Gustav Mahler i Pieśń o ziemi – część piąta

 

Eugen Jochum sięgał po utwory Mahlera sporadycznie. Jego nagranie Das Lied von der Erde z orkiestrą Concertbegouw jest jego jedyną zachowaną rejestracją utworu tego kompozytora. Zespół jest w szczytowej formie, brzmi pięknie, intensywnie i bogato. Toast o ziemskiej biesiadzie rozpoczyna się mocnym i pewnym inicjalnym gestem, a równie pewne jest wejście Ernsta Haefligera. Pierwsza część jest zróżnicowana pod względem tempa – dyrygent zwalnia w środkowym odcinku, nadając muzyce melancholijnego odcienia. Haefliger jest w świetnej formie – rewelacyjnie kontroluje swój głos, ma też pomysł na interpretację i z emfazą podkreśla kluczowe słowa poematu. Posłuchajcie końcówki, ostatniej powtórki słów Ciemne jest życie, ciemna jest śmierć:

Niestety Nan Merriman nie reprezentuje już tak wysokiego poziomu. Nie podobała mi się barwa jej głosu i vibrato, którym szafuje na prawo i lewo. Całe szczęście dyrygent stoi na wysokości zadania i to właśnie ze względu na bogatą i ekspresyjną grę orkiestry Samotnego jesienią słucha się z prawdziwą przyjemnością. Solówki drewna są naprawdę przepiękne. Posłuchajmy kulminacji:

O młodości Jochum i Haefliger bawią się muzyką, a w rezultacie powstała interpretacja przepiękna, lekka, wdzięczna i naturalna. Posłuchajmy zakończenia:

Czwarta część zaskakuje szybkim tempem, nawet w początkowym, lirycznym odcinku. Jochum piękne i konsekwentnie buduje formę – dzięki temu bowiem przejście do szybkiego epizodu jest naturalne. Niestety, solistka wyraźnie sobie w tej szybkiej sekcji nie radzi. Litościwie pomińmy ten fragment i posłuchajmy odcinka z początku utworu:

Interpretacja Pijanego wiosną jest przepiękna i bardzo zróżnicowana pod względem tempa. Posłuchamy jak Jochum i Haefliger przechodzą od epizodu pełnego ciepła i zadumy do szybszej sekcji. Nastrój jest szampański i euforyczny:

Pożegnanie również zagrane jest przepięknie, pozostawia jednak niedosyt. Skąd ten pośpiech? Czyżby Jochumowi nie pracowało się dobrze z Merriman i chciał jak najszybciej skończyć? Czy jego również irytowała ostra barwa jej głosu? Być może tak, nie znajduję bowiem innego wytłumaczenia dla troski, jaką przejawia w stosunku do nieparzystych pieśni w porównaniu do pośpiechu, z jakim traktuje te z udziałem solistki. Posłuchajmy fragmentu:

Warto poznać tę wersję ze względu na świetną grę orkiestry, naturalną i ekspresyjną interpretację Jochuma i, last but not least, ze względu na Haefligera.

Eugen Jochum, Nan Merriman, Erns Haefliger, Concertgebouw Orchestra, 1963, I – 8:51, II – 8:50, III – 3:11, IV – 6:29, V – 4:29, VI – 26:54 [58:54], Deutsche Grammophon

 

