InniZe wszystkich koncertów w ramach Chopina i jego Europy ten miał zestaw wykonawców chyba najbardziej gwiazdorski. Po pierwsze – Pittsburgh Symphony Orchestra, a więc zespół absolutnie pierwszoligowy, przez niedopatrzenie jedynie nie należący do „wielkiej piątki” (choć może należałoby ten zestaw zwiększyć to „wielkiej szóstki”), z taką sekcją dętą blaszaną, że klękajcie narody. Po drugie – Manfred Honeck. Austriacki dyrygent stoi na czele tej orkiestry już od 2007 roku i pozostanie na tym stanowisku co najmniej do 2033 roku. Nie nagrywa często, ale jeśli już jakiś album ukazuje się na rynku, to jest to duże wydarzenie. Są to bowiem rejestracje mające dużą szansę na zapisanie się w dziejach fonografii, jak kiedyś realizacje Reinera czy Szella. Last but not least, mieliśmy na estradzie Bruce’a Liu, pianistę, którego przedstawiać nikomu nie trzeba.
Koncert rozpoczął się od Uwertury koncertowej Karola Szymanowskiego. Był to oczywisty ukłon w stronę gospodarzy. Osobiście dziwię się tylko, że jeśli już koniecznie musiano grać tego kompozytora, to wybrano właśnie to niezbyt udane wczesne dzieło. Jeśli jednak chodzi o stronę wykonawczą, to trudno mi wyobrazić sobie lepsze wykonanie. Były tam niuanse, był rozmach, była energia i absolutnie wirtuozowska gra orkiestry. Od razu było jasne, że słucha się zespołu należącego do ścisłej światowej czołówki. Jedynym mankamentem był fakt niedopasowania akustyki dużej orkiestry do jednak dość małej i akustycznie niewdzięcznej sali Filharmonii Narodowej. Ale jeśli chodzi o umiejętność sprawnego ogarnięcia tej gęstej faktury, o wyraz, o ekstatyczność – to wszystko tu było na swoim miejscu. Po wysłuchaniu takiego wykonania można tylko westchnąć, że lepiej już chyba nigdy nie będzie…
Bruce Liu, żartobliwie nazywany u nas „Bruskiem”, wykonał Rapsodię na temat Paganiniego Siergieja Rachmaninowa, dzieło, które prezentuje już od dłuższego czasu. W pewnym sensie bardzo trudno jest pisać o tym, co usłyszałem na Jasnej. Nie wyobrażam sobie, abym prędko (o ile kiedykolwiek) usłyszał to zagrane lepiej. Liu grał z zawrotną wirtuozerią, lekkością i polotem, z typową dla siebie perlistością i klarownością artykulacji. Orkiestra akompaniowała barwnie, z pazurem i dynamizmem, a Honeck powyciągał z brzmienia mnóstwo ciekawych detali. Słuchało się tego wykonania z zapartym tchem i niekłamanym zachwytem. Była w tym muzykowaniu lekkość, wdzięk, blask i rozmach. Trudno wobec takiej jakości na siłę doszukiwać się mankamentów czy wyszukiwać na siłę kolejnych przymiotników charakteryzujących grę solisty i orkiestry. Na bis Brusek zagrał La campanellę Paganiniego w opracowaniu Liszta. Wypadła fenomenalnie, była krystalicznie czysta i pełna blasku, choć parę omsknięć mu się w niej zdarzyło!

A na koniec – Dziewiąta Antonína Dvořáka, utwór, który Honeck wraz ze swoim zespołem niedawno utrwalił na płycie (pisałem o tym albumie, link TUTAJ). Koncepcja była identyczna z tą z płyty, napiszę więc tylko, że ogólnie, że tak dopracowanego i świeżego wykonania tego zgranego do imentu utworu prędko chyba nie usłyszę. Precyzja, czystość brzmienia, przepiękna gra wszystkich sekcji, spoistość brzmienia na czele z absolutnie spektakularną blachą, wszystko to składało się na wykonanie fantastyczne. Przyjęcie mieli niezwykle entuzjastyczne. Odwdzięczyli się dwoma bisami – Tańcem węgierskim nr 1 Brahmsa i Litanei auf das Fest Aller Seelen Schuberta.

foto. Wojciech Grzędziński/NIFC
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
