Ostatni w tym sezonie koncert w Filharmonii Śląskiej wypełniła w całości muzyka Richarda Wagnera. Yaroslav Shemet wybrał z tej okazji Der Ring ohne Worte w opracowaniu Lorina Maazela z 1987 roku. Dyrygent skondensował trwającą ponad 14 godzin tetralogię do około 70-minutowego utworu symfonicznego. Tego typu quasi-suity czy rozbudowane poematy symfoniczne oparte na operach nie są zresztą niczym nowym. Już dużo wcześniej przygotowywał je Leopold Stokowski, nazywając je „syntezami symfonicznymi”. Amerykanin miał na koncie „streszczenia” Borysa Godunowa Musorgskiego czy Tristana i Izoldy Wagnera. W naszych czasach podobne opracowania tworzy także Manfred Honeck, który potraktował w ten sposób Rusałkę Dvořáka czy Elektrę Straussa. Tak czy inaczej – to ciekawy i niebanalny wybór repertuarowy, atrakcyjny i barwny. Mowa wszak o muzyce pisanej dla teatru, która z natury rzeczy musi być obrazowa. Dzięki temu daje okazję do pokazania kunsztu zarówno dyrygentowi, jak i orkiestrze.
Dawno mnie na Sokolskiej nie było. Z ulgą i satysfakcją stwierdzam jednak, że od czasu mojej ostatniej wizyty niewiele się tam zmieniło. Orkiestra jest w świetnej formie, a im dalej w koncert, tym lepiej brzmiała. Świetny, zdyscyplinowany kwintet smyczkowy, pewna i ciepła blacha, wyrazista perkusja, miękkie drewno – każda z sekcji pokazała się od jak najlepszej strony. Shemet, który jest przecież także znakomitym dyrygentem operowym, doskonale odnalazł się w stylistyce tego dzieła, trafnie podkreślając charakter kolejnych scen.
Pewne obawy budził we mnie fragment przedstawiający zejście do Nibelheim. Wagner wymaga w tym odcinku Złota Renu aż osiemnastu kowadeł. Tutaj użyto „zaledwie” trzech, ale grający na nich muzycy uderzali także w puste statywy, co dawało dźwięczny i bardzo satysfakcjonujący efekt. Nie zabrakło również efektownej Jazdy Walkirii (powtórzonej później na bis), Czaru ognia z zakończenia Walkirii, lirycznego i finezyjnie wykonanego Szmeru lasu czy pełnego patosu Marsza żałobnego – a więc fragmentów doskonale znanych z nagrań wybranych scen tetralogii.
Pewnym mankamentem było jedynie poczucie fragmentaryczności niektórych odcinków. To jednak kwestia samego opracowania Maazela, który zdecydował się miejscami na dość daleko idące skróty, nie zawsze przynoszące najlepsze rezultaty. Nie do końca sprawdziła się także sala, która przy tak rozbudowanej obsadzie okazała się nieco za mała. W rezultacie fragmenty tutti momentami znajdowały się na granicy tego, co można uznać za wyważone brzmienie. Ogólne wrażenie pozostawało jednak zdecydowanie pozytywne. To doskonale zdyscyplinowany i zmotywowany zespół, wyraźnie uskrzydlony pracą pod kierunkiem charyzmatycznego i utalentowanego szefa. Takiej gry słucha się z prawdziwą przyjemnością, bo zaangażowanie muzyków udziela się także publiczności, czego wymownym dowodem była natychmiastowa owacja na stojąco.
Swoją drogą, było to wykonanie rocznicowe. W tym roku przypada bowiem 150. rocznica pierwszej edycji festiwalu w Bayreuth, podczas której po raz pierwszy wykonano całość Pierścienia Nibelunga. Musiało to być jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych XIX wieku. Dyrygował Hans Richter, a na widowni zasiedli między innymi Anton Bruckner, Edvard Grieg, Ferenc Liszt i Piotr Czajkowski. Sama lista gości robi dziś niemal równie wielkie wrażenie jak dzieło, które przyciągnęło ich do Bayreuth.
foto. Filharmonia Śląska
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