Początek nagrania pod batutą Giuseppe Sinopoliego nie jest zbyt obiecujący. Nie mogę powiedzieć, żeby dyrygentowi udało się zainspirować Staatskapelle Dresden do przedstawienia pierwszej części w dramatyczny sposób. Panuje tu nastrój raczej liryczny, żeby nie powiedzieć – rozluźniony, a kulminacje sprawiają przedziwne wrażenie przeforsowania i powstrzymywania przepływu muzyki. Keith Lewis nie zachwyca. Jego głos ma irytującą barwę, a i sam głos wydaje się nie mieć mocy i charyzmy odpowiedniej do tego dzieła. Kulminacje w pierwszej części rozczarowują, chociaż Sinopoliemu zdarza się odnajdować w orkiestrze intrygujące barwy. Dużo lepiej rozpoczyna się część druga. Meandrujący akompaniament altówek i melodia oboju przekonująco stwarzają pełną smutku i rezygnacji atmosferę. Iris Vermillion radzi sobie w swojej partii bardzo dobrze, a jej głos jest miękki, ciemny i ekspresyjny. Nie mogę powiedzieć, aby duet Sinopoli/Lewis stworzył w części trzeciej porywającą kreację. Jest ona poprawna i utrzymana na przyzwoitym poziomie, ale to tyle. W środkowym odcinku czwartej części Sinopoli bardzo zwalnia, przez co solistka nie jest wyraźnie słyszalna. Mam tylko poważne wątpliwości, czy pani Vermillion odnalazła się w tym fragmencie. W Pijanym wiosną panom udało się to, co nie udało się do tej pory nikomu innemu: udało im się mnie znudzić. Osiągnęli to przede wszystkim za pomocą ślamazarnego tempa. Owszem, Klemperer też był powolny, ale umiał spiąć tę część w logiczną całość. Sinopoliemu się to nie udało. Pożegnania budzi mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się wyczucie kolorystyki Sinopoliego i głos Vermillion. Dyrygent pięknie wydobywa dźwięki mandoliny, przez co pięknie buduje orientalny klimat. Z drugiej strony, zdarzają się tu spadki napięcia i koncentracji, przez co pięknie budowane napięcie gdzieś ulatuje.

Bardzo nierówne nagranie. Z jednej strony piękna barwa brzmienia orkiestry i godna uwagi Vermillion, z drugiej strony – niezbyt udana partia Lewisa i dziwne momenty dekoncentracji ze strony orkiestry.

Giuseppe Sinopoli, Iris Vermillion, Keith Lewis, Staatskapelle Dresden, 1996, I – 8:43, II – 9:48, III – 3:17, IV – 6:53, V – 4:45, VI – 30:26 [63:52], Deutsche Grammophon

Amerykański maestro Michael Tilson Thomas zdecydował się na zarejestrowanie koncertowego wykonania Pieśni o ziemi w wersji na dwa głosy męskie. Tenor Stuarta Skeltona w pierwszej pieśni części brzmi dość matowo, a śpiewak wydaje się brać najwyższe dźwięki z pewnym wysiłkiem. Jednak nadrabia te niedostatki inteligentnym, pełnym wyczucia traktowaniem tekstu i odpowiednim akcentowaniem śpiewanych słów. Dyrygent prowadzi orkiestrę w dobrym tempie, dynamicznie, przejrzyście i naturalnie. Jednak dźwięk nie jest tak dobry jak mógłby być, a solówki drewna i blachy w interludium mogłyby być lepiej wydobyte z tła. Skelton śpiewa tutaj pięknie, delikatnie, z wyczuciem i zrozumieniem. W kulminacji do jego interpretacji wkrada się desperacja, które bardzo pasuje do tej muzyki. Tilson Thomas interpretuje ten odcinek dość ostrożnie i zachowawczo.
