespiesznie, staje się jednak zbyt rzewna z powodu nadmiernej wibracji w smyczkach:

Jednak oprócz tego mankamentu (o ile w ogóle założymy że to mankament!) Bernstein bardzo dobrze podkreśla zmiany temp i nastrojów tego ogniwa, dobrze też wydobywa brzmienie mandoliny i gitary. Główna kulminacja zrealizowana jest ostro i dramatycznie:

Gra blachy w ostatniej części jest fenomenalna i wirtuozowska. Posłuchajcie tylko brawurowo zrealizowanych przez waltornie tryli na początku:

Zasadnicze tempo jest dość umiarkowane, a gra drewna i smyczków wydaje się trochę zbyt wygładzona w stosunku do blachy i perkusji, które przedzierają się przez odcinki tutti z taką mocą i entuzjazmem, że Bernstein mógłby powiedzieć: „mam nowojorską blachę i nie zawaham się jej użyć!”. Fenomenalnie wypada zakończenie z głośnym biciem dzwonów. Zwróćcie też uwagę, że także tutaj wyraźnie słychać crescendo przed ostatnim, mocno zaakcentowanym akordem:

Druga interpretacja Bernsteina nie jest w żaden sposób gorsza od pierwszej, jest od niej po prostu inna.

Leonard Bernstein, New York Philharmonic Orchestra, 1985, I – 21:38, II – 17:08, III – 10:32, IV – 14:47, V – 18:26 [82:24], Deutsche Grammophon

Tyleż wnikliwym co ekscentrycznym wykonawcą symfonii Mahlera był włoski kompozytor i dyrygent Bruno Maderna. Ten obdarzony bujnym temperamentem i wyjątkowo bogatą wyobraźnią artysta pozostawił po sobie dwa nagrania Siódmej, oba zarejestrowane na żywo. W pierwszym z nich artysta poprowadził Wiener Symphoniker (1967), w drugim zaś Orchestra Sinfonica della RAI di Milano (1971). Na potrzeby przewodnika wysłuchałem pierwszej z tych rejestracji.
Część pierwsza rozpoczyna się bardzo powoli, wydaje się grana ciężko i z mozołem. Sekcja blachy nie brzmi powalająco i słychać że muzycy muszą walczyć z pewnymi odcinkami, aby zagrać je choćby jako tako. Maderna zwraca baczną uwagę na tremolo w smyczkach na słabych częściach taktu, co wprowadza tam element napięcia. Także temat pierwszy grany jest powoli i ostrożnie. Drugi natomiast, choć rozpoczyna się dość nieśmiało, dość szybko rozkręca się i nabiera rozpędu. Muzyka staje się ostra i gwałtowna. Kontrast przynosi dopiero środkowy odcinek, w którym dyrygent eksponuje ciepłe, ekspresyjne brzmienie wiolonczel, nadające temu fragmentowi wiele uroku:

Bardzo ekspresyjnie grają też smyczki w odcinku oznaczonym jako leidenschaftlich – namiętnie:

Zakończenie jest szybkie i bardzo ogniste, ale Wiener Symphoniker nie radzi sobie tu najlepiej.
W części drugiej intryguje umiejętnie wykreowana tajemnicza atmosfera, a także, ponownie, ekspresyjny dźwięk smyczków. Marsz brzmi tajemniczo, zwróćcie też uwagę na wyraziste zmiany tempa:

Jakość brzmienia smyczków słychać też wyraźnie w prowadzonym wartko, z polotem i wyczuciem pierwszym triu:

Maderna bardzo zwalnia przy ponownym pojawieniu się zawołań waltorni, nastrój zmienia się, na powrót staje się skupiony i tajemniczy, co podkreślają uderzenia tam-tamu:

To interpretacja ekstremalna i zaskakująca doborem temp, tym jak często się one zmieniają i jak bardzo decyzje Maderny są trafne i wnikliwe.
Scherzo jest grane w zawrotnym tempie, ale jest też bardzo ciche, co daje osobliwe (ale trafne) wrażenie czegoś złowrogiego, dynamicznego i pulsującego. Artykulacja nie jest ostra, ale Madernie chodziło tu bardziej o uzyskanie wrażenia demonicznego pędu niż pedantyczne pilnowanie każdej nuty. Efekt jest porywający:

Świetna jest Nachtmusik II, która grana jest ekspresyjnie, ale z wielkim wyczuciem i bez przesadnej ekspresji. Maderna wyciągnął z brzmienia gitarę i mandolinę, co daje momentami wrażenie słuchania koncertu podwójnego na te instrumenty:

Czas trwania tego ogniwa może się wydawać dość powolny, ale są tu zarówno fragmenty grane bardzo powoli, jak i diabelnie szybko:

Finał grany jest z animuszem, polotem i energią:

Ponownie Madernę bardziej interesuje tu zawarta w tej muzyce dzika energia niż pilnowanie detali intonacji i artykulacji. Być może w tym tkwi klucz do tego, że jego wersja jest tak porywająca, tak potoczysta, zajmująca i pełna humoru:

Gwałtowne kontrasty, pełna zaangażowania, energiczna gra sprawiają, że trudno oderwać się od słuchania tak pomysłowej i niebanalnej interpretacji. Posłuchajcie jak długo Maderna wstrzymał się przed ostatnim akordem:

Gdyby Maderna nagrywał z lepszymi orkiestrami i w lepszej jakości dźwięku to dziś jego interpretacja stawialibyśmy na równi z wykonaniami Bernsteina czy Kubelika. Niestety, te nagrania to ciekawostki dla koneserów. A szkoda, bo są świeże i porywające!

Bruno Maderna, Wiener Symphoniker, 1967, I – 19:02, II – 15:14, III – 8:28, IV – 14:55, V – 16:55 [74:34], St Laurent Studio

 

 

 

Czeski dyrygent Rafael Kubelik nagrał Siódmą trzy razy. Najbardziej znane jest jego pierwsze nagranie, studyjne, zarejestrowane z Symphonie-Orchester des Bayerischen Rundfunks w 1970 roku. Początek nie jest obiecujący. Brzmi pospiesznie, ostro i agresywnie, a dźwięk jest nieprzyjemnie płaski, zbity i mało przestrzenny. Także drugi temat jest grany szybko, ale wysokie tony są nieprzyjemnie podbite. Przy powrocie pierwszego z marszowych tematów zwraca uwagę miła barwa brzmienia rogu tenorowego:

Pierwszy temat brzmi bardzo dobrze, grany jest w odpowiednio szybkim tempie i z dobrą ekspresją. Lepiej jednak wypada w tym wartkim tempie temat drugi, w którym rzeczywiście słychać impet, o który Mahlerowi chodziło:

Kubelik prowadzi narrację wartko, ale jednocześnie bardzo pospiesznie, przez co brakuje tu przestrzeni i oddechu. Sytuacja nie zmienia się nawet w pastoralnych epizodach w środku pierwszej części. Także one brzmią płasko, pospiesznie i nieciekawie, co odbiera im cały urok. Kubelik nie zwraca też większej uwagi na pauzy, których Mahler sobie życzył, co sprawia że chociaż wszyscy tu grają szybko i głośno, to efekt nie jest zbyt dramatyczny. Zakończenie prezentowane w tej konwencji jest męczące:

Także Nachtmusik I prowadzona jest wartko, ale bez większego różnicowania tempa i dynamiki, pomiędzy poszczególnymi sekcjami, co sprawia że wypada dość monotonnie. Brzmi to tak jakby Kubelik prowadził ją bez większego zainteresowania, chcąc po prostu jak najszybciej zrobić swoje. Interesująco wypadają tu dęte drewniane w drugim trio, w udany sposób wprowadzające atmosferę dziwności:

Także później Kubelik wydobył z partii drewna ciekawe detale, które w udany sposób różnicują narrację. Ciekawie brzmi też ostre pizzicato w powrocie walca:

Scherzo prowadzone jest ostro, więc z oczekiwanej przez Mahlera cienistości nie pozostaje tu zbyt wiele. Nawet trio prowadzone jest rytmicznie i wyraziście, co akurat nie jest takie złe:

Także tutaj w partii drewna Kubelik powyciągał ciekawe, szkaradnie brzmiące detale.
Serenada prowadzona jest pospiesznie i nerwowo. Mocno bym skłamał gdybym napisał że jest to jakaś interesująca czy wyróżniająca się kreacja. Jest to raczej emocjonalne plateau, prowadzone pospiesznie i bez zbytniego zaangażowania. Tak brzmi główna kulminacja tej części:

Także finał nie porywa. Dobre są odcinki, w których gra mniejszy skład, ale tutti jest męcząco suche w brzmieniu, a i Kubelik nie ma w tej muzyce nic ciekawego do powiedzenia. Tak brzmi jeden z fragmentów:

Żadna z symfonii Mahlera nie wybaczy dyrygentowi pośpiechu i powierzchowności. Siódma nie jest wyjątkiem, co mści się na interpretacji Kubelika, czyniąc ją względnie mało interesującą. Złego wrażenia dopełnia płaski, mało przestrzenny dźwięk, z ostrymi, mocno podbitymi wysokimi tonami. Omijać.

Rafael Kubelik, Symphonie-Orchester des Bayerischen Rundfunks, 1970, I – 19:40, II – 14:46, III – 9:23, IV – 11:58, V – 16:42 [72:48], Deutsche Grammophon

 

Z dwóch późniejszych o kilka lat nagrań koncertowych Kubelika znacznie bardziej znane jest to ponownie zarejestrowane z Bawarczykami w 1976 roku i wydane przez firmę Audite. Różnica jest zauważalna od razu – pomimo szybkiego tempa więcej tu przestrzeni, więcej oddechu. Kontrasty pomiędzy sekcjami są dobrze zaznaczone, choć orkiestra nie jest nagrana zbyt dobrze i brzmi momentami mało przejrzyście. Kubelik umiejętnie prowadzi narrację, odpowiednio dobiera też tempa. Początek środkowego epizodu jest dość szybki, ale dyrygent niemal od razu wyhamowuje:

Jednak także tutaj niektóre fragmenty wydają się zbyt pospieszne, a przez to pozbawione ciężaru. W marszu pod koniec tego ogniwa prawie w ogóle nie słychać perkusji:

Pierwsze tuttiNachtmusik I jest ostre i pełne impetu, ale główny materiał marsza Kubelik prezentuje dość powoli i w wyważony sposób:

Dyrygent dobrze uchwycił też charakter tanecznego pierwszego tria, które jest łagodnie rozkołysane i brzmi lekko. Dobrze brzmią towarzyszące zawołaniom waltorni dzwonki pasterskie:

Wykonawcy świetnie uchwycili charakter tego ogniwa, wykonują je z polotem i wyczuciem nastroju.
Wiele nastroju odnajdziemy także w Scherzo, które jest niepokojące, grane wirtuozowsko i odpowiednio podkreśloną upiorną kolorystyką. Ostre, zdecydowane ataki orkiestry podkreślają jeszcze wyrazistość i rytmiczność:

Serenada prowadzona jest w szybkim tempie, przez co staje się ostra, nerwowa i niespokojna. Praktycznie nic tu nie pozostaje z czułostkowości i sentymentalizmu (i bardzo dobrze!), a nastrój jest pełen napięcia:

Także finał Kubelik prowadzi bardzo szybko, z werwą i energią. W przeciwieństwie do poprzedniego nagrania studyjnego wiele tu życia i humoru:

Czeski dyrygent sprawnie podkreśla ten ostatni aspekt, wydobywając z brzmienia mnóstwo ciekawych detali. Świetnie wypada tu zwłaszcza pozostające zazwyczaj w tle drewno:

A tak brzmi kapitalnie poprowadzone zakończenie:

Druga z interpretacji Kubelika w miarę rozwoju narracji staje się coraz lepsza, coraz ciekawsza i coraz bardziej angażująca dla słuchającego. Nie jest może idealna, ale jest o niebo lepsza od bardziej znanej rejestracji studyjnej. Słucha się jej z wielką przyjemnością.

