
Mam duży sentyment do Ósmej w wykonaniu Claudia Abbada, było to bowiem pierwsze nagranie tego utworu, jakie poznałem. Zdaję sobie jednak sprawę, że Czytelników interesuje wartość nagrania, a nie moje sentymenty. Jednak także pod tym względem rejestracja ta ma bardzo wiele do zaoferowania. Hymn jest prowadzony naturalnie – tempa są dobrze dobrane (choć umiarkowane), czuć też, że wszystko zostało znakomicie ogarnięte od strony selektywności poszczególnych sekcji. Muzyka brzmi dostojnie, nie jest przeciągnięta ani zagoniona. Oczywiście można by uczynić dyrygentowi zarzut, że fuga jest nieco zbyt powolna, ale zwróćcie uwagi, ile jest tu w tej gęstwinie muzyki! Przejście do repryzy jest ujmująco naturalne, a Abbado prowadzi je wartko i praktycznie w ogóle nie zwalnia. Także zakończenie jest imponujące – naturalne, śpiewne, ale jednocześnie epickie i monumentalne. Słychać tu też wyraźnie, jak wielką rolę odegrało planowanie – brzmienie narasta stopniowo, nie ma tu nic z pośpiechu i jazgotliwości Bernsteina. Każdy wykonawca ma czas, aby wyśpiewać to co ma do wyśpiewania.
Podobne zalety charakteryzują wykonanie drugiego ogniwa, choć trzeba uczciwie przyznać, że początek jest nieco anemiczny i mało barwny. Całe szczęście to co dzieje się później w zupełności wynagradza ten chwilowy niedostatek. Świetne zakończenie! Niestety – organy są w tym nagraniu dość słabo słyszalne, choć w odcinkach tutti słychać, że znakomicie dobarwiają brzmienie. Soliści są w większości satysfakcjonujący, może z wyjątkiem Bryna Terfela.
Ogólna ocena? Znakomite nagranie – przestrzenne i wyważone.
Claudio Abbado, Cheryl Studer, Sylvia McNair, Andrea Rost, Anne Sofie von Otter, Rosemarie Lang, Peter Seiffert, Bryn Terfel, Jan-Hendrik Rootering, Berliner Philharmoniker, Rundfunkchor Berlin, Pražský filharmonický sbor, Tölzer Knabenchor, 1994, I – 23:25, II – 57:55 [81:20], Deutsche Grammophon

Do wersji Abbada pod kilkoma względami dość podobne jest jedyne polskie nagranie Ósmej, zarejestrowane pod batutą Antoniego Wita w 2005 roku. Symfonię wykonano podczas koncertów w Sali Kongresowej, ale sesje nagraniowe odbyły się już w Filharmonii Narodowej. Nie jest to sala idealna, ale nie słychać tego, gdyż nagranie jest bardzo staranne od strony realizatorskiej.
Hymn jest prowadzony w doskonale dobranych, dość wartkich tempach, a wszystkie elementy – chóry, orkiestra i soliści, są w stosunku do siebie w odpowiednich proporcjach. Interpretacje Wita są zazwyczaj bardziej intelektualne niż emocjonalne. Tutaj jest to dużą zaletą, gdyż dyrygent pilnuje, aby orkiestra brzmiała transparentnie, co daje zjawiskowe rezultaty w fudze. Całość brzmi doskonale, a organy zostały dobrze wtopione w brzmienie, ale jednocześnie są doskonale słyszalne. Odcinki tutti nie są przeszarżowane, co także jest wielką zaletą. Słychać, że to Mahler prowadzony z głową i głębokim zrozumieniem tego, jak złożyć wszystkie warstwy tego skomplikowanego dzieła.
Podobne odczucia towarzyszą słuchaniu drugiego ogniwa – także tutaj dominuje wrażenie naturalności i świetnej organizacji muzycznej narracji. Doskonale dobrane, dobrze skontrastowane tempa przekładają się na zróżnicowanie muzyki. Są tam też odcinki zaskakująco barwne i zmysłowe, jak choćby piękne portamenta smyczków w odcinku Mutter, Königin. Świetne zakończenie.
Rewelacyjne nagranie – tak pod względem koncepcji dyrygenckiej, jak i jej realizacji przez orkiestrę. Nie zawodzą także chóry i soliści. Wszyscy reprezentują wyrównany, wysoki poziom. Bomba!
Antoni Wit, Barbara Kubiak, Izabela Kłosińska, Marta Boberska, Jadwiga Rappé, Ewa Marciniec, Timothy Bentch, Wojciech Drabowicz, Piotr Nowacki, Orkiestra Filharmonii Narodowej, Chór Filharmonii Narodowej, Chór Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawski Chór Chłopięcy i Męski, 2005, I – 23:56, II – 56:55 [80:51], Naxos