Na samym początku Samotnego jesienią usłyszymy nie tylko ładne solo oboju, ale także… pikanie zegarka, którego najwyraźniej ktoś ze słuchaczy zapomniał wyłączyć. Thomas Hampson brzmi znakomicie, ma ekspresyjny, ciepły głos, z którego robi znakomity użytek. Śpiewa delikatnie i z wyczuciem, a liryzm tej części dobrze pasuje też dyrygentowi. Znakomita, bardzo naturalna i nieprzerysowana jest kulminacja. San Francisco Symphony Orchestra gra dźwiękiem ciepłym, kremowym i delikatnym.
Skelton dobrze bawi się słowami w trzeciej części, dobrze podkreślając żartobliwy, lekki i radosny charakter muzyki. Tempo środowego odcinka jest znacznie wolniejsze od zasadniczego materiału, co sprawia, że oba elementy mocno ze sobą kontrastują. MTT prowadzi tę część ujmująco delikatnie, pastelowo i lirycznie.
Przepiękny jest początek czwartej części w wykonaniu Hampsona – delikatny, niespieszny, trochę zmysłowy a trochę rozmarzony. Dynamiczny środkowy odcinek nie kontrastuje zbyt mocno z zasadniczym materiałem – nie jest zbyt szybki i zbyt głośny, przez co śpiewak nie musi forsować głosu aby być słyszalnym. Przepiękne w swojej delikatności i liryzmie jest zakończenie tej części.
Tak samo urzekająca jest piąta część, w której znajdziemy wszystko co potrzebne. Jest tu i zadziorność, i lekkie rozmarzenie, nie do końca poważny nastrój i dużo wirtuozerii w dobrym stylu.
Nie rozczarowuje także Pożegnanie, prowadzone przez dyrygenta powoli, delikatnie, z uczuciem. Pięknie brzmią solówki dętych drewnianych (świetne są zwłaszcza klarnety), a także wiolonczeli. Pięknie śpiewa tę część Hampson. Jest w tym wykonaniu dogłębne zrozumienie istoty rzeczy, jest wyczucie i sprawne, pozbawione wszelkiej ostentacji przekazywanie znaczenia ukrytego pomiędzy nutami. Pełen melancholii i rezygnacji jest marsz, zagrany niespiesznie i z uczuciem, choć może momentami odrobinę zbyt delikatnie. Brakuje tu też mocniejszego podkreślenia brzmienia tam-tamu. Zaskakuje dość głośne i egzaltowane przejście do końcowego odcinka, ale szczęśliwie wykonawcy wiedzą, że tę przepiękną muzykę trzeba na zakończenie odpowiednio wyciszyć i sprawić, aby powoli rozpłynęła się w ciszy.
To zdecydowanie bardziej liryczna niż dramatyczna Pieśń o ziemi. Wiele tu pięknych miejsc, które można smakować, delektując się wyczuciem i zrozumieniem dzieła przez wykonawców. Nie ma tu ostentacji, jest piękno i głębia.

