VIII Symfonia Gustava Mahlera – część pierwsza

Nie lubię Ósmej. Kiedy zaczynam zastanawiać się nad tym, dlaczego tak jest, na myśl przychodzi mi kilka kwestii.
Po pierwsze – brak w tej muzyce kontrastów. Jest praktycznie w całości afirmatywna, radosna. Paradoksalnie być może najlepszym i najbardziej Mahlerowskim w stylu fragmentem jest instrumentalny początek drugiego ogniwa, w którym pojawia się na moment element napięcia i zawahania.
Po drugie – kiedy słuchamy opowieści – to chcemy w nią wierzyć. Jest to zupełnie niezależne od tego, czy jest ona prawdziwa czy nie. Chcemy zawiesić niewiarę i dać się wciągnąć w świat przygód Froda i Sama we Władcy pierścieni, w świat greckich mitów przy oglądaniu Troi Wolfganga Petersena, etc., etc. Obiektywnie patrząc wiemy że to fikcja, ale chcemy na chwilę, z pewnym dystansem, dać się wciągnąć w opowieść. Mahler sięgał w swoich utworach do mitologii chrześcijańskiej i zazwyczaj wychodziło mu to znakomicie. Wierzę mu w Drugiej, Trzeciej czy Czwartej, ale słuchając Ósmej czuję się nieco zmieszany. Paradoksalnie opracowanie hymnu Veni, creator spiritus uważam za bardziej udane. Jest w tej muzyce ogromna energia. Ona jest over the top, ale w porywający sposób. Chociaż inicjalny temat hymnu brzmi jak jakiś cyrkowy marsz w stylu Fučíka (Der Einzug des Schöpfergeistes?). Ale część druga, zakończenie drugiej części Fausta Goethego, z niekończącymi się procesjami aniołków reprezentujących różne grupy i hierarchie? Pod względem literackim jest to dla mnie nieprawdopodobny wręcz kicz, a chociaż Mahler napisał do tego najlepszą możliwą muzykę, to nadal czegoś mi tu brakuje. Choć kompozytor ociera się w Ósmej o banał, to daleko mu pod tym względem do naszych rodzimych frotterystów religijnych pokroju Góreckiego, Kilara czy Pendereckiego, którzy produkowali jednego bogobojnego gniota po drugim.

Podsumowując ten subiektywny wstęp – nie mam do tego utworu serca. Jego nagrania nie ekscytują mnie tak jak realizacje innych dzieł artysty, chyba też dlatego, że nie lubię i nie potrafię pisać o muzyce wokalnej. Koncertów z Ósmą w zasadzie unikam. Ale ponieważ nawarzyłem sobie piwa, pisząc o nagraniach innych utworów Mahlera, to muszę przełknąć tę wielką żabę.

Teraz dla odmiany coś obiektywnego. Ósmą nazywa się powszechnie Symfonią tysiąca. Określił ją tak  Emil Gutmann, impresario, który organizował prawykonanie w monachijskiej Neue Musik-Festhalle we wrześniu 1910 roku. Pretekstem był fakt, że właśnie tylu wykonawców wzięło udział w koncercie. W dzisiejszych czasach także zdarzają się prezentacje w tak licznej obsadzie, choć do wykonania tego utworu wystarczy „tylko” 300 osób. Prawykonanie było triumfem Mahlera jako kompozytora. On sam, pisząc o tym dziele wspominał o obrazie krążących planet i nazywał go „darem dla narodów”.
Ósma składa się z dwóch ogniw. Opracowanie hymnu Veni, creator spiritus trwa zazwyczaj nieco ponad 20 minut, czas trwania ogniwa drugiego, zakończenia Fausta, trwa ok. 55-60 minut. W obsadzie znajdują się trzy chór (dwa mieszane i jeden dziecięcy), osiem głosów solowych, a w orkiestrze znajdziemy m.in. mandolinę, fortepian, harmonium (w mało którym nagraniu je słychać!), czelestę, organy i dodatkową orkiestrę dętą umieszczoną za sceną.

