Berlioz i Symfonia fantastyczna – część pierwsza

Kiedy dawno temu zastanawiałem się nad założeniem bloga – to właśnie Symfonia fantastyczna Hectora Berlioza była utworem, po który najbardziej chciałem sięgnąć. Co tu ukrywać – to jedna z moich pierwszych fascynacji, utwór który przesłuchałem niezliczoną ilość razy i który nie znudził mi się do tej pory.

Symfonia fantastyczna. Epizod z życia artysty (Symphonie fantastique: Épisode de la vie d’un artiste) op. 14 dzieli się na pięć części:

  1. Marzenia, namiętności (Rêveries, passions)
  2. Bal (Un Bal)
  3. Wśród pól (Scène aux champs)
  4. Marsz na miejsce stracenia (Marche au supplice)
  5. Sabat czarownic (Songe d’une Nuit du Sabbat)

Co sprawia, że Fantastyczna jest tak wciągająca, tak atrakcyjna dla słuchacza? Oczywiście, atrakcją jest autobiograficzny program, w którym kompozytor opisał i ufantastycznił nieodwzajemnioną fascynację irlandzką aktorką Harriet Smithson. Co prawda taki quasi-program mamy też w VI Symfonii Beethovena – Pastoralnej, ale Berlioz poszedł dalej. Nie tylko nadał każdej części osobny tytuł, ale szczegółowo opisał, co się w nich dzieje. Wybaczcie, Drodzy Czytelnicy, moje lenistwo w tej chwili, ale ten program był już opisywany tyle razy i na tyle sposobów, że nie chcąc powtarzać tych słów i mając świadomość, że do czego innego mój blog służy, odsyłam zainteresowanych zarówno programem, jak i analizą symfonii tutaj. Zupełnie na marginesie muszę dodać, że ta strona jest genialna.

Mamy więc program, który od pierwszej chwili przyciąga uwagę. Ale to oczywiście nie wszystko! Największe wrażenie robi sama muzyka. Można się czasem zetknąć ze stwierdzeniami, że Fantastyczna była dziełem muzyka-amatora, naturszczyka, że Berlioz braki w wykształceniu nadrabiał pomysłowością. Nie wierzcie tym bredniom. Partytura Symfonii fantastycznej to absolutny majstersztyk, najeżony trudnościami technicznymi, które pierwszym wykonawcom musiały się wydawać kosmiczne. Gwałtowne akcenty na słabych częściach taktu, zmiany dynamiki od pp do ff następujące po sobie w kilka sekund, subtelne zawahania temp i nastrojów, niezwykłe zróżnicowanie artykulacji, bajeczna barwność brzmienia muzyki Berlioza – to był prawdziwy przełom. Nikt nigdy wcześniej nie potraktował orkiestry w ten sposób i nie tworzył narracji muzycznej w ten sposób. Można śmiało powiedzieć, że Fantastyczna była pierwszą orkiestrową powieścią – pisaną ostro i pewnie, podzieloną na pięć rozdziałów tak od siebie różnych, że mogły pochodzić z kompletnie różnych utworów. Inwencja Berlioza w dziedzinie uzyskiwania coraz to nowych efektów wydaje się nie mieć końca. Słuchacze byli kompletnie oszołomieni pierwszą częścią, podzieloną na dwie sekcje. O ile początkowe Largo jest jeszcze dość konwencjonalne, o tyle główna część, bazująca na motywie ukochanej, nazwanym przez Berlioza idée fixe, jest niezwykle emocjonalna. Na nas nie robi to już oczywiście aż tak gigantycznego wrażenia jak w czasach powstania utworu, ale kiedy współczesny słuchacz zda sobie sprawę, że osiągnięcia Beethovena były w owych czasach radykalne – dopiero wtedy jest w stanie docenić awangardowość dzieła Berlioza, jego oszałamiające kulminacje, synkopy, które uderzają w uszy w najmniej spodziewanych momentach… Słuchacz przyzwyczajony do symetrycznego rozkładu akcentów musiał czuć się podejściem Berlioza prawdziwie zaskoczony.