Michael Tilson Thomas, Thomas Hampson, Stuart Skelton, San Francisco Symphony Orchestra, 2007, I – 8:27, II – 9:31, III – 3:16, IV – 6:57, V – 4:25, VI – 30:39 [63:20], SFS Media

Vladimir Jurowski, syn dyrygenta Michaiła Jurowskiego, to dyrygent znany ze świetnych wykonań utworów Mahlera, o czym mogłem przekonać się na własne uszy podczas jego wykonania II Symfonii z London Philharmonic Orchestra (TUTAJ dla przypomnienia link do tej relacji). Z tego też powodu jego nowe koncertowe nagranie Pieśni o ziemi budzi zrozumiałe zainteresowanie, chociaż niestety dyrygent nie prowadzi w nim własnego zespołu (czyli LPO), a Rundfunk-Sinfonieorchester Berlin, czyli orkiestrę co prawda bardzo solidną, ale z pewnością pozostającą poza ścisłą czołówką. Znać jednak, że dyrygent przygotował muzyków do tych koncertów solidnie.
Świadczy o tym świetna artykulacja smyczków na początku pierwszej części i znakomicie słyszalne frullato fletów. Także interpretacja Roberta Deana Smitha robi dobre (choć nie rewelacyjne) wrażenie. Jednak czegoś tu brak. W brzmieniu orkiestry brak mięsistości i barwności, jest ono dość płaskie i jednowymiarowe, a wspomniane już detale wyskakują czasem z faktury niby diabeł z pudełka. Jakoś ta orkiestra nie brzmi tak jak powinna, choć na pozór wszystko jest w porządku. Jurowski dyryguje z wyczuciem, ładnie kontrastuje też środkowy epizod z początkowym pod względem tempa i ekspresji. Ale owa cienkość brzmienia sprawia, że kulminacja brzmi sztucznie i nienaturalnie.
Początek Samotnego jesienią nie jest obiecujący, ale na szczęście sytuacja zmienia się z chwilą wejścia Sarah Connolly, która ma ciemny i jędrny głos dobrze pasujący do tej muzyki. Śpiewa naturalnie i bez afektacji, ale starannie i z uczuciem. Sposób budowania napięcia przez Jurowskiego znamionuje duże wyczucie stylu tej muzyki.
O młodości brzmi dobrze, ale nie mogę też powiedzieć, aby Smithowi i Jurowskiemu udało się w tej interpretacji wyrazić coś ponad to, co można usłyszeć w wielu innych nagraniach.
Czwarta część grana jest lekko i z wdziękiem, a Jurowski dobrze wydobywa zmysłowe glissanda z partii smyczków. Niestety – stanowczo zbyt lekki jest także początek szybkiego epizodu, choć balans pomiędzy głosem śpiewaczki a orkiestrą jest wzorcowy. Końcowy odcinek śpiewany jest przez Connolly naturalnie i z wyczuciem.
W części piątej usłyszymy znakomitą, zadziorną i lekko zmysłową (glissanda!) solówkę skrzypiec. Jurowski ładnie kontrastuje ze sobą poszczególne odcinki, orkiestra brzmi przejrzyście, a Smith solidnie.
Początek Pożegnania brzmi znakomicie – słychać tu wyraźnie zarówno głuche uderzenia tam-tamu jak i niskie dźwięki harfy. Muzyka nareszcie wydaje się mieć właściwy ciężar. Tempo jest świetnie dobrane, a Jurowski znakomicie buduje tutaj skupiony nastrój. Muzyka jest jednocześnie refleksyjna i pełna napięcia. Także Connolly dobrze się tu odnajduje, śpiewa z wyczuciem i zrozumieniem, choć głosem może chwilami zanadto rozwibrowanym. Świetna jest gra drewna (flet, klarnety, fagot) i smyczków (solo wiolonczeli!). Świetny, intensywny jest marsz. Wejście Connolly po zakończeniu tego odcinka jest hipnotyzujące i do głębi przejmujące. Jurowski nigdzie się nie spieszy, przeciąga niektóre frazy, co dodaje muzyce melancholijnego uroku. Także samo zakończenie jest wyśmienite – powolne, delikatne, wyciszone i intymne.
To nierówne nagranie. W pierwszych pięciu częściach trafiają się dobre momenty, ratuje je świetne Pożegnanie. Szkoda że wykonanie nie zostało lepiej zrealizowane od strony technicznej, bo to ona najbardziej tu kuleje i rozczarowuje.