Zanim przejdziemy do nagrań – jeszcze jedna uwaga. To utwór, w którym naprawdę liczy się jakość dźwięku i którego powinno się słuchać we współczesnych nagraniach. Z tego też powodu większość wczesnych rejestracji, o których mowa w tym wpisie, ma wartość wyłącznie historyczną.

Jako pierwszy utrwalił Ósmą sir Adrian Boult. Jest to rejestracja live z Royal Albert Hall z 1948 roku, która dopiero ostatnio trafiła na rynek. Nie mogę ocenić jej zbyt wysoko. Jeśli chodzi o tempa – to są dobrze dobrane, szybkie, a interpretacja potoczysta i pełna energii. Można się zdziwić jak dobrze potrafił prowadzić muzykę Mahlera dyrygent, którego praktycznie w ogóle się z nią nie kojarzy. Na tym jednak plusy się kończą. Jakość dźwięku jest tragiczna, a kulminacje są mocno przesterowane, co odbiera jakąkolwiek przyjemność ze słuchania. O ile pierwsza część śpiewana jest po bożemu, po łacinie, o tyle druga wykonywana jest po angielsku. W sumie nie ma to większego znaczenia, bo jakość dźwięku jest tak zła, że i tak nie sposób rozróżnić słów. To ciekawostka historyczna, a jej wartość leży wyłącznie w tym, że było to pierwsze nagranie tego dzieła.

Sir Adrian Boult, Elena Danieli, Dora van Doorn, Emelie Hooke, Mary Jarred, Gladys Ripley, William Herbert, George Pizzey, Harold Williams, BBC Choral Society, Luton Choral Society, Wallington Choral Society, Watford and District Philharmonic Society, Lambeth Schools’ Music Association Boys’ Choir, Boys of Marylebone Grammar School, BBC Symphony Orchestra, 1948, I – 20:03, II – 58:45 [78:47], Pristine Classical 

 

Jednym z najwcześniejszych ogólnodostępnych nagrań Ósmej było to zarejestrowane pod dyrekcją Leopolda Stokowskiego podczas koncertu w Carnegie Hall w kwietniu 1950 roku. Dyrygent miał to wyjątkowe szczęście, że uczęszczał na próby do prawykonania tego utworu, zasiadł też na publiczności podczas samych koncertów we wrześniu 1910 roku, a kilka lat później, w 1916 roku, poprowadził pierwsze wykonania tego dzieła w Ameryce w Filadelfii i w Nowym Jorku. Z pewnością miał więc do niego sentyment. Planował je wykonać podczas swojego debiutu na Promsach w 1963 roku, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło i poprowadził wtedy Drugą. Mamy więc do dyspozycji to jedno nagranie. Jego wielkim minusem jest słaba jakość dźwięku, który jest zbity i mało przestrzenny. Zapomnijcie o wielu detalach brzmienia. A szkoda, bo sama interpretacja jest niezwykle zajmująca, a soliści i chóry stoją na wysokości zadania.
W hymnie Stokowski trzyma wartkie tempo, świetnie kontrastuje też ze sobą poszczególne sekcje. Brzmi to plastycznie, nie ma tam przestojów, są za to świetnie dobrane proporcje. Trafiają się także zmiany w orkiestracji – w krótkim orkiestrowym intermezzo dyrygent dodał glockenspiel ponad pizzicato smyczków:

Podoba mi się dynamizm tej interpretacji, a także to, że dyrygent nie przesadza i nie szarżuje za bardzo.
Także drugiej części słucha się z dużym zajęciem. Również tutaj tempo jest wartkie, kontrasty stosowane umiejętnie i z wyczuciem, a muzyka płynie ze swobodą.
Szkoda, że Stokowski nie nagrał Ósmej później, w lepszym dźwięku. Mogłaby być z tego prawdziwa perła, a tak mamy jedynie ciekawostkę w postaci jedynego nagrania dyrygenta, który na własne uszy słyszał prawykonanie tego utworu.

