Piątkowy wieczór w Filharmonii Śląskiej był tym razem spotkaniem z muzyką Antoniego Szałowskiego, Antonína Dvořáka i Jeana Sibeliusa.
Na początku Yaroslav Shemet poprowadził Uwerturę na orkiestrę Szałowskiego – utwór z 1936 roku. To kompozycja lekka, pełna wdzięku i humoru, a przy tym bogato orkiestrowana. Słyszałem ją na żywo po raz pierwszy. Została wykonana znakomicie – finezyjnie i z dużą energią. O klasie orkiestry świadczyło to, że w zasadzie nie musiała się rozgrywać – swobodnie wskoczyła na najwyższy bieg, grając z wielką precyzją i swobodą. Utwór powstał w Paryżu jako zwieńczenie studiów kompozytora u Nadii Boulanger. Ową francuskość bardzo wyraźnie w nim słychać.
Solistą w Koncercie wiolonczelowym h-moll Dvořáka był Antoni Wrona, młody (rocznik 2003) artysta, laureat III nagrody Konkursu Lutosławskiego w 2024 roku. Grał ten utwór dopiero po raz trzeci w życiu. Nie była to więc interpretacja dopracowana w najdrobniejszych szczegółach jak u starych wyjadaczy, którzy zjedli na nim zęby, ale miała w sobie coś innego – świeżość, zaangażowanie i emocjonalny żar. Wrona grał przy tym niezwykle starannie pod względem intonacji, ciepłym i pięknym dźwiękiem. Ogromną zaletą tego wykonania było to, że nie był to jedynie popis solisty, lecz finezyjne muzykowanie, w którym wiolonczelista celowo ustępował pola muzykom orkiestry w momentach przejmowania przez nich melodii. Świetnie wypadł także dialog z koncertmistrzem w ostatnim ogniwie. Shemet prowadził orkiestrę z dużym wigorem, potrafił jednak wydobyć z tej niemiłosiernie ogranej partytury smakowite detale, choćby w partii kontrabasów.
Na bis artyści wykonali przepiękne opracowanie katalońskiej kolędy Pieśń ptaków (El cant dels ocells) autorstwa Pabla Casalsa. Również ono wypadło bardzo przekonująco, a publiczność słuchała jak zaczarowana.
Na koniec zabrzmiała Piąta Sibeliusa. To dzieło ciekawe, momentami wręcz enigmatyczne. Niby to już dojrzały etap twórczości Fina, niby ascetyczny styl, a jednak wciąż obecny jest tu romantyczny patos. Tonacją zasadniczą jest przecież bohaterskie Es-dur. Sibelius zresztą ten patos przełamuje – choćby w nietypowym zakończeniu, gdzie rozbrzmiewa sześć akordów powtarzanych po długich pauzach, co brzmi wręcz prowokacyjnie. Retoryczny overkill, trochę w duchu zakończenia Piątej Beethovena. Sibelius długo zmagał się ze swoją Piątą. Początkowo miała ona cztery części, później kompozytor połączył dwie pierwsze i całość gruntownie przerobił. Wyszło to symfonii na dobre. Pierwotną wersję nagrywa się niezmiernie rzadko.
Interpretacja Shemeta nie rozczarowała. Dyrygent bardzo dobrze czuje muzykę tego kompozytora i wie, jak wydobyć jej zalety, a orkiestra grała na bardzo wysokim poziomie. Przede wszystkim potrafi trafnie dobrać tempa – pod jego batutą muzyka płynęła swobodnie, była też w niej niezbędna przestrzeń. Pierwsze ogniwo jest szczególnie trudne, gdyż wymaga ostrożnej logistyki i miarowego przyspieszania. Udało się to znakomicie. Druga część była szybka, lekko taneczna i rozkołysana, a finał orkiestra wykonała z werwą. Piękne były solówki fagotu i trąbki w pierwszej części, a także sposób, w jaki waltornie wykonały rozkołysany temat łabędzi w finale. Shemetowi udało się zahipnotyzować publiczność – nikt nie wyrwał się z oklaskami w pauzach zakończenia. Podobnie jak Segerstam, szef artystyczny Filharmonii Śląskiej bardzo dobrze wiedział również, co zrobić z wszechobecnymi tremolami, które służyły tu wzmaganiu napięcia. Potrafią one brzmieć irytująco i monotonnie (jak w nieszczęsnym cyklu Mäkeli), tutaj jednak były elementem świadomie budowanej dramaturgii. Muszę też powiedzieć, że bardzo lubię ten rodzaj pozytywnej energii, który panuje w Filharmonii Śląskiej i który czuje się w relacji między Shemetem a orkiestrą. To duża wartość.
foto. Karol Fotyga
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