Rafael Kubelik, Symphonie-Orchester des Bayerischen Rundfunks, 1976, I – 19:58, II – 15:36, III – 9:28, IV – 11:53, V – 16:27 [73:25], Audite

Jeśli chodzi o bardzo bogatą dyskografię holenderskiego dyrygenta Bernarda Haitinka to wybrałem z niej jego nagranie studyjne z 1982 roku. Jest to trzecie z siedmiu jego nagrań Siódmej, warte wysłuchania jest natomiast z tego względu że artysta prowadzi tam Concertgebouw, znakomity zespół, którego nie trzeba przedstawiać.
Sposób w jaki Haitink rozpoczyna Symfonię jest naturalny i pozbawiony afektacji. Gra orkiestry jest znakomita, pełna wyczucia, a dobrego wrażenia dopełnia znakomita, przestrzenna akustyka. Rozpoczęcie pierwszej części jest powolne, ponure, żałobne i mroczne. Kontrast pomiędzy poszczególnymi sekcjami ekspozycji jest naturalny, a Haitink dobrze różnicuje je między sobą, nie przesadzając w żadną stronę i jednocześnie czytelnie wydobywając środkowe głosy i rozmaite smakowite detale w rodzaju drobnych, ale wyraźnych crescend blachy. Muzyka jest żarliwa, barwna i przejrzysta, są też w niej emocje. Haitink przepięknie prowadzi środkowe odcinki, w których pozwala muzyce wyciszyć się i daje jej odpowiednią ilość czasu na wybrzmienie. Kulminacje są budowane naturalnie, w przejrzysty sposób. Bardzo dobre, dynamiczne zakończenie!
Znakomite jest bardzo dynamiczne rozpoczęcie Nachtmusik I, ze świetnie, dynamicznie zbudowanym odcinkiem tutti. Dużo tu wirtuozerii, ale takiej w najlepszym guście! Gra orkiestry jest dziarska, pewna w marszowych odcinkach, w tanecznych zmysłowa i lekko melancholijna, a przerywnikach pełna niepokoju. Błyszczą tu ciepłe, ekspresyjne smyczki, znakomite, przejrzyste i śpiewne drewno, nie nachalna blacha i tylko perkusja pozostaje trochę za bardzo w tle.
Scherzo prowadzone jest przez Haitinka czytelnie, w umiarkowanym tempie. Przytłumiona gra orkiestry oddaje generalną wskazówkę Mahlera dotyczącą sposobu interpretowania tej części, jednocześnie jednak nie pozwala jej naprawdę się rozkręcić i uzyskać rozwichrzonego, makabrycznego charakteru. Haitink jest tu dyskretny. Ale i tak wiele tu świetnych rzeczy – a to burknięcia kontrafagotu i fagotów, a to niezwykle czytelnie prowadzone wejścia krótkich motywów granych przez smyczki. Nie jest to może najbardziej frenetyczna interpretacja tej części, ale oddaje dekadencki klimat tego ogniwa.
Część czwarta jest nadspodziewanie emocjonalna – dźwięk skrzypiec solo jest bardzo rozwibrowany, niemal sentymentalny. Tempo jest wartkie, ale gitara i mandolina są zdecydowanie za bardzo schowane w brzmieniu, przez co muzyka staje się zbyt blada i pozbawiona tego oryginalnego kolorytu, który wnoszą w tym miejscu te konkretne instrumenty.
Finał jest udany, Haitink prowadzi go dowcipnie i z wyczuciem efektu. Ostre akcenty drewna, drobne crescenda, efektowne pauzy, pełne udanej powagi powolne fragmenty, po których muzyka znowu zrywa się do dalszego pędu – wszystkie te elementy tworzą sugestywną i wciągającą całość. Haitink bardzo umiejętnie steruje tempem, przyspieszając i zwalniając dokładnie wtedy kiedy muzyka tego potrzebuje.
Bardzo dobra interpretacja, ujmująca naturalnością i szacunkiem w stosunku do intencji Mahlera. Pierwsza i druga część są znakomite, trzecia i czwarta – dobre, ale trochę rutynowe, finał dobrze poprowadzony. Jest w ostatnim ogniwie zarówno poczucie triumfu i trochę bufonady.