Kolejną świetną realizacją, która przez wielu uznawana jest za wzorcową, jest ta pod batutą Riccarda Chailly’ego. Jest w tym stwierdzeniu wiele racji. Początek hymnu może jednak budzić pewne kontrowersje. Jest potężny i majestatyczny, ale jednocześnie nie jest ani szybki ani pełen impetu, a tego właśnie życzył sobie Mahler. Zresztą tempo w pierwszym ogniwie jest w ogóle dość umiarkowane, co dla niektórych może być wadą. Mnie to jednak jakoś szczególnie nie przeszkadzało, tym bardziej, że zarówno gra orkiestry jak i jakość dźwięku są rewelacyjne. Wszystko jest tu jędrne, soczyste i przestrzenne, a nawet jeśli odrobinę zbyt solenne wobec tego, czego życzył sobie Mahler, to przynajmniej wynagradza to znakomitą jakością realizacji, czytelnością i sugestywnością. Odcinki tutti, a zwłaszcza fuga, brzmią imponująco – budowane są zresztą powoli i cierpliwie. Organy są wtopione w brzmienie, a w muzyce nie ma ani grama sentymentalizmu, co też czasem się zdarza.
Orkiestrowy wstęp do części drugiej – absolutnie zjawiskowy, zagrany przepięknie. Chailly przez cały czas trzyma wartkie tempo, dzięki czemu nie ma tu żadnych przestojów, zwłaszcza w triu śpiewanym przez głosy żeńskie. Jeśli już przy głosach jesteśmy – wszyscy soliści są znakomici, a to samo trzeba powiedzieć o chórach. Zresztą balans pomiędzy solistami, chórami i orkiestrą jest tu wzorcowy. Dyrygent drobiazgowo stosuje się do zaleceń kompozytora, ale jego wykonanie ani przez chwilę nie jest nudne czy pedantyczne. Także brzmienie Concertgebouw jest przebogate – słychać tu mnóstwo detali – a to dźwięki mandoliny, a to harfy, fisharmonii czy nawet fortepianu.
To imponujące i porywające nagranie – pod każdym możliwym względem!
Riccardo Chailly, Jane Eaglen, Anne Schwanewilms, Ruth Ziesak, Sara Fulgoni, Anna Larsson, Ben Heppner, Peter Mattei, Jan-Hendrik Rootering, Koninklijk Concertgebouworkest, Groot Omroepkoor, Pražský filharmonický sbor, Jongenskoor van het Kathedrale Koor Sint Bavo, Jongenskoor van het Sakramentskoor, 2000, I – 24:37, II – 57:37 [82:14], Decca

Pierre Boulez prowadzi pierwsze ogniwo w dostojnym tempie. Muzyka jest zaskakująco przejrzysta i przestrzenna (piękne, głębokie i dźwięczne dzwony!), a także pozbawiona jakichkolwiek zabiegów retorycznych. Nie ma tu jakiegokolwiek zwolnienia przy powrocie głównego motywu, co jest zresztą zgodne z tym co Mahler zapisał w partyturze. Wszystko jest tu poukładane i spójne, ale jednocześnie momentami niezbyt porywające. Nie dla Bouleza hiperromantyzm i sentymentalizm Bernsteina. Osobiście nie byłem tym zbyt zaskoczony. Z czasem jednak coraz wyraźniej dostrzegałem zalety takiego właśnie podejścia. Mnogość detali liczę jak najbardziej na plus, a emocjonalny chłód paradoksalnie pomaga tu wykonawcom podkreślić zalety samej muzyki, nie trzeba jej bowiem w żaden sposób dosładzać. Chóry śpiewają znakomicie!
We wstępie do drugiego ogniwa słychać wyraźnie, że Boulez patrzy na Mahlera przez pryzmat drugiej szkoły wiedeńskiej. Nie jest to dla niego ostatni romantyk, a pierwszy ekspresjonista. Osobiście mam do tego podejścia mieszane uczucia. Jest momentami frapująco klarowne (jako jeden z bardzo nielicznych dyrygentów wydobywa harmonium z brzmienia, a także rozmaite detale w partii mandoliny, harfy i czelesty które zazwyczaj też gdzieś giną), ale jednocześnie chłodne i statyczne. Trzeba się na to zgodzić i z tym pogodzić. Widzę tu natomiast jedną wielką zaletę – Boulez pozwala muzyce mówić samej przez siebie. To wielka zaleta tego nagrania.
Czy polecam? Tak. Może nie jest to nagranie, do którego będzie się często wracać, można się z nim nie zgodzić, ale poznać na pewno warto. Wnosi do dyskografii tego dzieła coś nowego i osobnego.
Pierre Boulez, Twyla Robinson, Erin Wall, Adriane Queiroz, Michelle DeYoung, Simone Schröder, Johan Botha, Hanno Müller-Brachmann, Robert Holl, Staatskapelle Berlin, Chor der Deutschen Staatsoper Berlin, Rundfunkchor Berlin, Aurelius Sängerknaben Calw, 2007, I – 23:45, II – 61:31 [85:16], Deutsche Grammophon

