Już od jakiegoś czasu chciałem wybrać się na koncert norweskiego pianisty Leifa Ove Andsnesa, ale jakoś nie było mi z nim po drodze. Słyszałem go do tej pory dwukrotnie — co ciekawe, zawsze w NOSPR-ze. Za pierwszym razem grał tam Koncert fortepianowy Benjamina Brittena, a za drugim razem Koncert a-moll Roberta Schumanna. Oba występy pozostawiły w mojej pamięci dobre wrażenie, kiedy więc zorientowałem się, że artysta będzie grał II Koncert fortepianowy B-dur Johannesa Brahmsa, wiedziałem, że jest to wydarzenie, na które warto się wybrać. Jest to utwór monumentalny, w zasadzie symfonia koncertująca z fortepianem solo. Ważne jest więc także, kto poprowadzi orkiestrę (a przynajmniej ważniejsze niż np. w przypadku koncertów Chopina, gdzie rola orkiestry jest dużo skromniejsza).
Orkiestrę Wiener Symphoniker poprowadziła Karina Canellakis, którą słyszałem już w tej samej sali z London Philharmonic Orchestra. To był bardzo dobry koncert, który dawał nadzieję, że także tym razem wszystko pójdzie co najmniej gładko. Tak też było w istocie. Canellakis i Andsnes zaproponowali interpretację rześką, pełną energii, utrzymaną w szybkich tempach, zdecydowanie bardziej klasyczną niż romantyczną. Jeśli idzie o pianistę, to imponował czystością i klarownością gry, w której wszystko było uporządkowane i logiczne, a przez to bardzo spójne. W orkiestrze zwracały uwagę znakomite solówki, przede wszystkim wiolonczeli, ale także waltorni, od której cała rzecz się rozpoczyna. Przepięknie wypadła część trzecia, która płynęła swobodnie, ale miała w sobie niezbędną miękkość i liryzm. Na bis Andsnes zagrał Romance op. 32 nr 3 Roberta Schumanna.
Druga część koncertu została bardzo ciekawie pomyślana; znalazły się w niej bowiem dwa poematy symfoniczne. Oparta na makabrycznym wierszu Karela Jaromíra Erbena Południca Antonína Dvořáka to kompozycja z 1896 roku, pochodzi więc z późnego okresu twórczości kompozytora. Wykonuje się ją dość rzadko, a ja słyszałem ją na żywo po raz pierwszy (z czterech poematów symfonicznych tego twórcy do tej pory słyszałem na żywo Wodnika w NOSPR-ze i Złoty kołowrotek w FN). Tym, co urzekło mnie w wykonaniu Wiener Symphoniker, była swoboda muzykowania. Orkiestra i dyrygentka bawili się tą muzyką, grali żywo, a momentami wręcz brawurowo, świetnie kontrastując ze sobą poszczególne epizody. Było to niezwykle zajmujące, tym bardziej że sama muzyka jest barwna, a przy tym ma dobrze wyczuwalny, typowy dla dzieł tego kompozytora klimat, przywołujący skojarzenia z czeską muzyką ludową.
Na zakończenie Canellakis poprowadziła Śmierć i wyzwolenie Richarda Straussa — dla odmiany dzieło wczesne, ukończone przez kompozytora w 1889 roku. Także wykonanie tej kompozycji było niezwykle satysfakcjonujące. Orkiestra jest w świetnej formie, a Canellakis potrafiła wydobyć z niej ciepłe, soczyste brzmienie, którego wcześniej (kiedy grali pod Shanim czy Jurowskim) u nich nie słyszałem. Najbardziej rzucało się to w uszy w barwnych i jędrnych odcinkach tutti. Brzmiały brawurowo, ale jednocześnie słychać było, że wszystko jest tu pod kontrolą i nic nie dzieje się przypadkiem.
Świetny koncert, podczas którego tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że interpretacje Kariny Canellakis zdecydowanie warte są uwagi.
foto. Amar Mehmedinovic/Musikverein
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć niezależną krytykę? Odwiedź mój profil w serwisie Patronie.pl i zostań mecenasem Klasycznej Płytoteki:
