VI Symfonia a-moll należy do najbardziej bezkompromisowych utworów w całym dorobku Gustava Mahlera. Jej przydomek – Tragiczna – nie jest wcale przesadzony. Muzyka jest tu ostra, pełna napięcia, chwilami brutalna. A jednak powstawała w czasie, który Alma wspominała jako jeden z bardziej harmonijnych w ich wspólnym życiu. Ten rozdźwięk między biografią a brzmieniem jest jednym z najbardziej frapujących paradoksów tej symfonii. Mahler pracował nad nią w latach 1903–1904, głównie w Maiernigg. Lato 1904 roku nie było łatwe. Dokuczała mu samotność, napięcie, kapryśna pogoda, ale partytura została ukończona, a kompozytor informował o tym w listach swoich przyjaciół. Szósta jest czteroczęściowa i pod względem konstrukcji najbardziej „klasyczna” w jego dorobku. Klasyczna forma nie oznacza jednak klasycznego języka. Tu wszystko jest napięte do granic możliwości.
Pierwsza część rozpoczyna się marszem w a-moll. Ciężki, nisko osadzony, z wyraźnie wyeksponowanym brzmieniem perkusji. Rytm jest nieustępliwy, niemal obsesyjny. Muzyka sprawia wrażenie nie tyle pochodu, co marszu ku nieuniknionemu. W tej części pojawiają się charakterystyczne elementy, które będą powracać później: uporczywy rytm wybijany przez kotły oraz przejścia z A-dur do a-moll – muzyczny ekwiwalent motywu losu. Drugi temat przynosi wyraźny kontrast. Jasne F-dur, szeroki oddech, oznaczenie schwungvoll. To tutaj Mahler miał – według relacji Almy – sportretować ją w muzyce. Myśl ta ma w sobie coś z lirycznej afirmacji, choć nawet ona nie jest wolna od cienia. W tej samej części pojawiają się także dzwonki pasterskie. U Mahlera nie oznaczają one sielanki. To raczej symbol oddalenia – jakby spojrzenie z dystansu na świat, który kłębi się gdzieś daleko.
Scherzo jest jednym z najbardziej upiornych ogniw w całej twórczości kompozytora. Rytm trójdzielny jest tu systematycznie zakłócany przez akcenty padające w najmniej spodziewanych miejscach. Taniec zamienia się karykaturę. Charakterystyczne brzmienie ksylofonu nadaje tej muzyce ostrego, niemal mechanicznego rysu. Alma interpretowała tę część jako obraz dziecięcej zabawy, ale ta interpretacja tej złowrogiej muzyki jest doprawdy osobliwa.
Andante moderato przynosi chwilowe uspokojenie. To jedyny moment w tej symfonii, w którym muzyka naprawdę oddycha. Delikatna kantylena, subtelne barwy, powracające dzwonki pasterskie – tutaj ich brzmienie ma już bardziej kojący charakter. Ten odcinek działa jak przestrzeń refleksji pomiędzy dwoma dramatycznymi blokami.
Finał to kulminacja całej dramaturgii. Zaczyna się niespokojnie, w niskim rejestrze, jakby dźwięki dobiegały z otchłani. Narracja narasta falami, aż dochodzi do potężnych załamań. Właśnie tutaj pojawiają się słynne uderzenia młota – krótkie, głuche, pozbawione patosu. Mahler określał je jako uderzenia losu. W pierwotnej wersji były trzy, później ostatnie z nich usunął. Niezależnie od liczby, ich znaczenie jest jednoznaczne: dramat nie kończy się triumfem. Nie ma tu miejsca na kompromis ani na iluzję zwycięstwa.
Szósta została przyjęta chłodno. Prawykonanie w Essen w 1906 roku było dla kompozytora doświadczeniem niezwykle trudnym. Reakcje krytyków okazały się wstrzemięźliwe, by nie powiedzieć wrogie. Dziś symfonia ta uchodzi za jedno z najodważniejszych dzieł przełomu wieków – muzykę, która nie oferuje łatwego pocieszenia.
Zanim przejdziemy do nagrań – jeszcze słówko o kolejności części środkowych. W różnych nagraniach można spotkać się albo z kolejnością Scherzo – Andante albo Andante – Scherzo. Skąd te rozbieżności? Która kolejność jest „właściwa”, o ile którakolwiek w ogóle taka jest? Podczas prawykonania w Essen pierwsze miało być Scherzo, a następnie Andante – taka była kolejność wykonywania ogniw w trakcie prób. Ale tuż przed koncertem Mahler zmienił zdanie i najpierw wykonał Andante, a potem Scherzo (w tej samej kolejności wykonał też Szóstą w Monachium i w Wiedniu). Zmienił zdanie po raz kolejny, kiedy przygotowywał partyturę do wydania w 1906 roku. W tej partyturze mamy więc najpierw Scherzo, a potem Andante. Ale potem kompozytor znowu zmienił zdanie i w kolejnych edycjach najpierw było Andante, a potem Scherzo. Te ciągłe zmiany decyzji i niepewność Mahlera sprawiła, że dyrygenci też nie bardzo wiedzieli co robić. Willem Mengelberg do 1916 roku wykonywał najpierw Andante, a potem Scherzo. Kiedy jednak w 1920 roku przygotowywał festiwal muzyki Mahlera w Amsterdamie to postanowił się upewnić i wysłał zapytanie do Almy, na które ta odpowiedziała, że pierwsze powinno być Scherzo, po którym powinno nastąpić Andante. W 1963 roku pod auspicjami Internationale Gustav Mahler Gesellschaft ukazała się edycja Szóstej, w której redaktor Erwin Ratz określił kolejność ogniw jako Scherzo/Andante. W 2010 roku nakładem tej samej instytucji ukazało się kolejne wydanie, a jego redaktor, Reinhold Kubik, stwierdził arbitralnie, że jedyna słuszna kolejność części to Andante/Scherzo.
No dobrze, a co z tego wszystkie wynika dla wykonawców i słuchaczy? Po pierwsze – Mahler ciągle zmieniał w tej materii zdanie i określenie, jaka była jego ostateczna decyzja, jest dziś w zasadzie niemożliwe. Po drugie – każda z opcji ma swoje uzasadnienie, każda ma też swoje plusy i minusy. Osobiście zdecydowanie preferuję kolejność Scherzo/Andante. Wykonania typu Andante/Scherzo nigdy mnie nie satysfakcjonują, co więcej – uważam je za kompletnie chybione z dramaturgicznego punktu widzenia.
Dlaczego?
Po pierwsze – obie części są ze sobą powiązane; w Scherzo Mahler rozwija pomysły z pierwszego ogniwa.
Po drugie – oba ogniwa napisane są w a-moll.
Po trzecie – ogniwo pierwsze kończy się w A-dur, a Scherzo rozpoczyna się w a-moll, naturalnie tworzy się więc w tym miejscu pomiędzy ogniwami „motyw losu”, pojawiający się w wielu miejscach utworu.
Po czwarte – Mahler czasem tworzył w swoich symfoniach osobno wydzielone części złożone z kilku ogniw. I tak w III Symfonii pierwsze ogniwo oddzielone jest od pozostałych, a Piąta podzielona jest tak, że dwa pierwsze ogniwa tworzą osobną jednostkę, potem mamy Scherzo, a na końcu Adagietto i finałowe rondo, które także są ze sobą powiązane. Moim zdaniem w Szóstej jest podobnie – Allegro energico i Scherzo łączą się ze sobą, tworząc jednostkę muzyki głośnej i szybkiej trwającą mniej więcej pół godziny, potem następuje trwające +/- 15 minut Andante w roli intermezza, a całość wieńczy trwający pół godziny szybki finał. Tak zawsze też słucham Szóstej i tak polecam robić to Wam. Z tego też powodu kiedy podsumowuję czas trwania poszczególnych nagrań to jako II oznaczam zawsze Scherzo, a jako III – Andante. Jest to decyzja co prawda arbitralna, ale przynajmniej zawsze wiadomo, o którą dokładnie część chodzi.
Przejdźmy jednak w końcu do nagrań, bo to one są tu najważniejsze.

Za pierwszą w historii fonografii realizację Szóstej odpowiedzialny jest Charles Adler i orkiestra Wiener Symphoniker. Opowieść rozpoczyna się u niego powoli, z ciężarem. Tendencja ta utrzymuje się także później, a tempo w zasadzie cały czas jest dość powolne, wyważone i nasuwające skojarzenia z marszem żałobnym. Adler, co typowe dla jego stylu dyrygenckiego, uznał za stosowne podkreślić ciężar muzyki, stąd też nawet odcinki liryczne są u niego dość osadzone – nie dość lekkie, nie dość skontrastowane. Razi to zwłaszcza w mocno rozwleczonym zakończeniu, w którym Mahler bardzo jasno wskazał, że życzył sobie przyspieszenia (etwas drängend). A u Adlera brzmi to tak:
Nieco lepiej sprawy mają się w Scherzo, które co prawda także jest powolne i masywne, ale zdarzają się tu Adlerowi okazjonalne zrywy. Są one jednak dość rzadkie i niezbyt intensywne. Artykulacja nie jest tu też dość ostra, a uszy razi przesterowany, archaiczny dźwięk.
Andante także nie wypada najlepiej. Masywność brzmienia w połączeniu z małą przejrzystością nie dają zbyt dobrych rezultatów.
W finale są momenty, w których podejście dyrygenta wydaje się dawać dobre rezultaty. Początek jest upiorny, sugestywny i dobrze wyczuty. Także później są tu miejsca, w których powolne tempo jest w porządku. Adler umiejętnie wydobywa też detale w partii drzewa i smyczków.
Jakość gry orkiestry jest dość przeciętna (zdarza się wiele nierówności), a to samo powiedzieć można o dość surowym i mało selektywnym dźwięku. To mocno specyficzne nagranie, które polecam przede wszystkim fanom ciekawostek historycznych. Na początku podejście dyrygenta może wydawać się trafne i odmienne od wielu współczesnych interpretacji, ale w miarę rozwoju akcji zaczyna razić monotonią i sztywnością w kwestii doboru temp. To tak jakby dyrygent wybrał jedno jedyne tempo, a później trzymał się go niezależnie od tego, czego życzył sobie kompozytor. Jeśli jest tu jakieś grazioso, jakieś subtelne zawahanie ekspresji, to Adler przejeżdża przez nie jak połączenie czołgu i buldożera.
Charles Adler, Wiener Symphoniker, 1952, I – 18:38 (S), II – 12:54, III – 15:50, IV – 33:28 [80:54], Saint Laurent Studio
Innym zapomnianym obecnie pionierem był Eduard Flipse, który swoją Szóstą zarejestrował podczas koncertu z Rotterdam Philharmonic Orchestra (uzupełnionej o muzyków z The Brabant Orchestra), odbywającego się w ramach Holland Festival (a więc Holandia nie tylko Mengelbergiem stała i nie tylko on twórczość Mahlera promował).
Holenderski dyrygent zaczyna w dobrze dobranym, umiarkowanym tempie, sugestywnie ewokującym powagę marsza, a brzmienie jest bardzo satysfakcjonujące – przejrzyste, wielowymiarowe i pełne charakternych detali w rodzaju solówki oboju czy wejść blachy. Także dźwięk jest bardzo dobry – głęboki i przestrzenny. Nie rozczarowuje temat Almy – ekspresyjny i pełen żaru, z soczystą grą smyczków. Ogólne wrażenie z części pierwszej jest pozytywne – mamy tu fatalizm i desperację, świetnie podkreślony rytm marsza, dobrze zrealizowany moment wytchnienia w epizodzie z dzwonkami pasterskimi i sugestywnie zrealizowane, pełne optymizmu zakończenie. Mankamentem na pewno jest fakt, że perkusja jest tu dość słabo słyszalna – zapomnijcie o tym, że usłyszycie tu bęben basowy czy tam-tam.
W Scherzo zwraca uwagę ostrość artykulacji (świetne przednutki waltorni!), co wydatnie przekłada się na wytworzenie klimatu groteski i podkreśleniu czarnego humoru zawartego w tej muzyce. Także tempo dobrał Flipse znakomicie, dobrze różnicując charakter poszczególnych sekcji.
Andante – udane, pełne uczucia, zagrane starannie, z wyczuciem i atencją w stosunku do detali. Tak jak w części pierwszej uwagę zwraca wielowymiarowość brzmienia orkiestry, podkreślanie bogactwa orkiestracji Mahlera.
Finał rozpoczyna się dość powoli i ostrożnie, ale Flipse i jego orkiestra szybko się rozkręcają. Kulminacje są budowane przepięknie – są sugestywne i plastyczne, a charakter muzyki jest znakomicie uchwycony. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o uderzeniach młota, których nie słychać prawie w ogóle (Flipse zdecydował się na trzy). Momentami wyczuć też można zmęczenie zespołu, co jest zrozumiałe, nie są to zresztą jakieś wielkie wpadki. Razi mnie jednak trochę, że w miejscu, w którym Mahler zażyczył sobie przyspieszenia tempa (vorwärts!) po drugim uderzeniu młota i przed powrotem motywu ze wstępu Flipse mocno zwalnia, co nie daje najlepszych rezultatów. Podobnie zrobił też później Bernstein w swoim drugim nagraniu, z podobnie kiepskim rezultatem. Ale poza tym jest naprawdę lepiej niż bardzo dobrze. To świetnie snuta opowieść, której słucha się z ciarkami na plecach.
Orkiestra z Rotterdamu nie była (i nie jest) zaliczana do najlepszych orkiestr na świecie, ale nie sposób przejść obojętnie wobec jakości tej realizacji. Nawet jeśli nie wszystko jest tam zrealizowane perfekcyjnie pod względem technicznym, a jakość dźwięku pozostawia momentami niedosyt wrażeń, to wyraźnie słychać, że zespół naprawdę dobrze przygotował się do tego koncertu i świetnie wyczuł styl muzyki Mahlera. Jest to nagranie historyczne, ale polecam je nie tylko fanom starych, trzeszczących nagrań, ale wszystkim tym, którzy będą w stanie docenić fakt, że orkiestrę z Rotterdamu stać było na tak piękne osiągnięcie artystyczne. Było to dla nich coś ważnego i to słychać. Nie wiem jak Wy, ale ja zdecydowanie wolę zwycięską walkę z materią niż zblazowaną współczesną wirtuozerię.
Eduard Flipse, Rotterdam Philharmonic Orchestra, 1955, I – 18:58, II – 11:43, III – 14:28, IV – 31:57 [76:08], Rotterdam Philharmonic Vintage Recordings

Wiele jest specyficznych i radykalnych wykonań Szóstej, ale żaden dyrygent nie zaszedł w swym radykalizmie tak daleko jak Hermann Scherchen. Jego jedyne nagranie tego dzieła, zarejestrowane podczas koncertu w Lipsku w październiku 1960 roku (a więc podczas koncertów uświetniających setną rocznicę urodzin Mahlera) do dziś zadziwia i budzi wielkie kontrowersje. Jest to, po pierwsze, kwestia zawrotnych temp, a po drugie – skrótów, dla których trudno znaleźć rozsądne uzasadnienie. Nazwanie Szóstej Scherchena „szybką” to jak nazwanie Pacyfiku sadzawką…
Pierwsze ogniwo jest względnie kompletne, Scherchen pominął bowiem tylko powtórkę ekspozycji. Nie ma tu jednak dla słuchacza żadnej taryfy ulgowej – od samego początku znajdujemy się w samym środku rozszalałego żywiołu, który atakuje nasze uszy z siłą tornada:
Także temat drugi jest ostry i brutalny, brzmi desperacko i niemal marszowo:
Element kontrastu wnosi tu jedynie epizod pasterski, choć i on jest grany wartko. Ogólnie jednak dominuje tu poczucie rozgorączkowania i ogromnej nerwowości – które zresztą całkiem dobrze pasują do charakteru muzyki. Słuchając tej wersji ma się wrażenie kontaktu z ogromną, rozpędzoną machiną, która miażdży wszystko na swojej drodze:
Także Scherzo nie daje odbiorcy żadnego wytchnienia. Ktoś kiedyś nazwał to ogniwo „tańcem demonów”, a określenie to bardzo pasuje też do tego, co słyszymy w hektycznej interpretacji Scherchena:
Drażni jedynie skrót – od nr. 65. do 80. – równo 20 stron w partyturze!
Andante wprowadza ogromny kontrast w ekspresji i tempie. Dyrygent prowadzi je bowiem w całkiem normalnym tempie, bez większych pod tym względem ekscesów. Scherchen potrafił odnaleźć w tej muzyce także liryzm i czułość:
Finał ponownie grany jest w zawrotnym tempie, co ma swoje uzasadnienie, pozwala bowiem na wykreowanie rozgorączkowanego, pełnego napięcia nastroju rodem z horroru:
Nie ma tu ani chwili wytchnienia, a nie raz i nie dwa można nawet zastanowić się, czy tempa nie są przypadkiem stanowczo za szybkie:
Stanowczo za duży jest za to skrót, Scherchen przechodzi bowiem od nr. 129. do 140. (22 strony) – czyli po pierwszym uderzeniu młota przechodzimy od razu do tego, co dzieje się po drugim. Bez komentarza…
Nie każdemu radykalizm Scherchena przypadnie do gustu. Musimy też pamiętać, że to nagranie koncertowe, a ponieważ orkiestra do najlepszych na świecie nie należy, to i kiksów i rozmaitych wpadek jest tam całkiem sporo. Jest to więc historyczna ciekawostka, intrygująca neurotyzmem i intensywnością wizji dyrygenta. Radykalizm języka dźwiękowego Mahlera spotkał się tu z radykalizmem ekscentrycznego wykonawcy, a rezultat może albo zachwycić albo doprowadzić do furii. Bardzo różne Szóste słyszałem, ale drugiej takiej nie ma. Osobiście uważam tę wersję za wizjonerską i fascynującą. Gdyby tylko Scherchen nagrał Szóstą z lepszą orkiestrą i w lepszym dźwięku!
Hermann Scherchen, Radio Sinfonie Orchester Leipzig, 1960, I – 14:03 (S), II – 6:26 (S), III – 12:34, IV – 20:40 (S) [5343], Tahra

Hans Rosbaud pozostawił po sobie jedno nagranie Szóstej, zarejestrowane z Südwestfunk-Orchester Baden-Baden w 1961 roku. Pierwsze ogniwo jest u niego poważne i surowe, jednak od razu słychać też wyraźnie, że nie była to wówczas zbyt dobra orkiestra – blacha brzmi dość słabo, jest przytłumiona i często pozostaje w tle, a jakość dźwięku (który jest suchy i mało przestrzenny) także nie rozpieszcza uszu słuchającego. A szkoda, bo Rosbaud ma trafne pomysły, pasujące do charakteru muzyki. Nie przesadza z ekspresją (temat Almy grany jest szybko i bez afektacji), prowadzi to dzieło rzeczowo i z poszanowaniem pomysłów Mahlera. Posłuchajcie tylko, z jaką ponurą determinacją prowadzony jest marsz:
Także Scherzo jest ponure i prowadzone dość powoli, co nie jest jakimś wielkim mankamentem. Mankamentem jest już jednak to, że nie słychać tam tak pozornie oczywistych rzeczy jak potężne uderzenia kotłów na początku. Później także wiele detali jest dziwnie przytłumionych, a szkoda, bo koncepcja Rosbauda ponownie jest ciekawa i trafna, a sarkastyczny charakter muzyki został znakomicie uchwycony:
Andante – bardzo dobre, intensywne i pełne napięcia, prowadzone rzeczowo i obiektywnie. Takie podejście doskonale zdaje tu egzamin – sama muzyka jest już wystarczająco ekspresyjna i nie trzeba jej dosładzać:
Jeśli chodzi o finał, to także tutaj wszystko jest na swoim miejscu jeśli chodzi o koncepcję dyrygenta. Problemy z blachą i perkusją, o których wspomniałem wcześniej, pojawiają się niestety także tutaj. Ale uderzenia młota brzmią imponująco:
Ta historyczna rejestracja pozostawia spory niedosyt. Dobre pomysły dyrygenta to za mało, aby oddać sprawiedliwość temu dziełu. Trzeba jeszcze mieć do dyspozycji orkiestrę, która poradzi sobie ze sprawnym ich wykonaniem. A zarówno jakość gry orkiestry jak i jakość dźwięku pozostawiają sporo do życzenia. Rosbauda zaliczam w Szótej do rzeczowych klasyków, uczciwie i bez ostentacji realizujących to, co twórca zapisał w partyturze. Szkoda, że nie miał do dyspozycji lepszych muzyków, bo efekt jest rozczarowujący.