Gary Bertini zarejestrował swoją Ósmą podczas trasy koncertowej z Kölner Rundfunk-Sinfonie-Orchester w Suntory Hall w Tokio, stąd też obecność japońskiego chóru dziecięcego (co może nieco zdziwić jak się nie zna okoliczności nagrania). Dyrygent prowadzi pierwszą część wartko, w szybkim tempie, dzięki czemu akcentuje raczej zawartą w muzyce energię niż dostojeństwo. Balans pomiędzy orkiestrą, chórem i solistami jest wzorcowy, a całość jest przejrzysta i pełna blasku. Bertni prowadzi Veni, creator w sposób ekscytujący i pełen dynamizmu, ale nigdy nie popada w przesadę w stylu Bernsteina czy Soltiego. Jest życie, jest pazur, jest energia, ale jednocześnie wszystko jest tu w doskonałej harmonii.
Orkiestrowy wstęp do drugiej części i wejścia chóru są świetne, nastrojowe, przestrzenne i pełne napięcia. Także co to dzieje się później jest spektakularne, pełne życia, energii, prowadzone w wartkim tempie. Wszystko tu swobodnie płynie, pełne jest radości i wdzięku. Jakość dźwięku jest znakomita, a gra orkiestry – spektakularna. Piękna blacha! Dużo tu też niuansów i rozmaitych smakowitych detali. Piękne, bardzo powolne i przez to dostojne zakończenie – to świetne rozwiązanie pod względem formy! Stawia potężną kropkę nad i.
Niezmiernie ciekawa, wciągająca interpretacja, bez wątpienia jedna z najlepszych.
Gary Bertini, Julia Varady, MariAnne Häggander, Maria Venuti, Florence Quivar, Ann Howells, Paul Frey, Alan Titus, Siegfried Vogel, Kölner Rundfunk-Sinfonie-Orchester, Kölner Rundfunkchor, Südfunkchor Stuttgart, Prager Philharmonischer Chor, The Little Singers of Tokyo, 1991, I – 21:50, II – 57:00 [78:50], Warner

Także wersja Simona Rattle’a została zarejestrowana na żywo, ale, w przeciwieństwie do interpretacji Bertiniego Brytyjczykowi nie udało się wykreować takiego poczucia swobodnego przepływu muzyki. Słuchając hymnu miałem wrażenie, że zmiany tempa i dynamiki są starannie wystudiowane; przemyślane bardziej niż przeżyte. W odcinkach w wolnym tempie narracja niemal całkowicie się zatrzymuje, a muzyka grzęźnie. Tempa są dziwaczne. Fuga bardzo szybka (ale imponująco czytelna!), mamy tu potężne zwolnienie przy przejściu do repryzy, a zakończenie Veni, creator jest zagonione. Blacha nie jest może okropna, ale można usłyszeć w tym dziele o wiele lepszą.
Początek drugiej części nieudany, mało nastrojowy i pozbawiony napięcia. Także wejście chórów nie jest zbyt interesujące. Chodzi tu przecież o to, że drugi z zespołów pełni funkcję echa, tymczasem oba śpiewają tu na tym samym poziomie głośności, przez co nie ma tu tego efektu. Także później mamy sporo intelektualizowania i przesadzonych temp – albo zagonionych (jak to przy wejściu chórów dziecięcych i żeńskich), albo bardzo powolnych, w których Ósma osiada na mieliźnie kontemplacji. Przejścia pomiędzy tymi odcinkami nie są dobrze przygotowane. Muzyka po prostu nagle przyspiesza albo zwalnia, praktycznie bez żadnego sensownego przygotowania. Zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące, ale nie na tyle, aby zmienić ocenę całego nagrania.
To na pewno wersja doskonale zorganizowana, przemyślana do najdrobniejszego szczegółu, jednak od Ósmej można oczekiwać czegoś więcej (a przynajmniej ja tego oczekuję): spójnej, porywającej romantycznej wizji. Rattle tego nie dostarcza.
Simon Rattle, Christine Brewer, Soile Isokoski, Juliane Banse, Birgit Remmert, Jane Henschel, Jon Villars, David Wilson-Johnson, John Relyea, City of Birmingham Symphony Youth Chorus, Toronto Children’s Chorus, London Symphony Chorus, City of Birmingham Symphony Orchestra & Chorus, 2004, I – 23:42, II – 53:51 [77:33], Warner