Całą pierwszą część drugiego koncertu New York Philharmonic Orchestra i Gustavo Dudamela wypełniła muzyka kompozytorów współczesnych z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Wydarzenie rozpoczęło się od Invisible House, kompozycji autorstwa Zoshy di Castri. Autorkę inspirowała podczas pisania tego dzieła poezja pisarza pochodzenia ukraińskiego, Ilyi Kaminsky’ego, a także pamiętnik jej pradziadka, który także pochodził z Ukrainy. Stąd tytułowy niewidzialny dom – przestrzeń, którą tworzą sztuka i pamięć, pozwalające budować wspólnotę niezależnie od miejsca i czasu. Także tę kompozycję, podobnie jak utwór wykonany poprzedniego dnia, prawykonali Nowojorczycy i Dudamel pod koniec września. To wyraziste dzieło, w którym autorka wyeksponowała zwłaszcza ostrą rytmikę. Orkiestrowane jest ciekawie – są tu i pizzicata bartokowskie, i bezdźwięczne zadęcia dętych drewnianych, a nawet odcinek, w którym kilku muzyków klaszcze. Są tam też odpowiednie kontrasty w postaci środkowego odcinka utrzymanego w wolnym tempie. Całość jest też dość pikantna, a di Castri nie stroni tu od jaskrawych dysonansów, zwłaszcza w blasze. Słuchałem tego dzieła z zainteresowaniem, chętnie poznałbym je lepiej.
On the Transmigration of Souls to dzieło Johna Adamsa przeznaczone na orkiestrę, chór mieszany, chór dziecięcy i taśmę. Powstało krótko po zamachach 11 września, a zamówiła je New York Philharmonic Orchestra. Dzieło trwa ok. 25 minut i jest jednoczęściowe. Z taśmy odtwarzane są imiona ofiar, a chór śpiewa teksty zaczerpnięte z ogłoszeń o zaginionych, rozwieszanych przez ich rodziny w okolicach Ground Zero. Adams określił swoje dzieło mianem „przestrzeni pamięci”. O ile się dobrze orientuję istnieje jedno nagranie tego dzieła. Grają w nim naturalnie Nowojorczycy, których prowadzi Lorin Maazel. Cóż, nie jest to niestety ani najlepszy, ani najbardziej interesujący utwór Adamsa. Kiedy zapoznawałem się z kompletem jego dzieł, wydanym przez Nonesuch, to właśnie krążek z tą kompozycją wydał mi się jednym z bardziej rozczarowujących. W Musikverein było tak samo. Wykonanie było zapewne najlepsze, jakie tylko się dało, ale to nie zmienia faktu, że jest to muzyka dość monotonna, a temat chyba po prostu przerósł kompozytora. Śpiewał chór Orfeó Català i chór dziecięcy Cor Infantil de l’Orfeó Català. Oba bardzo dobrze wywiązały się ze swoich zadań. Nie zmienia to jednak faktu, że oklaski były dość umiarkowane.
Piątą Siergieja Prokofiewa słyszałem niedawno z Royal Concertgebouw i Santtu-Matiasem Rouvalim, więc miałem dobry materiał do porównań. Wykonanie Dudamela było o wiele lepsze. Żywe, utrzymane w szybkich tempach, pełne świetnie podkreślonej rytmicznej pulsacji. Było to szczególnie dobrze słyszalne w sekcji blachy, która grała tego wieczoru fenomenalnie. Jej ataki były pewne i wyraziste, a sposób cieniowania dynamiki czy różnicowania barwy był w stanie zaspokoić najbardziej wybredne gusta. Także drzewo było znakomite, na czele z klarnetem, który miał świetną solówkę w drapieżnym, wyrazistym Scherzu. Puls dało się wyraźnie odczuć nawet w części wolnej, która była potoczysta, śpiewna i pełna napięcia. Jeśli idzie o smyczki to ponownie moją uwagę bardziej zwróciła wyrazistość artykulacji niż ciepło brzmienia. Perkusja wypadła lepiej niż w Piątej Mahlera (zwłaszcza w finale), ale i tutaj był niestety słabszy moment. Kulminacja pierwszego ogniwa, w której talerze i tam tam wymieniają się uderzeniami, była głośna, ale obu instrumentów praktycznie nie było słychać. Być może umieszczenie ich z tyłu z lewej, daleko za kontrabasami, nie było najlepszym pomysłem. Ale był to jedyny minus w bardzo sugestywnej, świetnie poprowadzonej i bardzo dynamicznej interpretacji. Szczególnie porywająco wypadł finał, który stał się wirtuozowskim i pełnym blasku popisem możliwości orkiestry.
Ale porównując Pittsburgh Symphony Orchestra i Nowojorczyków, czyli dwie czołowe amerykańskie orkiestry, nie wiem, czy ta pierwsza orkiestra nie podobała mi się jednak bardziej, a to ze względu na cieplejszy kwintet. Kilka dni wcześniej w Wiedniu grała też Cleveland Orchestra, której nigdy wcześniej nie słyszałem, więc tu porównanie takie mogłoby wypaść ciekawie, ale niestety – nie da się być wszędzie.
A Dudamel? Wydaje mi się, że jego siła jako wykonawcy leży bardziej w repertuarze współczesnym z wyrazistą rytmiką niż romantycznym, opartym w dużej mierze na rozlewnej melodyce.
foto. Danny Clinch
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
