Gustav Mahler i Pieśń o ziemi – część trzecia

Świetnym, a mało znanym nagraniem jest to pod batutą Paula Kletzkiego (albo Pawła Kleckiego) z udziałem Murray’a Dickiego i, ponownie, Dietricha Fischera-Dieskaua. Ale Fischer-Dieskau, który śpiewa tutaj dla Kletzkiego to zupełnie inny Fischer-Dieskau niż ten, który śpiewał dla Bernsteina kilka lat później. W tym nagraniu śpiewak wykonuje swoją partię dużo bardziej naturalnie i spontanicznie. Głos brzmi przepięknie, nie jest przy tym tak zmanierowany jak w jego późniejszych interpretacjach. Również Dickie stoi na wysokości zadania, chociaż momentami miałem wrażenie, że barwa jego głosu jest zbyt nosowa. Kletzki prowadzi tutaj Philharmonia Orchestra, a więc zespół, z którym kilka lat później nagrał Pieśń o ziemi Otto Klemperer. Słychać, że to ta sama orkiestra, że to ci sami znakomici soliści, podobny jest balans pomiędzy grupami, podobna głębia brzmienia. Ale Kletzki daje od siebie coś jeszcze, a mianowicie mnóstwo nerwowej energii i napięcia. W moim odczuciu jego interpretacja niemal idealnie łączy w sobie głębię Klemperera z napięciem Bernsteina. Moje jedyne zarzuty dotyczące jego interpretacji dotyczą kilku miejsc w Pożegnaniu, w których tempo mogłoby być bardziej powolne, bardziej skupione. Kletzki podchodzi do tych miejsc nerwowo i niecierpliwie, ale jednocześnie zachowuje dzięki temu płynność narracji. Dźwięk jest niestety mniej przejrzysty niż w nagraniu Klemperera i to kolejny drobny mankament. Wykonawcy tworzą spójną, zróżnicowaną i intensywną narrację, a to przecież w odbiorze tego dzieła najważniejsze.

Posłuchajcie tylko gry drewna w interludium w pierwszej części:

Posłuchajcie z jaką pasją i desperacją Kletzki i Dickie wgryzają się w zakończenie Toastu o ziemskiej biesiadzie:

Świetne jest wartkie tempo narracji w drugiej części i to, w jaki sposób dyrygent wprowadza napięcie poprzez umiejętne zaakcentowanie ostrego pizzicata kontrabasów. Fischer-Dieskau jest rewelacyjny:

O młodości zachwyca lekkością i wdziękiem. Również Dickie stoi na wysokości zadania:

W czwartej części dyrygent utrzymuje konsekwentnie szybkie tempo, przez co przejście do środkowego epizodu z jeźdźcami jest naturalne i spójne. Tempo w tym odcinku jest wartkie, ale pomimo tego Fischer-Dieskau wypada zdecydowanie bardziej naturalnie niż w nagraniu z Bernsteinem. Fascynuje chropowata barwa brzmienia blachy, umiejętne wydobycie mandoliny i pauza generalna na koniec tego odcinka. Wow!:

Pijany wiosną wypada kapitalnie. Również tutaj duet Kletzki/Dickie dają popis lekkości i wirtuozerii w najlepszym tego słowa znaczeniu:

Pożegnanie jest równie fascynujące. Gra drewna jest absolutnie zjawiskowa, świetnie wydobyte są harfy, a Fischer-Dieskau wydaje się tu dużo bardziej zaangażowany i uważny na wszystko co dzieje się w utworze niż w poprzednim nagraniu. Są tu miejsca absolutnie magiczne, skupione i wyczute:

Są fragmenty poruszające siłą ekspresji. Posłuchajcie puzonów, harf i pełnego rezygnacji westchnienia klarnetów w zakończeniu marsza:

Jedynie przejście do zakończenia tej części wydało mi się zbyt niecierpliwe, zbyt gwałtowne:

Pomimo tego – nagranie polecam. Jest fascynujące. Intensywne, głębokie, przemyślane.