Leopold Stokowski, Frances Yeend, Uta Graf, Camilla Williams, Martha Lipton, Louise Bernhardt, Eugene Conley, Carlos Alexander, George London, New York Philharmonic-Symphony Orchestra, Westminster Choir, Schola Cantorum, Public School no. 12 Boys’ Chorus, 1950, I – 22:24, II – 5533 [77:54], Music&Arts

 

Zaledwie rok później, w czerwcu 1951 roku, swoją jedyną kompletną interpretację Ósmej zarejestrował inny ekscentryk – Hermann Scherchen. Stało się to podczas koncertu w Wiener Konzerthaus, w ramach festiwalu Wiener Festwochen. W zasadzie od razu słychać dwie (a w zasadzie trzy) rzeczy. Po pierwsze – tempo w Veni, creator jest wolne. Bardzo wolne. Za wolne. Po drugie – soliści są… cóż, niezbyt dobrzy. Po trzecie – także tutaj jakość dźwięku nie zachwyca. Trzeba jednak dyrygentowi przyznać, że w kwestii tempa był niezwykle konsekwentny. Także fugę Accende lumen sensibus poprowadził w dość umiarkowanym tempie, a przyspieszył jedynie na koniec, tuż przed repryzą i powrotem głównego tematu. Również zakończenie jest zaskakująco statyczne.
W drugim ogniwie tempa są już normalniejsze (a czasem są zaskakująco wręcz szybkie), co stanowi miłą odmianę w stosunku do hymnu, słychać jednak wyraźnie, że orkiestra nie była w formie. Wpadki intonacyjne to tutaj norma. Później w przebiegu narracji Scherchen podchodził do kwestii tempa nadzwyczaj swobodnie – w jednych odcinkach są one zaskakująco osadzone, w innych zaś szybkie. Cóż, to Scherchen – nie jest to więc zwykłe wykonanie, a ciekawa, niebanalna i momentami prowokacyjna interpretacja.
Szkoda, że jakość dźwięku jest słaba, bo przez to rejestracja ta trafia do szufladki jako kolejne wykopalisko fonograficzne.

Hermann Scherchen, Elsa Maria Matheis, Daniza Ilitsch, Rosette Anday, Georgine von Milinkovič, Erich Majcut, Otto Wiener, Georg Oeggl, Wiener Symphoniker, Wiener Akademiekammerchor, Wiener Singakademie, Wiener Sängerknaben, 1951, I – 26:09, II – 54:26 [80:35], Tahra

 

Innym pionierskim nagranie jest to zarejestrowane pod batutą holenderskiego dyrygenta Eduarda Flipsa podczas Holland Festival w sali Ahoy w Rotterdamie w lipcu 1954 roku.  Nie ma co się oszukiwać – to kolejna realizacja koncertowa z lat 50., więc jakość dźwięku nikogo nie rzuci na kolana, tym bardziej, że Ahoy nie jest salą koncertową, a przestrzenią w rodzaju katowickiego Spodka. To co wyróżnia tę realizację to fakt, że było to pierwsze w historii fonografii nagranie tego dzieła, w którym wzięło udział tysiąc wykonawców – samych chórów jest tu aż jedenaście. Jedenastu (a nie ośmiu) jest tu też solistów, co mogę wytłumaczyć tym, że być może niektórzy wzięli udział tylko w części pierwszej, a niektórzy tylko w drugiej, ale nie mam w tym względzie pewności. Jak łatwo się domyślić, było to w przeważającej mierze wydarzenie wspólnotowe, a nie perfekcyjna realizacja artystyczna. Nic w tym oczywiście nic  złego, bo to wykonanie Ósmej z pewnością niejednego z wykonawców zapadło w pamięć i serce, ale oceniając tę realizację trzeba być jednak precyzyjnym. O skali przedsięwzięcia można przekonać się oglądając ten film:

Flipse prowadzi pierwsze ogniwo w powolnym tempie, nigdzie zbytnio nie przyspiesza, a wykonawcy radzą sobie ze swoimi zadaniami całkiem sprawnie, ale nie perfekcyjnie. Prawdę mówiąc, trudno tu odczuć zarówno przestrzeń, jak i liczebność wykonawców. Czuć za to, że wiele detali jest zamazanych, co akurat nie może ani dziwić ani szczególnie szokować, biorąc pod uwagę okoliczności. Druga część jest prowadzona dość wartko, ale, ponownie, brak tam miejsc, które mogłyby bardziej zafrapować słuchacza, który zna o wiele lepiej zagrane i nagrane interpretacje. Flipse prowadzi całość dość ostrożnie, zapewne wyszedł bowiem z założenia, że lepiej nie szarżować i nie doprowadzić do ewentualnej katastrofy.
Można tej Ósmej posłuchać, ale raczej nie porwie ani nie zachwyci.

Eduard Flipse, Annelies Kupper, Hilde Zadek, Corry Bijster, Annie Hermes, Lore Fischer, Annie Woud, Lorenz Fehenberger, Frans Vroons, Herman Schey, David Hollestelle, Gottlob Frick, Rotterdams Philharmonisch Koor, Toonkunstkoor Rotterdam, Koninklijke Christelijke Oratoriumvereniging „Excelsior”, Christelijke Oratoriumvereniging „Rotterdam Zuid”, Christelijke Oratoriumvereniging „Halleluja”, Stem des Volks – Rechter Maasoever, Stem des Volks – Linker Maasoever, Koninklijke Zangvereniging „Rotte’s Mannenkoor”, Mannenzangvereniging „Concordia”, Jongenskoor „St. Willibrord”, Dames- en Jongenskoor „De Kleine Stem”, Rotterdams Philharmonisch Orkest,
1954, I – 25:46, II – 56:03 [81:49], Philips

 

 

Jedyne nagranie Dimitriego Mitropoulosa zarejestrowano podczas festiwalu w Salzburgu w sierpniu 1960 roku, a więc 2 miesiące przed śmiercią greckiego dyrygenta. Miejscem, w którym odbył się koncert, była Felsenreitschule. Cóż, nie było (i chyba nie jest) to miejsce z dobrą akustyką. To budynek dawnej szkoły jeździectwa, przystosowany do warunków koncertowych, na domiar złego mieszczący się wówczas jeszcze pod otwartym niebem (ruchomy dach zamontowano dopiero w 1969 roku). Słychać to szczególnie dobrze na początku drugiej części (konkretniej – przy pierwszym wejściu chóru), kiedy nad miastem przelatywał doskonale słyszalny na nagraniu samolot. Zacznijmy jednak od początku.
Veni, creator wypada słabo. Jest to kwestia bardzo wolnego tempa obranego przez Mitropoulosa, a także niekorzystnych warunków akustycznych. Ta muzyka wymaga zdecydowanie więcej fizycznej siły brzmienia i blasku, których w tym nagraniu nie uświadczymy. Nie ma tu też radości – ogniwo to jest stanowczo zbyt koturnowe, zbyt mało dynamiczne. Dynamika jest wyrównana – muzyka przez cały czas pozostaje bardzo głośna, a kulminacje są przesterowane.
Całe szczęście ogniwo drugie prezentuje się o wiele korzystniej. Już wstęp jest niezwykle zajmujący – pełen ekspresji i napięcia, z piękną grą waltorni. Świetne jest pierwsze solo w wykonaniu barytona Hermanna Prey’a, bardzo słabe – tenorowe Giuseppe Zampieriego, krzykliwe i przeforsowane. Mitropoulos prowadzi tę część umiejętnie kontrastując ze sobą poszczególne sekcje, tempo przeważnie jest wartkie, a gra orkiestry znakomita. Są tu też jednak odcinki, w których dyrygent podkreślił też bardziej medytacyjną, liryczną, a momentami nawet zmysłową (delikatne portamenta smyczków) stronę muzyki. Mitropoulos znakomicie czuł to ogniwo i poprowadził je niezwykle sugestywnie.
Jest to raczej pozycja dla koneserów. Drugie ogniwo jest wykonane znacznie lepiej niż pierwsze, ale nie zmienia to faktu, że jakość dźwięku nie zachęca do ponownego sięgnięcia po tę interpretację. A szkoda!

