Gustav Mahler i Pieśń o ziemi – część piąta

 

Eugen Jochum sięgał po utwory Mahlera sporadycznie. Jego nagranie Das Lied von der Erde z orkiestrą Concertbegouw jest jego jedyną zachowaną rejestracją utworu tego kompozytora. Zespół jest w szczytowej formie, brzmi pięknie, intensywnie i bogato. Toast o ziemskiej biesiadzie rozpoczyna się mocnym i pewnym inicjalnym gestem, a równie pewne jest wejście Ernsta Haefligera. Pierwsza część jest zróżnicowana pod względem tempa – dyrygent zwalnia w środkowym odcinku, nadając muzyce melancholijnego odcienia. Haefliger jest w świetnej formie – rewelacyjnie kontroluje swój głos, ma też pomysł na interpretację i z emfazą podkreśla kluczowe słowa poematu. Posłuchajcie końcówki, ostatniej powtórki słów Ciemne jest życie, ciemna jest śmierć:

 

 

Niestety Nan Merriman nie reprezentuje już tak wysokiego poziomu. Nie podobała mi się barwa jej głosu i vibrato, którym szafuje na prawo i lewo. Całe szczęście dyrygent stoi na wysokości zadania i to właśnie ze względu na bogatą i ekspresyjną grę orkiestry Samotnego jesienią słucha się z prawdziwą przyjemnością. Solówki drewna są naprawdę przepiękne. Posłuchajmy kulminacji:

 

O młodości Jochum i Haefliger bawią się muzyką, a w rezultacie powstała interpretacja przepiękna, lekka, wdzięczna i naturalna. Posłuchajmy zakończenia:

 

Czwarta część zaskakuje szybkim tempem, nawet w początkowym, lirycznym odcinku. Jochum piękne i konsekwentnie buduje formę – dzięki temu bowiem przejście do szybkiego epizodu jest naturalne. Niestety, solistka wyraźnie sobie w tej szybkiej sekcji nie radzi. Litościwie pomińmy ten fragment i posłuchajmy odcinka z początku utworu:

 

Interpretacja Pijanego wiosną jest przepiękna i bardzo zróżnicowana pod względem tempa. Posłuchamy jak Jochum i Haefliger przechodzą od epizodu pełnego ciepła i zadumy do szybszej sekcji. Nastrój jest szampański i euforyczny:

 

Pożegnanie również zagrane jest przepięknie, pozostawia jednak niedosyt. Skąd ten pośpiech? Czyżby Jochumowi nie pracowało się dobrze z Merriman i chciał jak najszybciej skończyć? Czy jego również irytowała ostra barwa jej głosu? Być może tak, nie znajduję bowiem innego wytłumaczenia dla troski, jaką przejawia w stosunku do nieparzystych pieśni w porównaniu do pośpiechu, z jakim traktuje te z udziałem solistki. Posłuchajmy fragmentu:

 

Warto poznać tę wersję ze względu na świetną grę orkiestry, naturalną i ekspresyjną interpretację Jochuma i, last but not least, ze względu na Haefligera.

Eugen Jochum, Nan Merriman, Erns Haefliger, Concertgebouw Orchestra, 1963, I – 8:51, II – 8:50, III – 3:11, IV – 6:29, V – 4:29, VI – 26:54 [58:54], Deutsche Grammophon

 