Posłuchajcie tylko, jak rozpoczyna się Bal– jakimiś szmerami, z których wyłaniają się dźwięki harf, które to zresztą Berlioz wprowadził na stałe do orkiestry. A trzecia część – Scena wśród pól? Rozpoczyna się nawoływaniem dwóch pasterzy, dialogiem dwóch instrumentów – rożka angielskiego (to kolejny instrument, który dzięki Berliozowi trafił do składu współczesnej orkiestry), grającego na scenie i oboju– znajdującego się poza sceną… Takich elementów wykorzystania przestrzeni jest w tej części bardzo dużo – co rusz w partyturze natknąć się można na określenia typu echo lub quasi niente (najciszej jak można). A już końcówka tej części to coś kompletnie nowego – żeby zobrazować samotność bohatera i zbliżającą się burzę, Berlioz każe odpowiadać na zawołania rożka angielskiego nie obojowi, ale czterem kotłom, z których każdy umieszczony jest w innym miejscu sali koncertowej. Jeśli dodamy do tego fakt, że każdy z tych kotłów gra w innym rytmie i w innej wysokości – otrzymamy stopień komplikacji i jakość brzmienia, która w owym czasie była kompletnie nowa! Kapitalnie rozpoczyna się Marsz na szafot – od dźwięków kotłów, które nawiązuje do poprzedniej części. Zakończenie tej części, z idée fixe „przeciętym” akordem orkiestry – ostrzem gilotyny – też jest świetne. A już ostatnia część – Sabat czarownic – otworzyła nowy rozdział, jeśli chodzi o czarny humor i groteskę w muzyce. To wizja godna Ogrodu rozkoszy ziemskich Hieromina Boscha, którego fragmenty zresztą będą metaforyczną ilustracją kolejnych wpisów dedykowanych FantastycznejGlissanda drewna, warknięcia waltorni w niskich rejestrach, imitacja śmiechu przez smyczki czy wykorzystanie ich jako instrumentów perkusyjnych – grających col legno – to musiało być z perspektywy ówczesnych słuchaczy dopiero COŚ. Dodajmy do tego jeszcze dźwięk dzwonów i iście bluźnierczą parodię średniowiecznej sekwencji Dies irae, a otrzymamy mieszankę iście wybuchową, która nadal świetnie brzmi. Nic dziwnego, że Fantastyczna doczekała się zawrotnej ilości nagrań. Jedna ze stron poświęconych tej symfonii wymienia ni mniej, ni więcej tylko 278 rejestracji! Sprawdźcie sami. Nie jest to jednak lista kompletna – brak na niej choćby dwóch polskich nagrań, które nigdy nie ukazały się na CD, a chodzi mi o nagrania Grzegorza Fitelberga i Jana Krenza. Nie sądzę, żeby znalazł się na świecie maniak, którzy wysłuchałby wszystkich tych nagrań. Ja doszedłem do wniosku, że 29 w zupełności wystarczy. Jak było? Posłuchajcie…

 

MI0001025059Pierwszą rejestracją, po którą wypada sięgnąć, jeśli na serio interesuje się Fantastyczną, jest nagranie Pierrea Monteuxa z roku 1930. Jeśli ktoś będzie kręcił nosem i pytał, po co odkurzać takiego starocia skoro tyle jest nowszych nagrań (w tym innych rejestracji samego Monteuxa), to odpowiem – po pierwsze dlatego, że sam dyrygent był pod koniec życia z tej interpretacji najbardziej zadowolony. Po drugie – to właśnie Orchestre Symphonique de Paris, a nie San Francisco Symphony Orchesta, nawet nie Wiedeńczyków, uważał za najlepszą orkiestrę, z jaką pracował. Jeśli zaś i satysfakcja dyrygenta mało Cię, czytelniku, obchodzi, to weź pod uwagę, że partyturę z której Monteux korzystał przy tym nagraniu, była wcześniej w posiadaniu Édouarda Colonnea, mentora dyrygenta. Colonne zaś powoływał się na osobiste doświadczenia, które zdobył, obserwując Berlioza w roli dyrygenta. Wszystkie dodatkowe zapiski i uwagi w tym egzemplarzu mogły więc pochodzić pośrednio od kompozytora. Jak było naprawdę pewnie nigdy się nie dowiemy, ponieważ partytura Monteuxa zaginęła podczas wojny… Jest to jedyne istniejące nagranie, która tak bardzo zbliża nas do epoki i osoby Hectora Berlioza.