Vladimir Jurowski, Sarah Connolly, Robert Dean Smith, Rundfunk-Sinfonieorchester Berlin, 2018, I – 8:49, II – 9:39, III – 3:33, IV – 7:20, V – 4:51, VI – 28:31 [62:43], Pentatone

Pieśń o ziemi nagrał także niedawno wybitny węgierski dyrygent Iván Fischer, któremu do skompletowania cyklu brakuje już tylko Ósmej, za którą się jednak jakoś do tej pory nie zabrał. Artysta prowadzi tu oczywiście swój własny znakomity zespół, czyli Budapest Festival Orchestra, tenorową partię solową wykonuje tu ponownie Robert Dean Smith, zaś altową – Gerhild Romberger.
Toast o ziemskiej biesiadzie rozpoczyna się dynamicznie, ostro, drapieżnie. Dźwięk węgierskiej orkiestry jest gęsty, ciemny, nasycony i pełen głębi, której tak bardzo brakowało mi w nagraniu Jurowskiego. Fischer to wulkan energii, ale energii starannie kontrolowanej. Nic tu nie dzieje się przypadkiem, a zespół jest w znakomitej formie. Gra precyzyjnie, z wielką dyscypliną, ale jednocześnie kulturą dźwięku. Kiedy trzeba urzeka delikatnością, wyczuciem i inteligentną grą odcieniami barw. Smith także brzmi tu zdecydowanie lepiej niż u Jurowskiego, więc nagranie musiało odbywać się w zdecydowanie bardziej korzystnych akustycznie warunkach, a i inżynierowie dźwięku znacznie bardziej się tu postarali. Zachwycają detale – solo trąbki, rożka angielskiego i klarnetu, ciche, ale wyraźnie słyszalne frullata fletów, a także umiejętnie dawkowane napięcie, które sprawia że muzyka wciąga i angażuje słuchającego. Kulminacja jest porywająca – jednocześnie przejrzysta i masywna.
Początek Samotnego jesienią jest zaskakująco szybki, ale jednocześnie grany cicho, prawie nieśmiało. Solówka oboju jest piękna, przejmująca i melancholijna. Pierwsze wejście Romberger także jest ciche i nieśmiałe, ale nie znaczy to, że śpiewaczka ma mały głos – po prostu umiejętnie nim dysponuje. Wejście wiolonczel przynosi ocieplenie brzmienia, a śpiewaczka także pokazuje nieco więcej swoich możliwości głosowych. Tempo nieznacznie tu zwalnia, co jest trafną decyzją. Wykonawcy świetnie oddają nastrój melancholii i osamotnienia, a duża w tym zasługa pięknej gry dętych drewnianych. Kulminacja wykonywana jest w zbyt spokojny sposób. Brak w niej napięcia, przez co znakomicie zagrany końcowy odcinek wiele traci.
Część trzecia jest lekka i wdzięczna, ale Smith śpiewa ją nieco zbyt poważnie, nie bawiąc się słowami. Błyszczy za to prowadzona z wyczuciem i ożywieniem orkiestra.
Element zabawy słowami pojawia się za to w śpiewie Romberger na początku czwartej części, co nadaje jej dowcipnego, lekkiego i zwiewnego charakteru, a o to przecież w tej muzyce chodzi! Przejście do szybkiego środkowego odcinka zrobiona jest plastycznie i z wyczuciem, a rewelacyjna jakość dźwięku pomaga rozkoszować się świetną grą orkiestry. Błyszczy zwłaszcza ostra i chropowata blacha, śpiewaczce zaś wyraźnie pomaga tu mikrofon, przez co jej głos jest zawsze nad orkiestrą. Końcowy odcinek mocno skontrastowany – powolny, kremowy i delikatny.
Znakomity jest Pijany wiosną – dynamiczny, zadziorny, buńczuczny. Zawadiacko brzmi solówka skrzypiec, a Fischer i Smith bardzo umiejętnie kreują nastrój, grają tempami i nastrojami. Z brzmienia orkiestry bardzo wyraźnie wyłaniają się efektowne glissanda harf.
Na początku Pożegnania wyraźnie słyszymy głuche uderzenia tam-tamu i niskie tony harfy. Solo oboju jest nieśmiałe, delikatne. Pierwsze wejście Romberger jest znakomite, a duża w tym zasługa wyraźnie brzmiących w tle kontrabasów (które jednak nie są tak dźwięczne jak te u Klemperera). Narracja prowadzona jest przez Fischera z wyczuciem, skupieniem i stoickim spokojem, przez co niektóre wejścia smyczków są zbyt łagodne i za mało ostre. Także śpiewaczka wykonuje swoją partię spokojnie i bez nadużywania ekspresji. Cieszy ucho bogactwo detali w scenie z ptakami, a także jędrny i mięsisty rejestr basowy. Początek marsza jest niestety rozczarowująco spokojny i pozbawiony napięcia, chociaż podobać się może przeciągnięte nieco solo wiolonczeli czy brak pośpiechu w prowadzeniu narracji. Fischer jednak bardzo umiejętnie prowadzi narrację, a zakończenie tego odcinka brzmi potężnie i masywnie. Świetna blacha, kapitalne, ostre wejście kontrabasów! Koncentracja na melancholii sprawdza się za to znakomicie w końcowym odcinku, w którym czaruje zwłaszcza brzmienie fletu i klarnetu. Wspaniałe jest eteryczne zakończenie z powoli, cichutko szeptanym przez śpiewaczkę ewig.
Ale… za mało tu konfliktów. Za dużo elementów mahlerowskiej układanki zostało uznanych za oczywiste, a do rozwiązania akcji nie dochodzi po długiej, ciernistej wędrówce. Są tu momenty naprawdę wspaniałe, rzeczy zaśpiewane i zagrane rewelacyjnie, ale też czegoś jednak brak. Za dużo tu spokoju, za dużo pewności co do pocieszenia, które przychodzi przecież dopiero na sam koniec.

Iván Fischer, Gerhild Romberger, Robert Dean Smith, Budapest Festival Orchestra, 2017, I – 7:53, II – 9:12, III – 3:10, IV – 7:09, V – 4:25, VI – 29:36 [61:24], Channel Classics

 

Trzeba też w tym miejscu wspomnieć o nagraniu, któremu poświęciłem swego czasu osobny tekst (dostępny zresztą TUTAJ). W niniejszej rejestracji Jonas Kaufmann próbował dowieść, że wykonanie całej Pieśni o ziemi przez tenora ma sens. Moim zdaniem nie ma. Orkiestrę prowadzi tu Jonathan Nott. Trudno mi nazwać jego wykonanie interpretacją. Wiedeńczycy grają jak na autopilocie.