Początek nagrania pod batutą Giuseppe Sinopoliego nie jest zbyt obiecujący. Nie mogę powiedzieć, żeby dyrygentowi udało się zainspirować Staatskapelle Dresden do przedstawienia pierwszej części w dramatyczny sposób. Panuje tu nastrój raczej liryczny, żeby nie powiedzieć – rozluźniony, a kulminacje sprawiają przedziwne wrażenie przeforsowania i powstrzymywania przepływu muzyki. Keith Lewis nie zachwyca. Jego głos ma irytującą barwę, a i sam głos wydaje się nie mieć mocy i charyzmy odpowiedniej do tego dzieła. Kulminacje w pierwszej części rozczarowują, chociaż Sinopoliemu zdarza się odnajdować w orkiestrze intrygujące barwy. Dużo lepiej rozpoczyna się część druga. Meandrujący akompaniament altówek i melodia oboju przekonująco stwarzają pełną smutku i rezygnacji atmosferę. Iris Vermillion radzi sobie w swojej partii bardzo dobrze, a jej głos jest miękki, ciemny i ekspresyjny. Nie mogę powiedzieć, aby duet Sinopoli/Lewis stworzył w części trzeciej porywającą kreację. Jest ona poprawna i utrzymana na przyzwoitym poziomie, ale to tyle. W środkowym odcinku czwartej części Sinopoli bardzo zwalnia, przez co solistka nie jest wyraźnie słyszalna. Mam tylko poważne wątpliwości, czy pani Vermillion odnalazła się w tym fragmencie. W Pijanym wiosną panom udało się to, co nie udało się do tej pory nikomu innemu: udało im się mnie znudzić. Osiągnęli to przede wszystkim za pomocą ślamazarnego tempa. Owszem, Klemperer też był powolny, ale umiał spiąć tę część w logiczną całość. Sinopoliemu się to nie udało. Pożegnania budzi mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się wyczucie kolorystyki Sinopoliego i głos Vermillion. Dyrygent pięknie wydobywa dźwięki mandoliny, przez co pięknie buduje orientalny klimat. Z drugiej strony, zdarzają się tu spadki napięcia i koncentracji, przez co pięknie budowane napięcie gdzieś ulatuje.

Bardzo nierówne nagranie. Z jednej strony piękna barwa brzmienia orkiestry i godna uwagi Vermillion, z drugiej strony – niezbyt udana partia Lewisa i dziwne momenty dekoncentracji ze strony orkiestry.

Giuseppe Sinopoli, Iris Vermillion, Keith Lewis, Staatskapelle Dresden, 1996, I – 8:43, II – 9:48, III – 3:17, IV – 6:53, V – 4:45, VI – 30:26 [63:52], Deutsche Grammophon

 

 

Trzeba też w tym miejscu wspomnieć o nagraniu, któremu poświęciłem swego czasu osobny tekst (dostępny zresztą TUTAJ). W niniejszej rejestracji Jonas Kaufmann próbował dowieść, że wykonanie całej Pieśni o ziemi przez tenora ma sens. Moim zdaniem nie ma. Orkiestrę prowadzi tu Jonathan Nott. Trudno mi nazwać jego wykonanie interpretacją. Wiedeńczycy grają jak na autopilocie.

 

 

 

Jonathan Nott, Jonas Kaufmann, Wiener Philharmoniker, 2016, I – 8:06, II – 9:57, III – 3:08, IV – 6:56, V – 4:26, VI – 28:33 [61:04], Sony

 

 

 

Na tym nie kończą się jednak możliwości jeśli chodzi o różne możliwości aranżowania Pieśni o ziemi. Sam Mahler przygotował również wersję na fortepian i to właśnie ten wariant tego dzieła nagrał Cyprien Katsaris razem z Brigitte Fassbaender i Thomasem Moserem. Ten ostatni radzi sobie w pierwszej pieśni bardzo dobrze. Nie musi walczyć z napierających ze wszelkich stron orkiestrą, jednak fortepianowa wersja Toastu wypada słabo. Jest blada i nawet artyzm Katsarisa i gęsta faktura nie są w stanie zmienić wrażenia, że bardzo brak tu barw brzmienia orkiestry. Posłuchajcie kulminacji w pierwszej części:

 

Początek drugiej części jest przedziwnie, z pełną premedytacją rozmyty przez Katsarisa. Fassbaender dysponuje silnym głosem, przenikliwym w wysokim rejestrze, mięsistym w niskim. Przyjemnie się tego słucha. Przede wszystkim niedobór barw nie przeszkadza tak jak w pierwszej części. Przeciwnie, Samotny jesienią zyskuje tu na intymnym i skupionym wyrazie. Posłuchajcie fragmentu:

 

O młodości Katsaris intrygująco wyciąga z partytury Mahlera rytmy ukryte zazwyczaj w subtelnie brzmiących smyczkach. Brzmienie nabiera przez to szczebiotliwego, koronkowego charakteru. Zakończenie jest urocze, a i wykonania Mosera miło się słucha:

 

Również następna część brzmi dobrze, a Katsaris świetnie odnajduje się w odnajdowaniu planów narracyjnych w szczególnie gęstym środkowym epizodzie:

 

Pijany wiosną nie wypada w moim odczuciu zbyt dobrze. Nie wina to ani Katsarisa ani Mosera, a samej pozbawionej barwności aranżacji. Oceńcie sami:

 

Początek Pożegnania jest zjawiskowy. Nie czuć tu wcale zubożenia brzmienia, a jeśli jakieś straty są – to wynagradza je artyzm Katsarisa. Zostaje tu sam szkielet idei, który pozbawiony zmysłowego uroku barwy poszczególnych instrumentów broni się w absolutnie zjawiskowy sposób:

 

Miałem momentami wrażenie, że głos śpiewaczki jest stanowczo zbyt silny w stosunku do swego partnera. Nie miałaby raczej problemów, aby przebić się przez orkiestrę. Jedyny mój poważniejszy zarzut tyczy się zakończenia, utrzymanego w szybkim tempie i zagranego oraz zaśpiewanego zbyt głośno. Gdzieś się tu gubi ta magiczna atmosfera budowana z pietyzmem przez poprzednie 25 minut.

Bez wątpienia interesująca, acz kontrowersyjna rzecz. Najlepiej wypada część druga, trzecia i szósta, w pozostałych trzech nadmiar wątków sprawia momentami wrażenie chaosu, a i brak tych charakterystycznych dla Mahlera barw. Czy słuchać? Czemu nie!

Cyprien Katsaris, Brigitte Fassbaender, Thomas Moser, 1989, I – 7:50, II –  10:01, III – 3:01, IV – 6:49, V – 4:33, VI – 28:24 [60:20], Teldec

W latach 1918 – 1921 kompozytorzy drugiej szkoły wiedeńskiej, a więc Arnold Schönberg, Alban Berg i Anton Webern, prowadzili Związek prywatnych wykonań muzycznych (Verein für musikalische Privataufführungen). Organizacja miała na celu promowanie muzyki współczesnej, a jako że środki finansowe, jakimi dysponowała, były dość ograniczone, wykonywano zazwyczaj aranżacje kameralne. W roku 1921 Schönberg zainteresował się możliwością stworzenia aranżacji Pieśni o ziemi. Niestety, organizacja wkrótce dokonała żywota, a aranżację dzieła Mahlera dokończył niemiecki kompozytor i dyrygent Rainer Riehn w roku 1980. Bardzo sobie cenię tę wersję. Dzieło zyskuje tu na intymnym charakterze, a osłabienie brzmienia praktycznie w ogóle nie przeszkadza. Jedynym mankamentem, który ujmuje tej wersji w stosunku do oryginału jest nieobecność harfy, którą zastępuje fortepian. Aranżacja Schönberga i Riehna zyskała sobie pewną popularność, co przełożyło się oczywiście na nagrania. Philippe Herreweghe to spec od muzyki dawnej, dlatego fakt, że również on jest odpowiedzialny za jedno z takich nagrań wzbudził moją ciekawość. Do współpracy przy nagraniu zaproszono Birgit RemmertHansa Petera Blochwitza. Ten ostatni interpretuje pierwszą część w udany sposób i ekspresyjny sposób. Orkiestra pod batutą belgijskiego dyrygenta brzmi przejrzyście i ostro. Herreweghe prowadzi Toast impulsywnie, szybko, nie zwalniając nawet w środkowej sekcji. Bardzo mnie takie podejście zaskoczyło i zastanawiałem się nawet, czy nie jest nazbyt agresywne. Posłuchajcie fragmentu:

 

Przejrzyście i chłodno brzmi również Samotny jesienią. Początkowe figuracje altówek płyną wartko, ale paradoksalnie ta płynność sprawiła na mnie wrażenie wypranej z emocji. Wszystko tu jest zaprezentowane w chłodny i pozbawiony napięcia sposób. Ostrzejsze fragmenty zdały mi się nazbyt wygładzone i potraktowane obojętnie. Szkoda, bo Remmert dysponuje ładnym, ciemnym głosem, który bardzo do Mahlera pasuje:

 

Dla kontrastu część trzecia poprowadzona jest bardzo powoli. Herreweghe jest tu nawet bardziej powolny od Klemperera. Rezultat nie jest dobry, O młodości brzmi ospale i anemicznie. Posłuchajcie:

 

Remmer w czwartej części śpiewa przepięknie, ale nie mogę powiedzieć, żeby Herreweghe wykazał się wybitnym zrozumieniem dynamiki tej części. Niektóre fragmenty brzmią zaskakująco ostro i agresywnie, inne z kolei są zamazane i niewyraźne. Dziwna rzecz:

 

Pozytywnie zaskoczył mnie Pijany wiosną, tutaj bowiem zarówno Blochwitz, jak i Herreweghe wczuli się w swoje role i stworzyli ciekawe, zróżnicowane pod względem tempa i ekspresji kreacje:

 

Pożegnanie jest osobliwe i nierówne. Bardzo dobre wrażenie robi Remmert, ale Herreweghe wydaje się mieć mało zrozumienia i sympatii do muzyki Mahlera. Bardzo rzadko zdarza mi się mówić, że jakieś wykonanie jest „niestylowe”, ba, unikam w ogóle tej kategorii, ale w przypadku tej rejestracji wysuszona, zimna i pozbawiona wszelkiego ciepła i uczucia interpretacja nie daje mi innego wyjścia. Zakończenie marsza jest wręcz groteskowe:

 

Nie mogę tego nagrania rekomendować i na pewno nie przekona ono nikogo, że przygotowywanie takiej aranżacji miało sens. Herreweghe robi świetne rzeczy dyrygując muzyką dawną, ale do tego repertuaru najwyraźniej nie powinien sięgać.

Philippe Herreweghe, Birgit Remmert, Hans Peter Blochwitz, Ensemble Musique Oblique, 1993, I – 8:13, II – 9:35, III – 3:51, IV – 7:31, V – 4:47, VI – 28:56 [62:43], Harmonia Mundi

 

Całe szczęście jest jeszcze inne nagranie tej wersji Pieśni o ziemi, tym razem w zestawie na dwa głowy męskie. Odpowiada za nie Kenneth Slowik, który prowadzi Smithsonian Chamber Players & Santa Fe Pro Musica. Solistami są John Elwes (tenor) i Russel Braun (baryton). Jest coś absolutnie zaskakującego w sposobie, w jaki rozpoczyna się Toast o ziemskiej biesiadzie. Pomimo małego składu nie czuć tutaj, jak u Herreweghe, zubożenia, odarcia muzyki z czegoś istotnego. Dźwięk jest pełny, ciepły i nasycony, tempo – raczej powolne. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, były epickie proporcje tej części. Świetny dowód na to, że w muzyce Mahlera nie trzeba dużego składu, żeby oddać jej sedno. Wystarczą ci odpowiedni. Fascynuje dźwięk skrzypiec, altówki i wiolonczeli. Nic dziwnego, bo instrumenty użyte w tym nagraniu to pochodzące z drugiej połowy XVII wieku egzemplarze z pracowni Nicolo Amatiego, na dodatek wyposażone w jelitowe struny, co dodatkowo dodaje brzmieniu ciepła i głębi. Sposób, w jaki Slowik modyfikuje tempo i ekspresję tej części jest wzorcowy i głęboko poruszający. Instrumentalne interludium jest absolutnie przepiękne – uczuciowe, głębokie, paląco intensywne… Również Elwes stoi na wysokości zadania. Posłuchajcie tego samego fragmentu, który wcześniej umieściłem przy omawianiu interpretacji Herreweghe’a:

 

Absolutnie przepięknie rozpoczyna się Samotny jesienią. Już meandrujące figuracje altówki na początku wprowadzają właściwy klimat, a przepiękne solo oboju tylko go pogłębia. Braun rozumie i czuje każde słowo tej części, nic przy tym nie przesadza ani nie przerysowuje. W grze orkiestry nie ma absolutnie żadnego słabego punktu. Zachwyca drewno, zachwyca kwintet, zachwyca blacha…

 

W trzeciej części Slowik, podobnie jak Hereweghe, trzyma wolne tempo, ale efekt jest kompletnie odmienny. Mamy tu lekkość, elegancję, odrobinę zadumy. Przede wszystkim mamy zaś zrozumienie stylu kompozycji, wczucie się w każdy takt i w każdy element. Kiedy Elwes śpiewa, że „wszystko w pawilonie z porcelany stoi na głowie”, w orkiestrze melodię prowadzi fagot, a skrzypce akompaniują. Tylko Slowik wyciągnął tak umiejętnie ten dialog instrumentów:

 

Czwarta część buduje się powoli, a przepiękny i ciepły dźwięk kwintetu kapitalnie współgra z równie ciepłym i głębokim dźwiękiem głosu Brauna. W momencie, w którym powraca główny materiał tej części jest coś nieznośnie melancholijnego:

 

Zakończenie jest jedwabiste i kremowe:

 

Posłuchajcie, jak zadziornie i energicznie rozpoczyna się Pijany wiosną, zwróćcie uwagę na szybkie, ćwierkające i migotliwe glissanda skrzypiec. Coś cudownego:

 

O maestrii, z jaką wykonane jest Pożegnanie można napisać cały poemat. Jest tu ten szczególny rodzaj intensywnej refleksyjności, tej palącej głębi, która jest w dziełach Mahlera czymś najtrudniejszym do uzyskania, a najbardziej wartościowym, stanowiącym rdzeń tej muzyki. Jest w tej interpretacji ciepło, jest trudna do zniesienia melancholia i rezygnacja; jest wreszcie w zakończeniu poczucie, że zatrzymał się czas, że dotarliśmy do kresu długiej wędrówki, a rozpływające się w ciszy i skupieniu końcowe ewig dobiega już gdzieś z oddali, z miejsca w którym wszystko co wydarzyło się wcześniej przestaje się już liczyć. Wykonawcy wyłapali każdą, najlżejszą zmianę nastroju, każde, nawet najbardziej subtelne zawahanie tempa, każdy odcień i każdą barwę. Słuchanie tak niezwykłe wyczutej interpretacji to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Tak palące i intensywne, że nie powinno być powtarzane zbyt często. Nie umiem wybrać dla Was fragmentu tego Pożegnania. Posłuchajcie całości.
Ta Pieśń o ziemi to taka wisienka na szczycie tortu. Interpretacja tak świetnie zagrana, tak świetnie nagrana, tak wyczuta i spójna, że jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego, kto ceni tę kompozycję.

Kenneth Slowik, Russel Braun, John Elwes, Smithsonian Chamber Players & Santa Fe Pro Musica, 2003, I – 9:05, II – 11:05, III – 3:45, IV – 7:16, V – 4:36, VI – 32:14 [68:06], Dorian 

To już jest koniec – przynajmniej jeśli chodzi o rejestracje Pieśni o ziemi. Nie ukrywam, że chętnie napisałbym przewodnik po wszystkich symfoniach Mahlera. Jeśli tylko starczy czasu – to na pewno będę nadal działał w tym kierunku. O rezultatach będziecie dowiadywać się na bieżąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.