Barbara Hannigan & Orkiestra Filharmonii Czeskiej na Praskiej Wiośnie

Chyba po raz pierwszy szedłem na koncert Orkiestry Filharmonii Czeskiej z obawami. Nie dotyczyły one jednak jakości gry zespołu, lecz sposobu prowadzenia orkiestry. Barbara Hannigan, tegoroczna rezydentka festiwalu, jest bez wątpienia znakomitą sopranistką, ale od kilku lat coraz intensywniej działa także jako dyrygentka. Łączenie obu ról wydawało mi się pomysłem efekciarskim i nieco aroganckim. Muszę jednak przyznać, że program koncertu ułożono niezwykle interesująco.

Wieczór otworzyło The Unanswered Question Charlesa Ivesa, utwór, który zaledwie kilka dni wcześniej słyszałem pod batutą Thomasa Adèsa. Tym razem zabrzmiał zupełnie inaczej, głównie za sprawą rozmieszczenia muzyków. Smyczki znajdowały się na estradzie (co nie było zgodne z życzeniami kompozytora), instrumenty dęte drewniane poza nią, przy wyjściu, a trębacz grał z balkonu za plecami publiczności. Interpretacja była sugestywna, a dialog między trąbką a dętymi drewnianymi, mającymi niejako podważać i wyśmiewać kolejne „pytania”, został poprowadzony bardzo przekonująco.

Haydnowską Symfonię fis-moll Pożegnalną słyszałem kilka lat temu pod batutą Neeme Järviego. O ile jednak w Parnawie finał miał charakter wyraźnie humorystyczny, o tyle w Pradze miał w zamierzeniu zostać potraktowany całkowicie serio. Zgodnie z intencją dyrygentki wychodzenie muzyków miało symbolizować trudności finansowe, z którymi mierzą się dziś instytucje artystyczne. Ważny to i jakże aktualny temat, wszak i u nas nie brakuje troglodytów i populistów nazywających artystów „nierobami”. Samo wykonanie było dynamiczne i pełne energii, z ostrymi kontrastami i wartkimi tempami. W sumie można by je nazwać quasi-hipowym. Nie obyło się jednak bez potknięć – waltorni zdarzyło się kilka nieczystych wejść. Wibrato w smyczkach dyrygentka ograniczyła do minimum, a bardziej ekspresyjna była jedynie część wolna. Co ciekawe, mimo wyraźnie poważnej koncepcji dyrygentki publiczność reagowała na kolejne zejścia muzyków rozbawieniem. Najwięcej rozbawienia wywołało zresztą zejście z podium samej Hannigan. Nie o to jej jednak chyba chodziło, a jeśli ktoś nie przyszedł na spotkanie z artystką przed koncertem, to raczej nie zrozumiał jej intencji.

Drugą część koncertu otworzyła Rozświetlona noc Arnolda Schönberga. Było to wykonanie bardzo dobre, starannie zniuansowane, a jednak pozostawiło po sobie pewien niedosyt. Powód stał się jasny dopiero po rozpoczęciu ostatniego punktu programu.

Była nim suita Girl Crazy, opracowana przez Billa Elliotta i Hannigan na podstawie musicalu George’a Gershwina. Od pierwszych taktów było słychać, że właśnie na ten utwór wykonawcy zachowali najwięcej energii. Orkiestra grała z rozmachem i wyraźną przyjemnością, momentami śpiewając i nucąc z zamkniętymi ustami. Hannigan, występująca tym razem również jako śpiewaczka, imponowała techniką i zaangażowaniem, choć zastosowanie nagłośnienia trudno mi uznać za atut na bądź co bądź akustycznym koncercie. Całość miała charakter efektownego performansu, wykonanego z humorem i przymrużeniem oka. Jako taka zrobiła bardzo dobre wrażenie, a publiczność przyjęła ten punk programu z wielkim entuzjazmem.

Problem leżał jednak gdzie indziej. Rozświetlona noc, utwór emocjonalnie bardzo kaloryczny, spadł tu do roli przystawki. I choć wykonanie było bardzo dobre, trudno było oprzeć się wrażeniu, że orkiestra gra ostrożnie, oszczędzając siły na finałowy numer programu. A przecież to muzyka, w której trzeba puścić wszystkie hamulce i dać się ponieść wrzącej namiętności. Dlatego to dzieło najlepiej działa albo na zakończenie koncertu, jak zrobiła to kiedyś Norwegian Chamber Orchestra w Filharmonii Narodowej, albo przynajmniej jako główny punkt pierwszej części, jak u Thielemanna z Wiedeńczykami, który zestawił tę kompozycję z Symfonią alpejską Straussa.
Jeśli Hannigan zawiodła to nie jako dyrygentka, bo dryg do dyrygowania ma i orkiestrę prowadzi sugestywnie. Zawiodła jako osoba odpowiedzialna za dramaturgię całego wieczoru. Patrząc całościowo, jej eksperyment nie był więc szczególnie udany. A szkoda.

 

foto. Pražské jaro / Petra Hajská

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.