Jaka to interpretacja? Przede wszystkim niesamowicie klarowna i wyrazista, w żadnym razie niesentymentalna. Wartkie tempo utrzymuje się przez cały czas, ale dyrygent pilnuje, aby w tej dyscyplinie odnaleźć niezbędną dozę luzu w balansowaniu tempami i nastrojami. Wychodzi mu to po mistrzowsku, a wszystkie niezbędne zawahania ekspresji, zaznaczone w partyturze, znajdują swoje odbicie w tej interpretacji. Pomimo wartkiego tempa nie jest to interpretacja zagoniona. Szybsza niż większość współczesnych nagrań, owszem, ale pomimo tego w górnych granicach normy. Balans pomiędzy grupami instrumentów również jest wyrazisty. Nie słychać dobrze harf w drugiej części, ale oprócz tego zarówno ostrość i pewność brzmienia orkiestry, precyzja artykulacji – robią ogromne wrażenie. Jedyne, co trochę mi przeszkadzało, to pewne nie dające się ubrać w słowa wrażenie niedopowiedzenia… Przypomina mi się znany cytat z Szekspira o złoceniu tęczy. Czyżby Monteux doszedł do wniosku, że utwór obroni się sam, że nie ma potrzeby go nadinterpretować? Nawet jeśli tak – to co w tym złego?

Posłuchajmy przejścia od początkowego Largo do Allegro apassionato i pojawienia się idée fixe:

 

Tak brzmi Bal, tutaj przygotowałem dla Was fragment w którym powraca główny temat tej części:

 

Scena wśród pól, kulminacja zaraz po pojawieniu się motywu ukochanej:

 

Początek czwartej części, Marsza na szafot. Posłuchajcie, jak brzydko i chrapliwie brzmi sekcja blachy:

 

Fragment Sabatu czarownic z dzwonami i parodią Dies irae:

 

Pierre Monteux, Orchestre Symphonique de Paris, 1930, I – 12:58, II – 5:44, III – 15:50,  IV – 4:29, V –  8:54 [48:15], Music&Arts

 

 

 

51tKujMFlyL

 

Oskar Fried nie miał dostępu do tak niezwykłego egzemplarza partytury jak Monteux, ale miał niezwykły pomysł, co zrobić ze swoją kopią. Jego interpretacja jest skrajnie indywidualna – momentami histeryczna, momentami samowolna, zawsze arcyromantyczna i zawsze świetnie podkreślająca ducha muzyki Berlioza, nawet pomimo odchodzenia przez Frieda od tego, co zapisane w partyturze. Paradoksalnie wydaje mi się, że niemiecki dyrygent odnalazł dzięki temu to, co kompozytor ukrył między wierszami tej kompozycji. Powstała interpretacja różnorodna, w której każda część różni się od pozostałych i nakreślona jest niezwykle wyraziście. Wszystkie różnice tempa i dynamiki są tu wyolbrzymione i podniesione do kwadratu, ale paradoksalnie brzmią spontanicznie. Miękko i niewinnie zaczyna Fried pierwszą część, miękko i niezwykle wolno przechodzi też do pierwszego pojawienie się idée fixe, kiedy to gwałtownie przyspiesza, kapitalnie oddając wybuchy emocji i klimat nerwowego rozgorączkowania:

 

Wszystkie pojawienia się motywu ukochanej są świetnie uchwycone i zaakcentowane, a dodatkowo przed ostatnim z nich Fried robi nieznaczną pauzę, podkreślając tym samym znaczenie tego tematu. Bal potraktowany jest przez dyrygenta wolno. Brzmi przez to sentymentalnie i staroświecko, ale elastyczność tempa i elegancja frazowania robi ogromne wrażenie:

 

Scena na polanie dla odmiany zagrana jest szybko i nerwowo. Nie uświadczymy tu ukojenia, a Fried, dzięki ostrym i mocno zaakcentowanym sforzatom smyczków zaraz na początku daje do zrozumienia, że bohater symfonii cały czas targany jest ogromnymi emocjami. Bardzo podoba mi się to wartkie tempo i wszystkie te gwałtowne gradacje napięcia, jakie dyrygent tu odnajduje. Zwykle ta część trochę mnie nudzi i lubię, kiedy wykonywana jest w szybszym tempie, a Fried bardzo dba o to, żeby napięcie utrzymywać cały czas. To JEDYNE nagranie, w którym trzecia część trwa krócej niż pierwsza! Takiego zaburzenia proporcji nie uświadczymy w żadnej innej rejestracji. Posłuchajmy tej samej kulminacji co u Monteuxa:

 

Marsz wyłania się z ciszy, jaka zapada po trzeciej części, powoli i ponuro, ale kiedy wchodzi główny temat, Fried traktuje go nadzwyczaj swobodnie. Zwalnia i przyspiesza według uznania, nie przejmując się tym, że Berlioz żadnych zmian tempa w partyturze nie zaznaczył. Orkiestra momentami najwyraźniej ma problemy, żeby nadążyć za niestabilną narracją, którą narzuca jej dyrygent:

 

Całej części czwartej możecie posłuchać tutaj, na stronie wydawcy. Jeśli jednak wszystko to, co napisałem do tej pory, wskazuje, że jest to nagranie niezwykłe – poczekajcie, aż usłyszycie Sabat czarownic. To najdziksza interpretacja tej części, jaką ktokolwiek kiedykolwiek nagrał. To, w jaki sposób brzmią smyczki, w jaki sposób operują barwą oddając wszystkie te chichoty i szmery – to trzeba po prostu usłyszeć. Parsknięcia, warknięcia i pomruki blachy również brzmią przekonująco. Pod potężny dźwięk dzwonów dyrygent podłożył jeszcze fortepian i tam-tam, a efekt jest niezwykły – upiorny i koszmarny:

 

Również szpetny dźwięk, jaki wydają z siebie altówki i wiolonczele, napięcie, jakie Fried wydobywa z ostatniej kulminacji – robią niezwykłe wrażenie. Posłuchajcie fragmentu ze smyczkami grającymi col legno i zwróćcie uwagę na brzmienie drewna, w szczególności na dziki wizg fletu piccolo:

 

Daleko jednak tej rejestracji do doskonałości – orkiestra momentami brzmi niechlujnie, brzmieniu brakuje ostrości, a jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia. Nawet pomimo tego – interpretacja Frieda jest prawdziwie Fan! Tas! Ty! Czna!, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Uwielbiam wracać do tego nagrania. Usłyszałem je po raz pierwszy na winylu dobrych kilkanaście lat temu i przez cały czas czekałem, aż trafi na CD. Opłacało się 😉

Oskar Fried, USSR State Symphony Orchestra, 1937, I –  14:39, II –  7:13, III – 13:18, IV – 5:06, V – 10:17 [50:31], Arbiter

 

114888201

Wypada w tym miejscu wspomnieć o kolejnej wczesnej rejestracji, firmowanej nazwiskiem Artura Rodzińskiego. Interpretacja to doskonale zdyscyplinowane, ostra w brzmieniu, pełna napięcia. Tempa szybkie. Odniosłem wrażenie, że stopniowanie przez dyrygenta napięciem jest bardzo dobre, chociaż nie słucha się tego wykonania ze zbytnią przyjemnością, a to ze względu na fatalny, archaiczny dźwięk. Z tego co wiem rejestracja ta nigdy nie była wydana na CD, nikt jej też nie remasterował. A szkoda, bo to wyjątkowe świadectwo kunsztu dyrygenta i jego wizji utworu francuskiego kompozytora. Koncepcja Rodzińskiego jest podobna do tej Monteuxa – równie niesentymentalna i równie dopracowana. Dyscyplina gry orkiestry budzi podziw, ale niestety poprzez wiek i wspomniany już brak masteringu nagranie dużo traci, a oprócz najbardziej oczywistych warstw nie usłyszymy zbyt wielu detali. A jest czego słuchać, bo jakość wykonania jest naprawdę pierwszorzędna. Szkoda, że to tak mało znane nagranie i że żadna firma nie zainteresowała się odświeżeniem go – zasługuje na to.

Nie chciałbym pozostać gołosłowny, posłuchajmy więc fragmentów. Rodziński rozpoczyna Fantastyczną w wartkim tempie, a pamiętajmy, że to powolne Largo:

 

To już właściwe Allegro apassionato, szybkie i drapieżne:

 

Równie zdyscyplinowana jest druga część. Tak brzmi zakończenie Balu:

 

A to już temat, który w trzeciej części grają wiolonczele. Ekspresyjny, grany pełnym dźwiękiem, ale pomimo tego rysowany ostrą, pewną kreską:

 

Fragment Marsza na szafot, zwróćcie uwagę na ostre i pewne brzmienie smyczków:

 

Intrygująco brzmią głębokie, dźwięczne dzwony w ostatniej części:

 

Tak jak w przypadku nagrania Frieda – tej rejestracji nie ma ani na Spotify, ani Youtube…

Artur Rodziński, Cleveland Orchestra, ok. 1940, I –  12:43, II – 6:20, III – 13:48, IV – 4:14, V – 9:24 [46:29]

Kilka wczesnych nagrań za nami. Za tydzień troszkę nowszych, ale niemniej ciekawych rejestracji. Do zobaczenia! 😉

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.