Hans Rosbaud, Südwestfunk-Orchester Baden-Baden, 1961, I – 19:21 (S), II – 13:56, III – 15:22, IV – 32:37 [81:18], SWR

Do grona pionierów jeśli chodzi o promowanie dzieł Mahlera zaliczyć należy także Jaschę Horensteina. Na potrzeby przewodnika wybrałem drugie z jego nagrań, zarejestrowane podczas koncertu w Bournemouth w styczniu 1969 roku. Jego wykonanie rozpoczyna się w tempie powolnym, orkiestra brzmi masywnie i ciężko. Temat drugi brzmi w zasadzie dobrze, ale nie kontrastuje jakoś mocno z pierwszym. Słychać też wyraźnie, że nie mamy tu do czynienia z najlepszą orkiestrą na świecie. Ani z najlepszą interpretacją. Po pewnym czasie staje się jasne, że jest to jedynie pozbawiona większych niuansów przegrywka. Nie ma tu kontrastów tempa i dynamiki, co przekłada się na wrażenie monotonii i trudnego do zniesienia mozołu czy też niedbałości. Łamane akordy, wszelkie sforzanda czy akcenty rytmiczne są słabo zaznaczone, co odbiera muzyce intensywności i dramatyzmu. Tak wypada jedna z kulminacji z motywem losu:
Pozostałe kulminacje także niczym specjalnym się nie wyróżniają. Jednak najbardziej wymęczone jest zakończenie, w którym nie ma żadnego entuzjazmu, żadnej pasji.
Co nowego w drugim ogniwie? Nic, poza kiksami drewna. U innych jest to taniec demonów, u Horensteina taniec kulawych słoni:
Bywa i tak. Nie ma tu ani humoru ani większych kontrastów. Całość wypada drętwo i zwyczajnie nudzi.
Nic ciekawego nie dzieje się także w Andante. Jest niezbyt ciekawe.
Finał jest prawdziwie tragiczny, nie jestem tylko pewien czy o taki właśnie tragizm Mahlerowi chodziło. Jest po prostu wykonywany tak obojętnie, tak nudno i bez życia, że trudno odnaleźć w nim choćby śladowe ilości energii:
Czegoś tak drętwego dawno nie słyszałem. To jak do tej pory jedyny chyba finał Szóstej, który aż tak bardzo mnie znudził.
Jak więc podsumować to nagranie? Nie najlepsza orkiestra, byle jaki dźwięk, drętwa interpretacja. Unikać.
Jascha Horenstein, Bournemouth Symphony Orchestra, 1969, I – 23:09, II – 12:44, III – 15:26, IV – 33:12 [84:31], BBC Legends

Kolejnym ważnym pionierem jeśli chodzi o popularyzację muzyki Mahlera był Dimitri Mitropoulos, który poprowadził amerykańską premierę Szóstej w Nowym Jorku w 1947 roku. W tym mieście zarejestrował też koncertowo pierwszą z trzech swoich wersji tego dzieła. Nagranie pochodzi z kwietnia 1955 roku i z biegiem lat zyskało kultowy status. Początek budzi jednak mieszane uczucia. Blacha nie brzmi zbyt dobrze, jest krzykliwa i nie ma zbyt ładnej barwy. Natomiast interpretacja jest, jak to często bywa u Mitropoulosa, ognista i namiętna. Jest tu zarówno energia jak i refleksyjność. Szczególnie dobrze wypada temat drugi, który ma tak potrzebny rozmach i gdzie kulminacje wypadają porywająco i ekstatycznie:
Jeśli chodzi o resztę tego ogniwa, to wypada ono bardzo dobrze – Mitropoulos umiejętnie różnicuje pomiędzy sobą poszczególne epizody, nie popadając przy tym w przesadę. Tempa są bardzo dobrze dobrane, ale krzykliwa i brzydka w barwie blacha mocno irytuje.
Scherzo jest znakomite – ostre, szybkie, drapieżne, zadziorne, a to dzięki ostro wyartykułowanym akcentom rytmicznym, zwłaszcza w kwintecie. Świetnie brzmią także dęte drewniane.