Bernard Haitink, Concertgebouw, 1982, I – 22:52, II – 15:31, III – 10:58, IV – 12:55, V – 18:42 [81:00], Philips

Kurt Masur był dyrygentem, którego nie kojarzy się z wykonań symfonii Mahlera. Pomimo tego w jego dorobku znajduje się kilka nagrań dzieł austriackiego kompozytora, w tym właśnie Siódma, zrealizowana na początku lat 80. ze sławną Leipzig Gewandhaus Orchestra. Pisząc o interpretacjach różnych utworów bardzo nie lubię pisać o tym, że są nietrafne. Wolę doszukiwać się w nich plusów, nawet jeśli do końca nie jestem przekonany do danego sposoby słyszenia danego dzieła. Jednak w tym przypadku jestem bezradny. Wykonanie Siódmej pod batutą Masura jest tak nieudane, tak żałośnie nieadekwatne, tak kompletnie mylne w stosunku do intencji i stylistyki utworów kompozytora, że jedynym miejscem dla tej płyty jest półka oznaczona jako „interpretacyjne panopticum”. Początek jest przytłumiony i nieśmiały, z cichą, niemrawą grą blachy. Trudno wytłumaczyć co jest z tym wykonaniem nie tak. Ma się po prostu wrażenie że nikt z wykonawców nie wie o co chodzi. Orkiestra gra bez żartu, pasji i zaangażowania, a stojący na jej czele Masur w ogóle nie wie, czego od niej chce i nie wie czego chce od utworu, którym dyryguje. W rezultacie powstaje emocjonalne plateau, w którym nie ma za grosz napięcia i energii. Pełne pasji, namiętne, wystrzeliwujące w górę kulminacje brzmią tu groteskowo i niemrawo. Pomimo że tempo jest wartkie, to sposób prowadzenia narracji przez Masura sprawia, że całość wlecze się i przeciąga ponad miarę. Oto jeden z takich fragmentów, który zgodnie ze wskazówkami kompozytora powinien być namiętny:

Pełne pasji epizody marszowe są porażająco blade, pedantyczne i pozbawione życia:

Co za nuda!
Nieco ciekawsza jest część druga, ale także tutaj słuchacz nie ma co liczyć na nadmiar wrażeń czy emocji. Tempo jest dobrze dobrane, ale muzyka nie brzmi zbyt zajmująco. Tak wypada marszowy temat na początku:

Scherzo, w założeniu cieniste, jest mdłe i nijakie. Nie ma tu ani ciekawej gry barwą ani ostrej rytmiki. Jest za to nuda. Tak brzmi kulminacja z uderzeniem strun o gryf:

Serenada mogłaby być kołysanką. Usypia lepiej niż tabletka nasenna popita podwójną melisą. Tak brzmi jedna z kulminacji.

Finał jest zaskakująco lekki. Ma swoje lepsze, bardziej rytmiczne momenty, ale nie porywa i nie daje wrażenie ukończenia długiej wędrówki. Orkiestra gra jak na autopilocie. Jak ma być wolniej to jest trochę wolniej, jak ma być szybciej to jest trochę szybciej, jak ma być trochę głośniej, etc., etc., i tak to sobie leci do przodu bez ładu i składu. Tak brzmi początek tej części Symfonii:

Unikać tego nagrania za wszelką cenę. Jest śmiertelnie nudne, drętwe i nieciekawe. Jeśli ktoś da w prezencie – ładnie się uśmiechnąć, a potem wyrzucić do kosza.
Kurt Masur, Leipzig Gewandhaus Orchestra, 1982, I – 19:50, II – 14:11, III – 9:48, IV – 13:15, V – 16:37 [73:41], Berlin Classics

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.