Paul Kletzki, Dietrich Fischer-Dieskau, Murray Dickie, Philharmonia Orchestra, 1959, I – 8:41, II – 9:23, III – 3:02, IV – 7:01, V – 4:20, VI – 28:38 [61:06], Warner

 

Istnieje także drugie nagranie pod batutą Kletzkiego, tym razem koncertowe, dużo mniej znane, zarejestrowane podczas koncertu w wiedeńskim Musikverein w listopadzie 1954 roku. Także tutaj tempa są szybkie, a otwierający dzieło Toast o ziemskiej biesiadzie pełen jest nerwowej energii. Muzyka pulsuje żywo i żarzy się ogniście pod batutą Kletzkiego, niestety śpiew Seta Svanholma nie zaciekawia aż tak bardzo. Szwedzki śpiewak, znany z wykonań Tristana i Zygfryda, jest tu momentami zbyt egzaltowany. Klecki zajmująco wydobywa solówki najważniejszych instrumentów (świetny rożek angielski!), podkreśla także w udany sposób orkiestrowe efekty specjalne w rodzaju frullata fletów. Wiener Symphoniker to nie Wiener Philharmoniker, ale orkiestra gra z zaangażowaniem i wyczuciem, chociaż brzmieniu brakuje czasem blasku. Znakomita, potoczysta i porywająca kulminacja.
Tempo w Samotnym jesienią jest szybkie, muzyka płynie wartko i dość nerwowo. Partię mezzosopranową wykonuje tu meksykańska śpiewaczka Oralia Dominguez. Śpiewaczka dysponowała niskim, mięsistym głosem, ale przeszkadzała mi w jej wykonaniu nadmierna wibracja i słaba dykcja, która sprawia że momentami ma się wrażenie, że artystka nie wie o czym śpiewa. Klecki przez cały czas utrzymuje wysoki poziom napięcia, dobrze podkreśla też elementy, o których pisałem już podczas omawiania wersji studyjnej, w rodzaju ostrego pizzicata kontrabasów. Zwracają uwagę bardzo dobre solówki dętych drewnianych: fagotu i oboju.
O młodości grane jest bardzo szybko, przez co ogniwo to traci trochę luźny, beztroski charakter, a staje się bardziej nerwowe i niespokojne. Svanholm śpiewa satysfakcjonująco, ale to interpretacja dyrygenta bardziej zwraca tu uwagę.
Podobnie rzecz się ma z następną częścią, także graną szybko i zwiewnie, przez co przejście do wstępu do rzeczywiście szybkiej części środkowej jest naturalne. Dominguez?… Jest, śpiewa, ale śpiew jej w pamięć nie zapada.
Także następna część jest bardzo szybka, jednak Kletzki potrafi zwolnić w środkowych epizodach i wydobyć liryzm z partii solowych skrzypiec. Svanholm śpiewa tę część dziwnie, nadmiernie akcentując niektóre wyrazy.
Pożegnanie jest zagrane ostro i nerwowo, co samo w sobie nie byłoby może jeszcze aż tak złe. Kletzki stara się tu cały czas utrzymać wysoki poziom napięcia, w udany sposób łączy je też z elementami lirycznymi, ale śpiew solistki nie zachwyca. Świetny jest za to początek marsza – doskonale wyczuty, z powolnym, melancholijnym solo wiolonczeli. Dalej jest jeszcze lepiej, a dyrygent po mistrzowsku stopniuje tu napięcie, aż do kulminacji, której co prawda nie brakuje intensywności, ale dobrego brzmienia orkiestry – już niestety tak. Dominguez we fragmencie bezpośrednio po marszu gubi się i myli tekst, co potwierdza, że nie była to muzyka bliska jej sercu. W zakończeniu zaś śpiewa zwyczajnie za głośno i ze zbyteczną zupełnie egzaltacją.
Jeśli interpretacja ta jest interesująca to tylko ze względu na osobę dyrygenta i na to, co on robi z muzyką. Jakość dźwięku, choć nie rewelacyjna, jest do zaakceptowania.

Paul Kletzki, Oralia Dominguez, Set Svanholm, Wiener Symphoniker, 1954, I – 8:08, II – 8:47, III – 2:57, IV – 6:14, V – 3:58, VI – 27:39 [58:57], Orfeo

 