Andante jest w tym nagraniu piękne, płynie wartko i pełne jest napięcia, a kulminacje są właśnie takie, jakie być powinny – namiętne i żarliwe. Jest to interpretacja pełna nostalgii, ale w żadnym razie nie popadająca w sentymentalizm:
Finał to godne zwieńczenie całej interpretacji. Jest dynamiczny, prowadzony w świetnie dobranym tempie, pełen napięcia. Niestety jakość dźwięku nie pozwala nam delektować się uderzeniami młota tak jak w nowszych nagraniach, ale wykonawcy rewelacyjnie budują tu napięcie:
Jest to ogniste wykonanie – w dobrym tego słowa znaczeniu!
Realizacja ta budzi mieszane uczucia. Z jednej strony jest tu kapitalny flow, jest potoczystość i wartkość narracji, poczucie zanurzenia w muzyce i pełnego zaangażowania w przekazywanie treści opowieści. Z drugiej zaś strony jakość dźwięku nie jest zbyt dobra, wiele szczegółów się gubi, a gra blachy nie zachwyca. Choć muszę zaznaczyć, że reszta orkiestry spisuje się na medal. Jest to pozycja znakomita, ale przeznaczona raczej dla koneserów.
Dimitri Mitropoulos, New York Philharmonic Orchestra, 1955, I – 17:52 (S), II – 11:24, III – 15:01, IV – 28:36 [72:57], Archipel

Późniejsze o 4 lata nagranie Mitropoulosa z orkiestrą radiową z Kolonii pokazuje ciekawą zależność – o ile interpretacje dyrygenta z bardziej prestiżowymi orkiestrami (takimi jak NYPO czy Wiener Philharmoniker) były bardziej obiektywne, o tyle te realizowane choćby właśnie z WDR Sinfonieorchester Köln były już znacznie bardziej indywidualne. Słychać to zresztą od razu, kiedy dyrygent wprowadza niewielkie crescendo zaraz na początku symfonii. Bardziej też podkreśla tu żałobny aspekt muzyki, co słychać bardzo dobrze przy przejściu z ekspozycji do przetworzenia:
Także później wiele tu ciekawych zwolnień i subtelnych zawahań tempa:
Bardzo charakternie i wyraziście brzmi tu drewno. Niestety nie mogę tego samego napisać o perkusji, która jest kiepsko nagrana – przytłumiona i cicha. Poza tym mankamentem pierwsze ogniwo jest bardzo satysfakcjonujące – zniuansowane i pełne przy tym subtelnego fatalizmu. Niezwykle wyraziste zakończenie:
Scherzo także tutaj jest świetne, chociaż na pierwszy plan wysuwają się tu zdecydowanie kwintet i znakomite drewno, podczas gdy blacha pozostaje nieco w tle. Natomiast jeśli chodzi o uchwycenie charakteru muzyki – miksu elegancji z czarnym humorem, to jest to majstersztyk. Mitropoulos uchwycił tu po mistrzowsku każde, najlżejsze nawet zawahanie tempa i ekspresji:
Andante płynie szybko, jest przejrzyste i pełne napięcia. Świetnie wypada ekspresyjna solówka rożka angielskiego czy migotliwe brzmienie czelesty. Kulminacje rozwijają się plastycznie i pełne są wyrazu. To wielkie zalety tej interpretacji.
Finał jest elektryzujący i w najwyższym stopniu sugestywny, nawet pomimo wspomnianych już mankamentów (słabo słyszalna perkusja, okazjonalne kiksy blachy). Ma w sobie plastykę, fatalizm i pęd, które sprawiają, że słuchając tej interpretacji ma się ciarki na plecach.
Mitropoulos przywrócił tu też trzecie uderzenie młota.
Świetnie wyczuta wersja, pomimo wspomnianych już mankamentów satysfakcjonująca, pełna ciekawych wglądów ze strony dyrygenta. Jakość dźwięku jest dobra i chociaż audiofile nie będą do końca ukontentowani, to reszta odbiorców może słuchać bez poczucia, że to nagranie historyczne.
Dimitri Mitropoulos, WDR Sinfonieorchester Köln, 1959, I – 18:51, II – 11:40, III – 14:30, IV – 29:38 [74:42], IMG Artists
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