Dimitri Mitropoulos, Mimi Coertse, Hilde Zadek, Lucretia West, Ira Malaniuk, Giuseppe Zampieri, Hermann Prey, Otto Edelmann, Wiener Philharmoniker, Konzertvereinigung Wiener Staatsopernchor, Singverein des Gesellschaft Musikfreunde Wien, Wiener Sängerknaben, 1960, I – 24:09, II – 56:48 [80:56], Orfeo

 

Pierwszą stereofoniczną realizacją Ósmej Mahlera była ta zarejestrowana podczas koncertu w Royal Albert Hall w marcu 1959 roku pod batutą Jaschy Horensteina. W wykonanie zaangażowanych było 756 wykonawców. Na samym wstępie należy podkreślić, że jakość dźwięku jest bardzo dobra jak na realizację z lat 50. Słucha się tego nagrania z przyjemnością – czuć w tej rejestracji wielką przestrzeń, a na wrażenie monumentalizmu ma też wpływ liczba wykonawców. Wrażenie to podkreśla także umiarkowane tempo, w jakim Horenstein prowadzi pierwsze ogniwo. Pewnym problemem jest to, że tempo to nie ulega praktycznie żadnym wahaniom. Dla niektórych będzie to zaleta, dla mnie była to jednak wada. Nie da się jednak zaprzeczyć, że są w tej realizacji dobre momenty – choćby żartobliwe orkiestrowe interludium czy potężne przejście do repryzy, gdzie Horenstein praktycznie nie zwalnia, ale buduje potężne, sugestywne crescendo, które wywiera wielkie wrażenie. Plusem jest też to, że nie ma tu przestojów. Świetne zakończenie hymnu – powolne, dostojne, dobrze rozplanowane pod względem siły brzmienia. Niestety – trąbki nie zawsze stoją na wysokości zadania – zdarzają im się popisowe kiksy.
Bardzo dobry, przestrzenny i intensywny wstęp do drugiego ogniwa. Problem w tym, że później kontrastów jest zdecydowanie za mało, a poszczególne epizody mało się od siebie różnią pod względem ekspresji. Z solistów jedynie Helen Watts robi większe wrażenie, reszta jest przeciętna. Horenstein nie jest także w stanie utrzymać napięcia na odpowiednim poziomie i stworzyć z Ósmej ciekawej opowieści. Cierpią na tym zwłaszcza odcinki z solowymi głosami żeńskimi – powolne i ciężkie. Mocno rozczarowuje także zakończenie, a zwłaszcza nierówne uderzenia talerzy i tam-tamu.
Przyzwoite pierwsze ogniwo, rozczarowujące drugie. W ostatecznym rozrachunku jest to interpretacja, której legendarnego statusu nie da się utrzymać. Rozczarowuje!

Jascha Horenstein, Joyce Barker, Agnes Giebel, Beryl Hatt, Kerstin Meyer, Helen Watts, Kenneth Neate, Alfred Orda, Arnold van Mill, London Symphony Orchestra, BBC Chorus, BBC Choral Society, Goldsmith’s Choral Union, Hampstead Choral Society, Orpington Junior Singers, Emanuel School Boys’ Choir, 1959, I – 23:19, II – 57:57 [81:16], BBC Legends

 

Postaw mi kawę na buycoffee.to
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.