Krystian Zimerman i koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina

Zbliżająca się wielkimi krokami inauguracja kolejnej edycji Konkursu Chopinowskiego to świetna okazja do bliższego przyjrzenia się nagraniom koncertów tego kompozytora. Zainteresowały mnie ostatnio te, które wyszły spod palców jednego z najwybitniejszych pianistów naszych czasów, a mianowicie Krystiana Zimermana, laureata konkursu w 1975 roku. Jeśli chodzi o koncerty Chopina to dyskografia tego pianisty wydaje się dość mała i w zasadzie oczywista: dwa oficjalne nagrania obu koncertów, zrealizowane dla Deutsche Grammophon i cześć. Okazuje się jednak, że interpretacji Zimermana jest więcej, a każda z nich pokazuje tego wyjątkowego artystę od innej strony. Proponuję więc tym razem przewodnik po nagraniach obu koncertów Chopina, ale na warsztat wezmę tym razem tylko interpretacje Zimermana.

Pierwsza z nich zarejestrowana została live w 1975 roku w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Mamy tu Koncert e-moll, który Zimerman grał podczas konkursu. Jest to  nagranie na tyle dobre i zaskakujące, że warto się nad nim pochylić i wysłuchać go więcej niż raz. Pianiście partneruje Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia i Telewizji (czyli obecny NOSPR), którą pokierował Jerzy Maksymiuk. Powiedzieć że młody Zimerman gra bosko to nic nie powiedzieć. Jego wykonanie jest pełne entuzjazmu, wdzięku, polotu i jednocześnie wielkiego wyczucia. Słychać że gra to młody artysta, który doskonale się w tej muzyce czuje, jednocześnie doskonale panując nad techniką. Wiele tu fragmentów zagranych absolutnie zjawiskowo, świeżo, filigranowo i arcydelikatnie. Zimerman ma rewelacyjne, perliste piana, co słychać zwłaszcza w dwóch pierwszych częściach koncertu. Finałowy krakowiak też jest doskonały – skoczny, żartobliwy, lekki i bardzo rytmiczny. Balans pomiędzy solistą a orkiestrą jest świetny. Posłuchajcie jak przepięknie i z wyczuciem Zimerman wykonuje Chopinowskie rubato w pierwszej części:

Oto wspomniane przed chwilą cudownie dźwięczne piana w Romanzy:

A to grany z humorem, energią i lekkością krakowiak:

Wcale nie dziwi mnie reakcja publiczności, która zerwała się do braw jeszcze przed wybrzmieniem muzyki:

To musiał być fenomenalny koncert! Jaka szkoda że interpretacja ta nie ukazała się na płytach CD (a przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo). Jest kapitalna i zdecydowanie zasługuje na remastering i ponowne wydanie!

Kolejne nagranie, już dla Deutsche Grammophon, pianista zrealizował studyjnie z Los Angeles Philharmonic Orchestra i Carlo Marią Giulinim w 1978 i 1979 roku, a więc już kilka lat po konkursie. Interpretacja Koncertu e-moll jest tutaj znacznie bardziej odprężona, mniej dramatyczna, mniej napięta, na co zapewne wpływ miały także warunki studyjne. Zimerman daje też sobie więcej czasu na dopracowanie detali, gra lekko i filigranowo, co zdaje się stanowić wspólny mianownik z jego wcześniejszym nagraniem. Akompaniament pod batutą Giuliniego jest miękki i atłasowo delikatny. Liryzm tej interpretacji jest urzekający, jednak narracja jest mocno zróżnicowana i w odpowiednich miejscach dużo jest entuzjazmu i werwy. Oczywiście w odbiorze dużo zmienia też sama jakość dźwięku – znacznie lepsza niż w przypadku ostro brzmiącej rejestracji live. Jeśli miałbym uczynić tej interpretacji jakikolwiek zarzut to może chciałbym, aby finałowy krakowiak był przez Giuliniego bardziej rozkołysany i momentami ostrzejszy, nie tak pastelowy. Posłuchajmy tych samych fragmentów co w nagraniu z 1975 roku. Oto fragment pierwszej części:

To Romanza, grana odrobinę wolniej:

I fragment trzeciej części, także grany wolniej, przez co więcej w nim luzu:

Oczywiście wszystko co napisałem na temat wykonania pierwszego z koncertów tyczy się też interpretacji drugiego. Także f-moll jest tutaj liryczny, miękki, wyczuty absolutnie po mistrzowsku. Oto zdecydowane wejście solisty w pierwszej części:

Druga część jest absolutnie przepiękna, poetycka, koronkowa, absolutnie czarująca i ekspresyjna. Chopin chciał, aby ogniwo to wykonywać molto con delicatezza i to jest dokładnie to, co słuchający tutaj otrzymuje:

Finałowe rondo jest, podobnie jak trzecia część Koncertu e-moll, nieco za miękkie jeśli chodzi o grę orkiestry. Zimermanowi jednak zarzutu żadnego uczynić nie można, gra bowiem tego kujawiaka zjawiskowo:

Lektura obowiązkowa!

