Martin Fröst & Nicolas Ellis w Filharmonii Narodowej

Program koncertów nieznanego mi do tej pory kanadyjskiego dyrygenta Nicolasa Ellisa z Orkiestrą Filharmonii Narodowej został ułożony w niebanalny sposób. W pierwszej części wieczoru znalazła się bowiem rozbudowana kompozycja orkiestrowa, zaś w drugiej – dwa koncerty, z czego jeden bardzo nietypowy.

Cosmic Symphony to przygotowana przez dyrygenta, złożona z trzynastu ogniw kompilacja fragmentów muzyki baletowej i operowej dwóch francuskich kompozytorów barokowych: Jean-Féry Rebela i Jean-Philippe’a Rameau. Otwiera ją słynny Chaos z baletu Żywioły Rebela, zawierający… klaster, który nadal brzmi świeżo i może nieźle zaskoczyć tych, którzy oczekują bardziej eufonicznych efektów brzmieniowych. Pozostałe ogniwa to już same utwory Rameau, w taki czy inny sposób związane z tematem żywiołów. Pomysł tworzenia tego typu składaka à la Beecham może wydawać się obecnie osobliwy. Tym bardziej że jest to jednak składak dość długi, trwający ponad 40 minut. Muzyka jest przeważnie lekka i przyjemna w odbiorze, ale w tak dużej dawce staje się monotonna. Inna sprawa to wykonanie. Pomimo tego że sekcja smyczków była zmniejszona, to i tak była za duża. Przez większość czasu było więc słychać smyczki, ewentualnie perkusje (choć i tej zdarzało się grać rozczarowująco cicho), a rola dętych drewnianych ograniczona została do roli tła i wypełniania, a to przecież błąd. Ale muzyka barokowa jest już obecnie prawie wyłącznie domeną specjalizujących się w niej zespołów. Może tak właśnie powinno zostać?

Pisałem już kilkukrotnie o Cantus arcticus, dziele fińskiego kompozytora Einojuhaniego Rautavaary. To piękna kompozycja z lat 70., w której autor wykorzystał śpiew ptaków (często przetworzony) prezentowany na tle oszczędnego akompaniamentu orkiestry. Dzieło składa się z trzech ogniw: Bagno, Melancholia i Migrujące łabędzie. Także wykonanie tego dzieła nie było zbyt satysfakcjonujące. Raz, że tempo było zbyt pospieszne, a orkiestra zabrzmiała jednak mało finezyjnie, a dwa – odgłosy ptaków dobiegające z głośników były o wiele za głośne. Całość była więc może za szybka, ale przynajmniej za głośna. Szkoda, z tej pięknej muzyki da się wydobyć zdecydowanie więcej niuansów i liryzmu, co udowodnili już choćby Segerstam czy Neeme Järvi.

Na koniec zabrzmiał kolejny „ptasi” utwór koncert klarnetowy Peacock Tales współczesnego szwedzkiego twórcy Andersa Hillborga, w którym partię solową zagrał Martin Fröst, któremu ten utwór został zadedykowany. Dzieło samo w sobie jest dość pstrokate stylistycznie, ale pewnym jego problemem (albo zaletą) jest to, że wydaje się bardzo silnie zrośnięte z osobą wykonawcy. A ten jest mistrzem swojego instrumentu. Panuje nad dynamiką i barwą bez żadnego wysiłku, gra z wielkim wyczuciem, technicznie perfekcyjnie. Ale dzieło to nie opiera się tylko na technice gry. Są w nim też elementy pantomimy. Można co prawda zastanawiać się czy są one w ogóle potrzebne, ale interpretacja Frösta była całościowym doświadczeniem. Nie wiem czy była by taka bez tej pantomimy i nie wiem, czy ktoś byłby w stanie obecnie wykonać ten utwór lepiej. Szczerze wątpię. Artystę przyjęto owacyjnie, a ten odwdzięczył się wykonując improwizację, w której połączył muzykę Rameau (na początku dało się wyłapać parę dźwięków Les Sauvages) z piosenką Nature Boy. Kapitalnie mu to wyszło!

 

foto. Sony Music

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.