Lahav Shani, Lukas Sternath & Rotterdam Philharmonic Orchestra na Praskiej wiośnie

Z dużym zainteresowaniem przyjąłem wiadomość, że na festiwalu Praska Wiosna wystąpić ma Rotterdam Philharmonic Orchestra, założony w 1918 roku zespół, którego nigdy jeszcze nie słyszałem na żywo. Za pulpitem dyrygenckim stanął jego szef artystyczny Lahav Shani. Słyszałem go do tej pory z Israel Philharmonic Orchestra w Bukareszcie i dwa razy w Wiedniu – z Wiener Symphoniker i Münchner Philharmoniker. Izraelski dyrygent stoi na czele trzech z wymienionych zespołów. Jego doba ma 24 godziny, nie wnikam więc w to, jak on to robi…
Pierwotnie solistką podczas koncertu miała być Martha Argerich, ale odwołała swój występ, a zastąpił ją młody, urodzony w 2001 roku Austriak Lukas Sternath, uczeń Igora Levita i Paula Lewisa. Uchodzi za pianistę stojącego u progu wielkiej kariery, więc jego obecność przyjąłem z zainteresowaniem. Oczywiście szkoda, że Argerich nie wystąpiła, ale… ją w Koncercie Schumanna słyszałem, a Sternatha jeszcze nie.

Na początku zabrzmiało jednak dzieło holenderskie – uwertura Cyrano de Bergerac Johana Wagenaara z 1905 roku. Utwór okazał się przystępny, barwny, atrakcyjny i dowcipny, choć zalatywał trochę Richardem Straussem. Zagrany został z werwą i nie pozostawił przy tym wrażenia, że orkiestra potrzebowała czasu, aby się rozegrać. Muzycy od razu wskoczyli na wysokie obroty. Shani poprowadził ich zamaszyście, ale nie było wrażenia, że dyryguje na pokaz. Bardziej podkreślał to, czego sama muzyka potrzebowała.

Sternath wykonał partię solową w Koncercie Schumanna z dużym polotem, świeżo i z entuzjazmem. Słuchało się jego interpretacji z dużą przyjemnością, bo słychać było, że odkrywa tę muzykę i ma z niej dużo frajdy. Ma ciepły i miękki dźwięk, potrafi przy tym rozśpiewać swój instrument. Zaproponowali z Shanim raczej wartkie tempa, a wykonanie było romantyczne, ekspresyjne i namiętne. Wykonawcy potraktowali to dzieło bez dystansu, który pokazaliby może bardziej dojrzali wykonawcy. Orkiestra także stała na wysokości zadania, grała ciepło i potoczyście, nigdy nie przykrywała też solisty.
Gorąco oklaskiwany pianista wykonał na bis Intermezzo A-dur op. 118 nr 2 Brahmsa, a więc kompozytora bliskiego Schumannowi także prywatnie. Sternath pokazał się w pozytywnym świetle – warto jego karierę śledzić, bo można spodziewać się po nim wiele dobrego.

Muzyka autora Tańców węgierskich wypełniła w całości także następną część koncertu. Shani poprowadził II Symfonię, wybór bezpieczny, a nawet dość zachowawczy. A jednak okazało się, że dyrygent trafił w punkt, poprowadził bowiem wykonanie ujmująco plastyczne, żywe, komunikatywne i barwne, a przy tym bardzo zniuansowane. Czuć też było, że ma orkiestrę ze sobą, że muzycy dali się porwać i dawali z siebie wszystko. Przepięknie wypadły zwłaszcza kwintet smyczkowy i blacha – obie te grupy miały ciepłe, nasycone i głębokie brzmienie, które idealnie pasowało do stylu i techniki orkiestracji Brahmsa. Inną ważną kwestią było podkreślanie przez Shaniego pulsu, co dawało się odczuć zwłaszcza w dwóch ostatnich ogniwach. Nawet jeśli tempa nie były bardzo szybkie, to umiejętnie podkreślony rytm sprawiał, że muzyka brzmiała wartko i cały czas coś się w niej działo. Świetnie wypadły dialogi poszczególnych grup. Były tam co prawda drobne nierówności (zwłaszcza w części wolnej), ale nie przesądzały o ogólnym, bardzo pozytywnym wrażeniu. Jednym słowem – porywająca, głęboko przemyślana kreacja, którą Prażanie oklaskiwali z wielkim entuzjazmem. Goście zaś odwdzięczyli się, wykonując na bis V Taniec węgierski Brahmsa. Z pazurem!

Fot. Václav Hodina / Pražské jaro

 

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.