O tym, jakie skarby kryją się w rozmaitych archiwach mieliśmy okazję przekonać się w roku 2011, kiedy światło dzienne ujrzało niezwykłe nagranie koncertowe Pieśni o ziemi pod batutą Josepha Kripsa. Nie nazwisko dyrygenta zwraca tu jednak uwagę, a soliści. Mamy tutaj bowiem zarówno Fritza Wunderlicha, jak i Dietricha Fischera-Dieskaua! Dream team? Tak, aczkolwiek nie można niestety podejść do tego nagrania bez zastrzeżeń. Dźwięk pozostawia niestety wiele do życzenia. Jest płaski, płytki i mało przestrzenny. Nie jest to na pewno kwestia sali – koncert ten odbył się bowiem w wiedeńskiej Musikverein, a akustyka jest tutaj świetna, o czym miałem okazję przekonać się na własne uszy. Wiener Symphoniker nie jest pierwszoligowym zespołem, i to niestety też daje się odczuć. Wtopy zdarzają się najlepszym, rzecz w tym jednak, że nie ma w grze orkiestry niczego, co zapadłoby w pamięć. To samo powiedzieć można o dyrygowaniu Kripsa. Nie wniósł niczego nowego do rozumienia utworu Mahlera, ale miał do dyspozycji znakomitych solistów, którym potrafił zejść z drogi i którym nie przeszkadzał. Drugą jego niewątpliwą zasługą było zadbanie o to, aby zachować u siebie kopię nagrania tego koncertu. Dzięki temu i my mamy do niej dostęp i możemy przekonać się, jak wypada w praktyce duet najznakomitszych mahlerowskich śpiewaków. Wypada znakomicie. Obaj są tu w szczytowej formie, a do wykonania swoich partii podchodzą z zaangażowaniem, spontanicznie i naturalnie. Pod względem wokalnym to jedno z najlepszych nagrań tego utworu.

Posłuchajmy pierwszego wejścia Wunderlicha w Toaście o ziemskiej biesiadzie:

Fischer-Dieskau robi piorunujące wrażenie w Samotnym jesienią, chociaż udaje mu się to bez uciekania się do afektacji i przesady:

Intrygująco przedstawia się początek czwartej części. DFD wykonuje go zaskakująco lekko i zwiewnie:

Część piąta w wykonaniu duetu Krips/Wunderlich brzmi dowcipnie:

Pożegnanie bardzo mocno kontrastuje ze wszystkimi poprzednimi częściami. Jest zagrane najwolniej, jest też najbardziej dopracowane jeśli chodzi o grę orkiestry. Dyrygent i śpiewak współpracują tu ze sobą w najzupełniejszym porozumieniu i harmonii:

To pięknie zbudowana, przejmująca opowieść, którą polecam do wysłuchania nawet audiofilom. To nie dźwięk jest tu najważniejszy.

Joseph Krips, Dietrich Fischer-Dieskau, Fritz Wunderlich, 1964, I – 7:39, II – 9:45, III – 3:08, IV – 6:58, V – 4:36, VI – 30:42 [62:48], Deutsche Grammophon

 

Mieszane uczucia wzbudza rejestracja Carla Marii Giuliniego. Berlińczycy grają dla niego o niebo lepiej niż dla Karajana, dźwięk jest również dużo lepszy, ciepły i bezpośredni, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że w sposobie, w jaki dyryguje dziełem Mahlera niewiele jest zaangażowania. Było to jednak dzieło tego kompozytora, do którego Giulini powracał najczęściej, istnieją też jeszcze dwie rejestracje koncertowe, w których pojawiają się też ci sami soliści co tutaj. Cóż, oni również nie wzbudzili mojego entuzjazmu. Zarówno meksykański tenor Francisco Araiza jak i Brigitte Fassbaender nie czują się chyba dobrze w swoich rolach. Jeśli ktoś szuka w dziele Mahlera świetnej gry orkiestry, dobrze wydobytych detali i ciepłego brzmienia – to nagranie ma szanse mu się spodobać. Mam jednak poczucie, że da się zejść głębiej w tę muzykę, podczas gdy Giulini i jego soliści ślizgają się po powierzchni. Dyrygent ma świetne wyczucie barwy, ale nie ma wyczucia dramatyzmu. Nie zapominajmy, że tam muzyka jest nie tylko piękna. Jest niewiarygodnie piękna. Musi przejmować do szpiku kości. A tu nic. Posłuchajcie kulminacji pierwszej części:

To pierwsze wejście Fassbaender w Samotnym jesienią. Jej głos jest zbyt masywny i rozwibrowany, żeby robił dobre wrażenie:

Środkowy epizod czwartej części Giulini prowadzi w umiarkowanym tempie, przez co brak mu dramatyzmu, nie kontrastuje też z pierwszym epizodem:

Nawet niektóre miejsca w Pijanym wiosną wydają mi się niedopracowane pod względem dramaturgii:

Pożegnaniu zdarzają się miejsca brzmiące naprawdę zjawiskowo, jak choćby scena z ptakami:

Ale już w kulminacji marsza wyraźnie brak energii, koncentracji i zdecydowania:

Carlo Maria Giulini, Francisco Araiza, Brigitte Fassbaender, Berliner Philharmoniker, 1984, I – 8:40, II – 9:47, III – 3:21, IV – 7:38, V – 4:25, VI – 30:21 [64:12], Deutsche Grammophon

 

 

Klaus Tennstedt pozostawił po sobie tylko jedne, studyjne nagranie tego utworu. To zdecydowanie romantyczna w wyrazie, ekspresyjna i emocjonalna interpretacja. Brzmienie London Philharmonic Orchestra jest gęste, ciemne i nasycone, co świetnie pasuje do charakteru muzyki. Najważniejsze jest jednak to, że Tennstedt potrafi nadać każdej z części osobny, zdecydowany wyraz. Podobało mi się zaangażowanie wykonawców, jakość gry orkiestry i bogactwo odcieni, które odnaleźli w tym utworze. Klaus König jest świetny w swoich pieśniach. Toast o ziemskiej biesiadzie prowadzi Tennstedt powoli, nadając pieśni melancholijnego wyrazu. Zyskuje na tym zwłaszcza środkowy epizod:

Zaskakująco szybko rozpoczyna się Samotny jesienią. Agnes Baltsa nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Barwa jej głosu pasuje do dzieła, ale nie mogłem przyzwyczaić się do niewyraźnej dykcji śpiewaczki. Dyrygent świetnie wyciąga tu ekspresyjny, błądzący akompaniament altówek:

Kapitalnie wypada trzecia pieśń. To chyba jedno z moich ulubionych nagrań tej części. Wszystko jest tu na swoim miejscu – subtelne zawahania tempa i dynamiki, dowcipny charakter i rewelacyjna, charakterna gra drewna:

Bardzo podoba mi się mroczne, nasycone, gęste brzmienie orkiestry w Pożegnaniu, ze świetnie wyciągniętymi instrumentami grającymi w niskim rejestrze. Słyszysz takie wykonanie i każdy dźwięk mówi Ci, że za tym stoi ktoś, kto dobrze wie, o co w tym utworze chodzi. I co ważniejsze – wie jak to pokazać i przekazać. Piorunujące wrażenie robią powoli rozpływające się w ciszy pomruki kontrabasów i harf, niesamowicie wyraziście szemrze tu strumyk:

Tennstedt niczego tu nie przyspiesza, narracja płynie powoli nasycając się znaczeniem, dlatego też niezwykłe wrażenie robi ożywienie w momencie pojawienia się mandoliny:

Absolutnie niesamowite wrażenie robi mocno podkreślony dźwięk tam-tamu na początku marsza:

Dyrygent genialnie buduje tu napięcie. Zakończenie jest niesamowite – powolne, eteryczne i delikatne. Również Baltsa stoi tu na wysokości zadania, a jej ciemny głos świetnie wpasowuje się w brzmienie orkiestry. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie długiej wędrówki i jedno z najciekawszych i najbardziej wartościowych nagrań tego utworu, jakie słyszałem do tej pory.

Klaus Tennstedt, Agnes Baltsa, Klaus König, London Philharmonic Orchestra, 1982/1984, I – 9:48, II – 9:59, III –  3:12, IV – 7:34, V – 4:50, VI – 31:26 [66:49], Warner

 

 

 

 

Znakomitą jak na rok 1959 jakością dźwięku wyróżnia się nagranie pod batutą Fritza Reinera. Chicago Symphony Orchestra brzmi zjawiskowo, a dźwięk jest bardzo bliski, bezpośredni i pełen detali. W pierwszej części Reiner i Richard Lewis trochę się rozbiegają pod względem interpretacji. O ile bowiem śpiewak stawia na heroizm, o tyle dyrygent prowadzi orkiestrę ostrożnie, chłodno, bez szaleństw, ukazując rozmaite detale struktury bez dokładania od siebie ani grama napięcia. Posłuchajcie w jaki sposób wydobywa detale w partii blachy w akompaniamencie:

Brak ekspresji przeszkadzał mi w odbiorze Samotnego jesienią. Głos Maureen Forrester wydawał mi się tutaj zbyt rozwibrowany. Reiner wydobywa mnóstwo detali z tła, ale to nie pomaga. Część druga brzmi tu chłodno i mało emocjonalnie. Krótki fragment:

W trzeciej części bardzo podobała mi się gra drewna. Wszystko pięknie, wszystko ładnie, ale jakoś brakowało mi poczucia humoru. Lewis jest świetny:

Przy części następnej zacząłem tracić cierpliwość. Reiner prowadzi ją początkowo w dość szybkim tempie, ale kiedy dochodzi do sekcji środkowej, zwalnia i ścisza orkiestrę. Owszem, usłyszymy każdy niuans w partii głosu, ale ani tu ekscytacji, ani zmysłowości. Posłuchajcie sami:

Pijany wiosną jest zagrany i zaśpiewany przepięknie, ale podobnie jak w przypadku trzeciej części – braku tu poczucia humoru. Tak kończy się ta część:

Pożegnanie porusza, aczkolwiek miałem poczucie, że porusza bardziej sama muzyka niż coś szczególnego, co robi tutaj Reiner i Forrester. Solówki drewna są piękne, dopieszczony i niezwykle dźwięczny jest rejestr basowy (kontrabasy!), ale czegoś tu brak. Iskry. Napięcia. Poczucia budowania spójnej narracji i tego szczególnego mahlerowskiego niepokoju. Wykonawcy z niezwykłą precyzją przestrzegają wskazówek dynamicznych Mahlera w zakończeniu, ale co z tego, skoro niewiele w tej interpretacji życia? Posłuchajmy jednego fragmentu:

Fritz Reiner, Maureen Forrester, Richard Lewis, Chicago Symphony Orchestra, 1959, I – 8:30, II – 10:04, III – 3:19, IV – 6:41, V – 4:30, VI – 29:35 [63:07], RCA

Sir Georg Solti nagrał Pieśń o ziemi dwa razy, w obu przypadkach w studio. Pierwsze nagranie zarejestrował z Chicago Symphony Orchestra. René Kollo wykonuje pierwszą pieśń brawurowo, a tak samo brawurowo brzmi orkiestra. Rewelacyjna jest zwłaszcza blacha. Grają ostro, mocno i pewnie, choć, jak to niestety często u Soltiego bywa – mechanicznie i zbyt brutalnie. Więc choć brzmienie jest oszałamiająco barwne i pod względem jakości wykonania jest to wykonanie absolutnie pierwszorzędne, to sprawia jednocześnie wrażenie przeforsowanego i mało wnikliwego. Kollo śpiewa pięknie, doskonale oddając znaczenie poszczególnych słów. Zakończenie jest tak samo krzykliwe i przeforsowane jak w nagraniu Bernsteina, ale Kollo śpiewa tu lepiej.
Po tym arcybrawurowym wykonaniu części pierwszej Samotny jesienią brzmi dość osobliwie. Dobre wrażenie robi śpiew Yvonne Minton – artystka śpiewa prosto i bez afektacji, trafnie i bezpośrednio oddając pełen rezygnacji nastrój pieśni. Niestety Solti prowadzi orkiestrę zbyt ciężko, a niektóre wejścia są niepotrzebnie ostre i brutalne.
Trzecia część brzmi dość drętwo. Kollo wykonuje ją znakomicie, ale w grze orkiestry brak lekkości i humoru.
Początek czwartej części jest udany i wykonywany przez Minton ujmująco naturalnie. Jednak potem Solti robi z szybkiego odcinka coś co brzmi jak Jazda walkirii na sterydach. Jeśli ktoś lubi jak jest bardzo głośno i bardzo szybko to mu się to wykonanie spodoba. Mnie spodobało się… nie bardzo.
Pijanego wiosną słucha się z dużym zaciekawieniem, słychać tutaj bowiem wiele detali w partii blachy, które innym dyrygentom jakoś umykają. Poza tym tutaj jakoś ta wirtuozeria i ostrość brzmienia pasuje i nie kłóci się z charakterem muzyki, tym bardziej że Solti potrafi mocno zwolnić i delektować się odcinkami bardziej lirycznymi. Kollo jest świetny, śpiewa z energią i charyzmą.
Początek Pożegnania przykuwa uwagę świetnie zarejestrowanymi dźwiękami tam-tamu i harfy. Brzmienie jest głębokie, nasycone i bardzo dźwięczne. Dźwięczne są też znakomicie zarejestrowane długo trzymane dźwięki kontrabasów. Tempo jest bardzo wolne, co sprawia, że flet i obój mają mnóstwo czasu na wygranie swoich solówek, a Minton ma czas, aby nasycić słowa znaczeniem. Wejścia blachy i smyczków nadal są mocne, ale jakoś tutaj nie przeszkadza to tak bardzo jak w poprzednich pieśniach. Przepiękne są ciepłe i ekspresyjne solówki wiolonczeli, doskonale łączące się z brzmieniem głosu Minton i z brzmieniem klarnetu basowego. Doskonałe są powolne i wyciszone odcinki, wykonywane z wielką koncentracją i spokojem. Minton śpiewa je absolutnie zjawiskowo, cicho, z wielkim wyczuciem i spokojem. Powolny początek marsza jest piorunujący dzięki świetnie zarejestrowanym, głębokim tonom tam-tamu. Solti nigdzie się tu nie spieszy, kapitalnie różnicuje brzmienie, wydobywa z partytury Mahlera zarówno momenty intymne i skupione, jak i bardziej brutalne, łączy je przy tym umiejętnie tworząc wciągającą i spójną opowieść. Zakończenie marsza jest fenomenalne, podobnie jak następujący po nim powolny odcinek wiodący do ekstatycznego zakończenie. Jest to przepięknie zrealizowane i do głębi poruszające.
Jakość dźwięku w całym nagraniu jest fenomenalna. To specyficzna interpretacja, którą ratuje świetne wykonanie ostatniej części, jedno z najlepszych jakie dane mi było słyszeć.

