Orchestre de la Suisse Romande, Khatia Buniatishvili & Jonathan Nott w Wiener Konzerthaus

Założona w 1918 roku Orchestre de la Suisse Romande to jeden z najbardziej znanych zespołów starego kontynentu. Od momentu założenia aż do 1967 roku na jego czele stał Ernest Ansermet, artysta znany głównie z wykonań XX-wiecznego repertuaru francuskiego i rosyjskiego, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji Strawińskiego. To dzięki niemu orkiestra zyskała sławę i wyraźny profil repertuarowy. Później orkiestrze szefowali m.in. Paweł Klecki, Wolfgang Sawallisch, Marek Janowski czy Neeme Järvi, zaś od 2017 roku dyrektorem artystycznym genewskiego zespołu jest Brytyjczyk Jonathan Nott, znany głównie z nagrań muzyki współczesnej, jak choćby kompozycji Ligetiego.

Pierwsza część koncertu nie była jednak wcale współczesna, a romantyczna: zabrzmiał bowiem II Koncert fortepianowy B-dur Johannesa Brahmsa. Partię fortepianową wykonała w nim Khatia Buniatishvili, którą miałem już okazję słyszeć solo w tej samej sali. Jej występ nie pozostawił po sobie wtedy zbyt korzystnych wrażeń. Także tym razem miałem mieszane odczucia. Z jednej strony były tam odcinki finezyjne, zrealizowane subtelnie i z wyczuciem, jak całe śpiewne trzecie ogniwo. Z drugiej strony Buniatishvili traktowala II Koncert Brahmsa nie jak wielką, organicznie rozwijającą się formę symfoniczną, lecz jak pretekst do efektownej autoprezentacji, jak fajerwerk w stylu Liszta. Słuchając jakiś czas temu wykonania tandemu Andsnes/Canellakis, miałem wrażenie pewnej rezerwy, ale jednocześnie organiczności, której tu brakowało, a która stanowi esencję tego dzieła. Pianistka ma ogromny temperament, co samo w sobie nie jest niczym złym, rzecz jednak w tym, że wraz ze wzrostem napięcia miała tendencję do forsowania tempa, a forsując je, traciła precyzją (sąsiadów bywało wtedy sporo…) i urodę brzmienia. Szczególnie w finale pośpiech okazał się zabójczy: część, która powinna być lekka i pełna humoru, zabrzmiała nerwowo i była zdecydowanie zbyt zagoniona. Ale publiczności się podobało i głośno oklaskiwała pianistkę. Bisowała dwa razy. Na pierwszy bis zagrała efektowną i głośną parafrazę zakończenia II Rapsodii węgierskiej Liszta, na drugi wykonała, całkiem ładnie, Adagio z Koncertu d-moll BWV 974 Bacha. Orkiestra pod batutą Notta grała w dość wycofany sposób, bardziej akompaniując, niż aktywnie współtworząc opowieść.

W drugiej części wieczoru Nott poprowadził całość trylogii Images Claude’a Debussy’ego, czyli Gigues, trzyczęściową IbérięRondes de printemps. Słyszałem to na żywo po raz pierwszy i muszę powiedzieć, że orkiestra pokazała dużą klasę wykonaniem tych dzieł. Były one finezyjne, barwne, pełne polotu i energii, a Nott poprowadził je w naturalny i jednocześnie bardzo satysfakcjonujący sposób. Aż dziw, że tak dobrą muzykę gra się tak rzadko. Wymaga ona od orkiestry dużej elastyczności i cieniowania dynamiki, co rzuca się w uszy zwłaszcza w przejściu z drugiej do trzeciej części Ibérii. Zmysłowy obraz nocy powoli ustępuje  tam miejsca radosnej fieście. To fantastyczny i niezwykle sugestywny obraz, oddany przez wykonawców rewelacyjnie.

Gorące oklaski zmusiły orkiestrę do bisu, którym była zagrana ze szwungiem czwarta część Concert românesc Györgya Ligetiego. Nott ma na koncie mnóstwo świetnych nagrań muzyki tego kompozytora, którego zresztą znał osobiście. Swoją drogą – kiedy ostatnio byliście na koncercie, na którym bisowano Ligetim?

 

foto. Niels Ackermann

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć niezależną krytykę? Odwiedź mój profil w serwisie Patronie.pl i zostań mecenasem Klasycznej Płytoteki:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.