I Symfonia Witolda Lutosławskiego – część druga

 

 

 

 

 

Świetną jakość gry orkiestry znajdzie słuchacz, który sięgnie po rejestrację pod batutą Esy Pekki-Salonena. Utwór wykonuje tutaj Los Angeles Philharmonic Orchestra, czyli zespół dla którego Lutosławski napisał swoją IV Symfonię. Fiński dyrygent stworzył interpretację zaskakująco emocjonalną, momentami nawet egzaltowaną. Posłuchajcie tylko zwolnień tempa w pierwszej części. Przyznam szczerze, że taka emfaza w przypadku muzyki Lutosławskiego wydała mi się na początku co najmniej osobliwa:

 

Rewelacyjnie brzmi sekcja blachy. Prokofiewowski epizod w drugiej części wydał mi się co prawda mało charakterny, ale pięknie wypadają waltornie w tle:

 

Także w trzeciej części gra blachy jest świetna:

 

Finał traktuje Salonen niecierpliwie, z ogromną werwą, a wirtuozowska gra orkiestry pieści uszy od początku do końca. Podobnie interpretował czwartą część Gardner, ale Salonen dużo lepiej buduje kulminacje, więcej w jego dyrygowaniu wyczucia:

 

Esa Pekka-Salonen, Los Angeles Philharmonic Orchestra, 2012, I – 5:09, II – 9:26, III – 4:20, IV – 5:07 [24:03], Sony

Chronologicznie najnowsze jest nagranie pod batutą fińskiego dyrygenta Hannu Lintu. Dźwięk grającej dla niego Finnish Radio Symphony Orchestra jest miły dla ucha, przejrzysty i selektywny. Dyrygent wydobywa tu całe mnóstwo planów narracyjnych i detali, choć zaznaczyć wypada, że odbywa się to kosztem dramatyzmu. To bardzo dobre, precyzyjne odczytanie partytury, które może się jednak wydawać nieco chłodne. Jednak sama muzyka też nie jest przecież nazbyt gorąca, nie jest to więc w ostatecznym rozrachunku jakaś ogromna wada. Dzięki umiejętnemu wydobyciu detali muzyka brzmi w nieoczywisty i odmienny sposób od wersji innych dyrygentów. Posłuchajcie tylko migotliwego akompaniamentu czelesty w pierwszej części:

Również w drugiej części dźwięki tego instrumentu (a także fortepianu) towarzyszące solówce skrzypiec nadają dziełu fascynującego charakteru, sprawiają, że całość brzmi bogato, migotliwie i arabeskowo:

Trzecia część jest może odrobinę szybsza niż w innych interpretacjach, ale nabiera dzięki temu ostrzejszego, bardziej dramatycznego charakteru. Także tutaj Lintu wydobywa z partytury ciekawe rzeczy. Zwróćcie uwagę na roziskrzony akompaniament smyczków:

Czwarta część jest szybka i energiczna. Również tutaj dyrygent odnajduje wiele cieszących ucho detali. Zwróćcie uwagę na dialog fletu i harfy:

Bardzo piękna i bardzo nieoczywista wersja Symfonii, której zdecydowanie warto wysłuchać.

Hannu Lintu, Finnish Radio Symphony Orchestra, 2018, I – 4:58, II – 9:40, III – 4:36, IV – 5:32 [24:45], Ondine

W maju 1959 roku w Filharmonii Narodowej wystąpił jeden jedyny raz Leopold Stokowski, a w programie tego koncertu znalazły się: Rapsodia hiszpańska Maurice’a Ravela, I Symfonia Lutosławskiego oraz Stabat Mater Karola Szymanowskiego. Wykonanie przez Stokowskiego zaniedbanej wtedy z oczywistych względów Symfonii było dla Lutosławskiego ogromnym wyróżnieniem. Krytycy różnili się w ocenach interpretacji Stokowskiego. Wszyscy bardzo chwalili Rapsodię Ravela, ale Symfonia i Stabat Mater wzbudziły mieszane uczucia. Amerykański dyrygent uchodził za ekscentryka, uwielbiającego majstrować przy wykonywanych utworach i wprowadzać do nich swoje własne poprawki i „ulepszenia”. To oczywiście prawda, ale tylko w przypadku wykonań muzyki należącej do poprzednich epok. Większość zachowanych źródeł (w tym oczywiście nagrań) wskazuje na to, że kiedy Stokowski wykonywał muzykę współczesną, prosił kompozytorów o akceptację dla swojej interpretacji. Wystarczy sięgnąć po autobiografię Andrzeja Panufnika, w której kompozytor pisze o wykonaniu swoich utworów pod dyrekcją Amerykanina. Co jednak wydarzyło się w Warszawie? Czy Lutosławski był obecny na próbach? Czy Stokowski pytał go o zdanie w kwestii interpretacji? Tego nie wiemy. W zachowanym w Fundacji Paula Sachera liście do Stokowskiego Lutosławski pisał:

Nie zapomnę nigdy Pana koncertu, wykonania mej Symfonii, Pana wizyty u nas i wszystkich momentów kontaktów osobistych z Panem.