Sir Georg Solti, Yvonne Minton, René Kollo, Chicago Symphony Orchestra, 1972, I – 8:37, II – 9:43, III – 3:08, IV – 6:56, V – 4:22, VI – 31:51 [64:37], Decca

Swoje drugie nagranie Pieśni o ziemi Solti zrealizował po dwóch dekadach z amsterdamską Concertgebouw, czyli z zespołem, który ma ogromne doświadczenie i tradycję w wykonywaniu dzieł austriackiego kompozytora. Partie solowe wykonali tu Marjana Lipovsek i Thomas Moser. Brzmienie holenderskiej orkiestry jest znacznie bardziej miękkie niż CSO, co sprawia że pierwsza pieśń brzmi bardziej naturalnie i nie tak brutalnie jak w poprzedniej rejestracji dyrygenta. Moser także świetnie sobie tutaj radzi, śpiewa heroicznie i brawurowo, z odpowiednim ładunkiem ekspresji. Świetnie wypada gra dętych drewnianych i blachy w orkiestrowym interludium. Kulminacja zbudowana została przez wykonawców płynnie i bez egzaltacji, jest wręcz, jak na Soltiego, zaskakująco spokojna.
Także początek Samotnego jesienią jest tu bardziej naturalny, lepiej wyczuty ze strony orkiestry, choć Lipovsek ma dość mały głos. Śpiewa jednak bardzo starannie, a każde słowo jest wyraźnie wyartykułowane. Brakuje tu jednak ekspresji, a muzyka jest blada i mało sugestywna.
Moser bawi się słowami w O młodości, a Solti akompaniuje lekko i dowcipnie. Uroczy jest środkowy epizod, powolny, wyciszony i mocno kontrastujący z zasadniczym materiałem.
Kontrasty są także wyraziste w następnej części, ale nie słychać tu chemii pomiędzy Soltim a Lipovsek. Wszystko wydaje się tu poprawne i zrealizowane zostało co prawda sprawnie, ale pozbawione jest głębi.
Pijany wiosną jest wykonany lekko i dowcipnie. Moser ponownie bawi się słowami, natomiast Solti wydobywa z orkiestry dokładnie tyle efektów, ile trzeba, aby tchnąć życie w tę muzykę.
Pożegnanie rozpoczyna się ciężko, masywnie i sugestywnie, ale o dziwo Concertgebouw nie brzmi tutaj tak dźwięcznie jak CSO w poprzednio omawianym nagraniu. Solówki dętych drewnianych są świetne, a nikt się tu nie spieszy, pozwalając muzyce płynąć naturalnie i bez skrępowania. Solti nie waha się też wydobywać tutaj brzmień ostrzejszych i mniej przyjemnych, ale robi to oszczędnie, z dobrym wyczuciem efektu. Są tu odcinki kierowane powoli, z wielkim wyczuciem, tajemnicze i kapitalnie wyczute. Marsz nie jest tak ostry jak w nagraniu z CSO, przez co nie robi tak piorunującego wrażenia, ale nadal jest bardzo dobry. Śpiew Lipovsek nie pozostawia głębszego wrażenia.
To z pewnością bardziej naturalna i bardziej miękka z dwóch interpretacji zarejestrowanych pod batutą Soltiego. Jednak ważne ostatnie ogniwo nie robi tak piorunującego wrażenia jak w poprzednim nagraniu tego dyrygenta, a śpiew Lipovsek jest mało interesujący.