 

 

 

Jonathan Nott, Jonas Kaufmann, Wiener Philharmoniker, 2016, I – 8:06, II – 9:57, III – 3:08, IV – 6:56, V – 4:26, VI – 28:33 [61:04], Sony

 

 

 

Na tym nie kończą się jednak możliwości jeśli chodzi o różne możliwości aranżowania Pieśni o ziemi. Sam Mahler przygotował również wersję na fortepian i to właśnie ten wariant tego dzieła nagrał Cyprien Katsaris razem z Brigitte Fassbaender i Thomasem Moserem. Ten ostatni radzi sobie w pierwszej pieśni bardzo dobrze. Nie musi walczyć z napierających ze wszelkich stron orkiestrą, jednak fortepianowa wersja Toastu wypada słabo. Jest blada i nawet artyzm Katsarisa i gęsta faktura nie są w stanie zmienić wrażenia, że bardzo brak tu barw brzmienia orkiestry. Posłuchajcie kulminacji w pierwszej części:

Początek drugiej części jest przedziwnie, z pełną premedytacją rozmyty przez Katsarisa. Fassbaender dysponuje silnym głosem, przenikliwym w wysokim rejestrze, mięsistym w niskim. Przyjemnie się tego słucha. Przede wszystkim niedobór barw nie przeszkadza tak jak w pierwszej części. Przeciwnie, Samotny jesienią zyskuje tu na intymnym i skupionym wyrazie. Posłuchajcie fragmentu:

O młodości Katsaris intrygująco wyciąga z partytury Mahlera rytmy ukryte zazwyczaj w subtelnie brzmiących smyczkach. Brzmienie nabiera przez to szczebiotliwego, koronkowego charakteru. Zakończenie jest urocze, a i wykonania Mosera miło się słucha:

Również następna część brzmi dobrze, a Katsaris świetnie odnajduje się w odnajdowaniu planów narracyjnych w szczególnie gęstym środkowym epizodzie:

Pijany wiosną nie wypada w moim odczuciu zbyt dobrze. Nie wina to ani Katsarisa ani Mosera, a samej pozbawionej barwności aranżacji. Oceńcie sami:

Początek Pożegnania jest zjawiskowy. Nie czuć tu wcale zubożenia brzmienia, a jeśli jakieś straty są – to wynagradza je artyzm Katsarisa. Zostaje tu sam szkielet idei, który pozbawiony zmysłowego uroku barwy poszczególnych instrumentów broni się w absolutnie zjawiskowy sposób:

Miałem momentami wrażenie, że głos śpiewaczki jest stanowczo zbyt silny w stosunku do swego partnera. Nie miałaby raczej problemów, aby przebić się przez orkiestrę. Jedyny mój poważniejszy zarzut tyczy się zakończenia, utrzymanego w szybkim tempie i zagranego oraz zaśpiewanego zbyt głośno. Gdzieś się tu gubi ta magiczna atmosfera budowana z pietyzmem przez poprzednie 25 minut.

Bez wątpienia interesująca, acz kontrowersyjna rzecz. Najlepiej wypada część druga, trzecia i szósta, w pozostałych trzech nadmiar wątków sprawia momentami wrażenie chaosu, a i brak tych charakterystycznych dla Mahlera barw. Czy słuchać? Czemu nie!

Cyprien Katsaris, Brigitte Fassbaender, Thomas Moser, 1989, I – 7:50, II –  10:01, III – 3:01, IV – 6:49, V – 4:33, VI – 28:24 [60:20], Teldec

W latach 1918 – 1921 kompozytorzy drugiej szkoły wiedeńskiej, a więc Arnold Schönberg, Alban Berg i Anton Webern, prowadzili Związek prywatnych wykonań muzycznych (Verein für musikalische Privataufführungen). Organizacja miała na celu promowanie muzyki współczesnej, a jako że środki finansowe, jakimi dysponowała, były dość ograniczone, wykonywano zazwyczaj aranżacje kameralne. W roku 1921 Schönberg zainteresował się możliwością stworzenia aranżacji Pieśni o ziemi. Niestety, organizacja wkrótce dokonała żywota, a aranżację dzieła Mahlera dokończył niemiecki kompozytor i dyrygent Rainer Riehn w roku 1980. Bardzo sobie cenię tę wersję. Dzieło zyskuje tu na intymnym charakterze, a osłabienie brzmienia praktycznie w ogóle nie przeszkadza. Jedynym mankamentem, który ujmuje tej wersji w stosunku do oryginału jest nieobecność harfy, którą zastępuje fortepian. Aranżacja Schönberga i Riehna zyskała sobie pewną popularność, co przełożyło się oczywiście na nagrania. Philippe Herreweghe to spec od muzyki dawnej, dlatego fakt, że również on jest odpowiedzialny za jedno z takich nagrań wzbudził moją ciekawość. Do współpracy przy nagraniu zaproszono Birgit RemmertHansa Petera Blochwitza. Ten ostatni interpretuje pierwszą część w udany i ekspresyjny sposób. Orkiestra pod batutą belgijskiego dyrygenta brzmi przejrzyście i ostro. Herreweghe prowadzi Toast impulsywnie, szybko, nie zwalniając nawet w środkowej sekcji. Bardzo mnie takie podejście zaskoczyło i zastanawiałem się nawet, czy nie jest nazbyt agresywne. Posłuchajcie fragmentu:

Przejrzyście i chłodno brzmi również Samotny jesienią. Początkowe figuracje altówek płyną wartko, ale paradoksalnie ta płynność sprawiła na mnie wrażenie wypranej z emocji. Wszystko tu jest zaprezentowane w chłodny i pozbawiony napięcia sposób. Ostrzejsze fragmenty zdały mi się nazbyt wygładzone i potraktowane obojętnie. Szkoda, bo Remmert dysponuje ładnym, ciemnym głosem, który bardzo do Mahlera pasuje:

Dla kontrastu część trzecia poprowadzona jest bardzo powoli. Herreweghe jest tu nawet bardziej powolny od Klemperera. Rezultat nie jest dobry, O młodości brzmi ospale i anemicznie. Posłuchajcie:

Remmer w czwartej części śpiewa przepięknie, ale nie mogę powiedzieć, żeby Herreweghe wykazał się wybitnym zrozumieniem dynamiki tej części. Niektóre fragmenty brzmią zaskakująco ostro i agresywnie, inne z kolei są zamazane i niewyraźne. Dziwna rzecz:

Pozytywnie zaskoczył mnie Pijany wiosną, tutaj bowiem zarówno Blochwitz, jak i Herreweghe wczuli się w swoje role i stworzyli ciekawe, zróżnicowane pod względem tempa i ekspresji kreacje:

Pożegnanie jest osobliwe i nierówne. Bardzo dobre wrażenie robi Remmert, ale Herreweghe wydaje się mieć mało zrozumienia i sympatii do muzyki Mahlera. Bardzo rzadko zdarza mi się mówić, że jakieś wykonanie jest „niestylowe”, ba, unikam w ogóle tej kategorii, ale w przypadku tej rejestracji wysuszona, zimna i pozbawiona wszelkiego ciepła i uczucia interpretacja nie daje mi innego wyjścia. Zakończenie marsza jest wręcz groteskowe:

Nie mogę tego nagrania rekomendować i na pewno nie przekona ono nikogo, że przygotowywanie takiej aranżacji miało sens. Herreweghe robi świetne rzeczy dyrygując muzyką dawną, ale do tego repertuaru najwyraźniej nie powinien sięgać.

Philippe Herreweghe, Birgit Remmert, Hans Peter Blochwitz, Ensemble Musique Oblique, 1993, I – 8:13, II – 9:35, III – 3:51, IV – 7:31, V – 4:47, VI – 28:56 [62:43], Harmonia Mundi

 

Całe szczęście jest jeszcze inne nagranie tej wersji Pieśni o ziemi, tym razem w zestawie na dwa głowy męskie. Odpowiada za nie Kenneth Slowik, który prowadzi Smithsonian Chamber Players & Santa Fe Pro Musica. Solistami są John Elwes (tenor) i Russel Braun (baryton). Jest coś absolutnie zaskakującego w sposobie, w jaki rozpoczyna się Toast o ziemskiej biesiadzie. Pomimo małego składu nie czuć tutaj, jak u Herreweghe, zubożenia, odarcia muzyki z czegoś istotnego. Dźwięk jest pełny, ciepły i nasycony, tempo – raczej powolne. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, były epickie proporcje tej części. Świetny dowód na to, że w muzyce Mahlera nie trzeba dużego składu, żeby oddać jej sedno. Wystarczą ci odpowiedni. Fascynuje dźwięk skrzypiec, altówki i wiolonczeli. Nic dziwnego, bo instrumenty użyte w tym nagraniu to pochodzące z drugiej połowy XVII wieku egzemplarze z pracowni Nicolo Amatiego, na dodatek wyposażone w jelitowe struny, co dodatkowo dodaje brzmieniu ciepła i głębi. Sposób, w jaki Slowik modyfikuje tempo i ekspresję tej części jest wzorcowy i głęboko poruszający. Instrumentalne interludium jest absolutnie przepiękne – uczuciowe, głębokie, paląco intensywne… Również Elwes stoi na wysokości zadania. Posłuchajcie tego samego fragmentu, który wcześniej umieściłem przy omawianiu interpretacji Herreweghe’a:

Absolutnie przepięknie rozpoczyna się Samotny jesienią. Już meandrujące figuracje altówki na początku wprowadzają właściwy klimat, a przepiękne solo oboju tylko go pogłębia. Braun rozumie i czuje każde słowo tej części, nic przy tym nie przesadza ani nie przerysowuje. W grze orkiestry nie ma absolutnie żadnego słabego punktu. Zachwyca drewno, zachwyca kwintet, zachwyca blacha…

W trzeciej części Slowik, podobnie jak Hereweghe, trzyma wolne tempo, ale efekt jest kompletnie odmienny. Mamy tu lekkość, elegancję, odrobinę zadumy. Przede wszystkim mamy zaś zrozumienie stylu kompozycji, wczucie się w każdy takt i w każdy element. Kiedy Elwes śpiewa, że „wszystko w pawilonie z porcelany stoi na głowie”, w orkiestrze melodię prowadzi fagot, a skrzypce akompaniują. Tylko Slowik wyciągnął tak umiejętnie ten dialog instrumentów:

Czwarta część buduje się powoli, a przepiękny i ciepły dźwięk kwintetu kapitalnie współgra z równie ciepłym i głębokim dźwiękiem głosu Brauna. W momencie, w którym powraca główny materiał tej części jest coś nieznośnie melancholijnego:

Zakończenie jest jedwabiste i kremowe:

Posłuchajcie, jak zadziornie i energicznie rozpoczyna się Pijany wiosną, zwróćcie uwagę na szybkie, ćwierkające i migotliwe glissanda skrzypiec. Coś cudownego:

O maestrii, z jaką wykonane jest Pożegnanie można napisać cały poemat. Jest tu ten szczególny rodzaj intensywnej refleksyjności, tej palącej głębi, która jest w dziełach Mahlera czymś najtrudniejszym do uzyskania, a najbardziej wartościowym, stanowiącym rdzeń tej muzyki. Jest w tej interpretacji ciepło, jest trudna do zniesienia melancholia i rezygnacja; jest wreszcie w zakończeniu poczucie, że zatrzymał się czas, że dotarliśmy do kresu długiej wędrówki, a rozpływające się w ciszy i skupieniu końcowe ewig dobiega już gdzieś z oddali, z miejsca w którym wszystko co wydarzyło się wcześniej przestaje się już liczyć. Wykonawcy wyłapali każdą, najlżejszą zmianę nastroju, każde, nawet najbardziej subtelne zawahanie tempa, każdy odcień i każdą barwę. Słuchanie tak niezwykłe wyczutej interpretacji to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Tak palące i intensywne, że nie powinno być powtarzane zbyt często. Nie umiem wybrać dla Was fragmentu tego Pożegnania. Posłuchajcie całości.
Ta Pieśń o ziemi to taka wisienka na szczycie tortu. Interpretacja tak świetnie zagrana, tak świetnie nagrana, tak wyczuta i spójna, że jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego, kto ceni tę kompozycję.

Kenneth Slowik, Russel Braun, John Elwes, Smithsonian Chamber Players & Santa Fe Pro Musica, 2003, I – 9:05, II – 11:05, III – 3:45, IV – 7:16, V – 4:36, VI – 32:14 [68:06], Dorian 

To już jest koniec – przynajmniej jeśli chodzi o rejestracje Pieśni o ziemi. Nie ukrywam, że chętnie napisałbym przewodnik po wszystkich symfoniach Mahlera. Jeśli tylko starczy czasu – to na pewno będę nadal działał w tym kierunku. O rezultatach będziecie dowiadywać się na bieżąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.