Fragment zacytowałem ze strony Towarzystwa im. Witolda Lutosławskiego (dostępny jest tutaj). Zachowała się jednak również diametralnie różna ocena wydarzeń z maja 1959 roku. Pianista i publicysta Roman Jasiński, wspominając koncert Stokowskiego, pisał:

Sala oklaskiwała go wówczas najgoręcej, a któryś z krytyków napisał, że Lutosławski winien czuć się prawdziwie szczęśliwy, skoro doczekał się tak bajecznego wykonania swego utworu przez tej miary wielkiego mistrza. Tymczasem Lutosławskiego potem spotkałem bladego i roztrzęsionego. Oświadczył mi, że równie podłego wykonania swej Symfonii jeszcze nigdy nie słyszał – po prostu trudno mu było chwilami uwierzyć, że to on te okropności skomponował.

Jak wobec tego było naprawdę? Musimy pamiętać, że słowa Jasińskiego nie zostały potwierdzone przez Lutosławskiego. W tamtym czasie kompozytor zajęty był też pisaniem utworów, które mało miały już wspólnego z I Symfonią. Zamiast spekulować zerknijmy lepiej na samo nagranie i przekonajmy się, czy jest o co kruszyć kopie. Z jednej strony Stokowski pedantycznie przestrzega wszelkich wskazówek dotyczących artykulacji, zmian tempa czy ekspresji. Z drugiej jednak strony jego interpretacja jest wirtuozowska i ekstrawertyczna. Amerykański Maestro podkreślił ostrą i zdecydowaną rytmikę, co dało w sumie interpretację rześką i dynamiczną. Jego tempa są od początku do końca ekspresowe. W jego interpretacji ten utwór brzmi tak, jakby napisał go Prokofiew lub Szostakowicz. Rozumiem, że takiej podejście mogło spotkać się z dezaprobatą Lutosławskiego, ale mnie jego interpretacja przekonuje. Posłuchajcie prezentacji głównego materiału w pierwszej części:

 

Tak brzmi prokofiewowski temat w drugiej części:

 

Również walczyk w trzeciej części potraktowany jest rześko i bez sentymentów:

 

Zakończenie czwartej części jest ostre i zdecydowane:

 

Tak przedstawia się jedyne zachowane nagranie muzyki Lutosławskiego pod dyrekcją Stokowskiego. Ciekawa sprawa. Jeśli ciekawi Was zagadnienie muzyki polskiej w repertuarze tego dyrygenta – zerknijcie do tekstu tutaj. W porównaniu z interpretacją Stokowskiego każde inne nagranie wydaje się powolne i mało energiczne.

Leopold Stokowski, Orkiestra Filharmonii Narodowej, 1959, I – 4:16, II – 9:10, III – 3:55, IV – 5:11 [22:32], Preludio Records

Najłatwiej jednak zrozumieć obiekcje kompozytora dotyczące interpretacji Stokowskiego porównując ją z nagraniem pod batutą samego Witolda Lutosławskiego. Jego nagranie z NOSPRem wydało mi się paradoksalnie odbarwione, lakoniczne i pozbawione jakiejkolwiek ostentacji. Lutosławski podchodzi do swojej partytury w intelektualny i bardzo uporządkowany sposób. Nawet momenty największego skumulowania emocji są tu poprowadzone w jasny i klarowny sposób. Nie jest to wersja, która urzeknie oszałamiającą barwnością, energią czy rozmachem, ale w sposobie prowadzenia narracji przez samego kompozytora jest coś bardzo naturalnego. Wszystko tu dzieje się po coś, z czegoś wynika i do czegoś prowadzi. Humor jest tu dyskretny, mniej oczywisty niż w innych wersjach. Gra NOSPRu jest świetna, jakość dźwięku również nie pozostawia nic do życzenia. Posłuchajmy zakończenia pierwszej części:

 

Groteskowy epizod w drugiej części jest bardzo klarowny. Lutosławski świetnie wydobył ze swojej partytury sekcję blachy:

 

Walczyk w trzeciej części. Posłuchajcie wejść altówek w akompaniamencie:

 

Kulminacje w finale zbudowane są czytelnie i wyraziście. Wow!

 

Witold Lutosławski, NOSPR, 1976, I – 4:55, II – 9:33, III – 4:45, IV – 5:30 [24:43], Warner

Nagrań I Symfonii Lutosławskiego nie ma zbyt wiele, nie ma też wśród nich rejestracji ewidentnie złych. Większość z nich jest wierna zapisowi partytury, zaś jedyna bardziej osobista interpretacja, ta Stokowskiego, była jednocześnie pierwszym nagraniem tego dzieła. Ale też i sam dyrygent, dużo starszy przecież od kompozytora (Stokowski urodził się w 1882 roku, a Lutosławski w 1913 roku), słynął z wybujałego indywidualizmu, który wpłynął też na sposób, w jaki wykonał to dzieło. Wszyscy pozostali dyrygenci rejestrujący Symfonię dużo bardziej liczyli się ze stylem muzyki, a wzorcem z Sèvres pozostaje wciąż interpretacja pod batutą samego kompozytora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.