Sir Georg Solti, Marjana Lipovsek, Thomas Moser, Concertgebouw, 1992, I – 8:11, II – 9:43, III – 3:00, IV – 6:49, V – 4:23, VI – 30:20 [62:26], Decca

Sięgnąłem także po wcześniejsze z dwóch nagrań Garego Bertiniego, zarejestrowane podczas koncertu z Kölner Rundfunk Sinfonie Orchester w listopadzie 1991 roku. Solistą w pieśniach nieparzystych jest tu Ben Heppner. Kanadyjski śpiewak znakomicie radzi sobie w części pierwszej, śpiewa głosem mocnym, jędrnym, pewnym i ekspresyjnym. Czuć w jego wykonaniu zarówno melancholię jak i desperację. Orkiestra grająca pod batutą Bertiniego brzmi barwnie i zajmująco, a dyrygent wyczulony jest na wszelkie zmiany tempa, nastroju i ekspresji. Słucha się tego wykonania z głęboką satysfakcją, piękna jest zwłaszcza pełna pasji, monumentalna kulminacja, w której Heppner naprawdę nasycił słowa głębokimi emocjami.

Pieśni parzyste wykonuje tu ponownie Lipovsek, która wydaje się śpiewać dla Bertiniego lepiej niż dla Soltiego. Jej interpretacja Samotnego jesienią jest naturalna i pozbawiona ostentacji, a dyrygent akompaniuje znakomicie, barwnie i z wyczuciem nastroju.

Trzecia część jest pełna życia, barw i ruchu. Bertini dyryguje z wyczuciem, ale Heppner śpiewa może trochę zbyt masywnie.

O pięknie ani nie porusza ani nie zachwyca. Interpretacja Lipovsek nie jest zbyt ciekawa, a także Bertini podchodzi do tego ogniwa dość obojętnie, przez co wykonanie przepływa przez uszy bez wywarcia głębszego wrażenia. Najciekawsze jest chyba zakończenie – barwne, pełne życia i interesujące.

Pijany wiosną jest znakomity, pełen życia i energii. Heppner idealnie nadaje się na wykonawcę tej niezbyt poważnej w nastroju muzyki, a Bertini prowadzi orkiestrę z życiem, energią i wyczuciem, które sprawia, że środkowe odcinki znakomicie kontrastują z zasadniczym materiałem tej pieśni.

Pożegnanie jest interesujące od strony orkiestrowej, mało zaś ciekawe od strony śpiewu. Lipovsek jest kompetentna, ale niewiele więcej do wykonania tego dzieła nie wnosi. Skłamałbym jednak mówiąc, że słucha się tej interpretacji  z obojętnością. Wiele tu ciekawych elementów, jak choćby ciekawie, barwnie grany początek marsza. W zakończeniu Lipovsek stara się odnaleźć trochę ciekawsze barwy i nawet jej się to udaje, ale brana jako całość jakoś jej interpretacja nie powala. Skłamałbym jednak mówiąc że zakończenie nie brzmi pięknie i poruszająco.

To na pewno bardzo dobre nagranie Pieśni o ziemi. Może nie idealne (Lipovsek…), ale można tu odnaleźć wiele wartościowych i ciekawych rzeczy.

Gary Bertini, Marjana Lipovsek, Ben Heppner, Kölner Rundfunk Sinfonie Orchester, 1991, I – 8:33, II – 9:43, III – 3:03, IV – 6:39, V – 4:30, VI – 29:24 [61:52], Warner

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.