Kolejne nagranie, o którym trzeba napisać to mało znane (choć wydane przez DG!) nagranie koncertowe zarejestrowane w marcu 1979 roku w amsterdamskiej Concertgebouw z udziałem tamtejszej orkiestry grającej pod batutą Kiryłła Kondraszyna. Orkiestrowa introdukcja do pierwszej części nie jest zbyt interesująca – brzmi ciężko, potężnie i mało selektywnie, co nijak ma się do stylu tej muzyki. Jednak realizacja partii solowej przez pianistę jest dokładnie tak dobra jak można by się tego po nim spodziewać. Perlista, muskularna, pełna energii i wyczucia, a także elegancji. Jest przy tym bardziej spontaniczna niż w przypadku studyjnego nagrania z Giulinim. Niestety – jakość dźwięku nie jest powalająca i audiofila z pewnością nie zadowoli. Tak brzmi fragment pierwszej części prezentowany już w przypadku poprzednich nagrań. Grany jest tutaj przez artystę duże szybciej:

W części drugiej znajdują się miejsca zagrane ciszej i z większym namaszczeniem niż w innych nagraniach Zimermana, intrygująca jest także gra barwą:

Kondraszyn dyryguje trzecią częścią dość wolno i ciężko, jednak Zimerman doskonale wie, jak tchnąć w tę muzykę życie i urozmaicić narrację:

Bardzo ciekawe, aczkolwiek, jak się domyślam, jednak dość nieoficjalne uzupełnienie dyskografii wybitnego pianisty!

Jeszcze bardziej nieoficjalne (bo nie wydana do tej pory na płytach) nagranie pochodzi z Lucerny z 1980 roku. Zimermanowi partnerował tym razem Herbert von Karajan dyrygujący orkiestrą Berliner Philharmoniker. Rzeczą, która niejednego pewnie zdziwi jest to, jak wiele barw Karajan wydobywa z orkiestry, chociaż był to pierwszy raz kiedy dyrygował którymkolwiek z dzieł Chopina. Wejście Zimermana jest tym razem dziwnie suche, a suchość ta łączy się też z pewną nonszalancją:

Jest to interpretacja dość wystudiowana i nie tak spontaniczna, jak można by się spodziewać po nagraniu live. Część druga wydaje się sucha i grana bez serca:

Także finałowy kujawiak nie zachwyca, grany jest bez entuzjazmu:

Jest to więc raczej ciekawostka przyrodnicza niż nagranie, które można zarekomendować bez oporów. Jakość dźwięku jest całkiem dobra.

Ostatnią pozycją dyskografii Zimermana jest dwupłytowy album, w którym on sam wcielił się w podwójną rolę pianisty i dyrygenta, kierując utworzoną przez siebie Polish Festival Orchestra. W albumie tym artysta najpełniej chyba zrealizował swoje pragnienie całkowitej kontroli nad przebiegiem muzyki.
Czy to dobrze, czy to źle?
Zimerman prowadzi orkiestrowy wstęp do Koncertu e-moll starannie, dba o dramatyzm i wyrazistość muzyki, która pod jego dyrekcją pełna jest retorycznych gestów. Kontrasty tempa i dynamiki są wyraziste, a uwagę zwracają także portamenta w smyczkach. Pierwsze wejście fortepianu jest ostre, zdecydowane, potężne. Zimerman nie waha się wprowadzać wyrazistych kontrastów tempa – mocno zwalnia, aby zaakcentować liryzm pewnych odcinków. Sposób prowadzenia narracji jest tu bardzo swoisty – tyleż pewny co idiosynkratyczny, a osoby niechętne pianiście posunąć się mogą do stwierdzenia, że są to kreacje zmanierowane. Mnie jednak interpretacje te zaciekawiły – są bardzo niestandardowe, chociaż do ich specyficzności trzeba przywyknąć. Wstawki orkiestry prowadzone są z wielką energią, a z takim samym zaskakującym animuszem Zimerman traktuje też partię solową.

 

Część druga grana jest z pietyzmem i wyczuciem, koronkowo i delikatnie. Pianista daje tu muzyce mnóstwo czasu na wybrzmienie, zwraca baczną uwagę na barwę:

Finałowy krakowiak prowadzony i grany jest ostro, rytmicznie, także tutaj wiele jest miejsc ciekawych pod względem barwy i zmian nastroju. Nie brak tu także wielkiej energii:

 

Rozpoczęcie Koncertu f-moll jest zaskakująco drapieżne i dramatyczne, ale jednocześnie przejrzyste i barwne. Także tutaj wejście Zimermana jest pewne i buńczuczne, chociaż po chwili pianista mocno zwalnia i pozwala sobie delektować się muzyką.

Później jego gra staje się zaskakująco eteryczna i perlista, co bardzo pasuje do charakteru tego dzieła. Jeszcze bardziej ewidentne staje się to w czarownej drugiej części, która pod palcami Zimermana jest naprawdę zjawiskowa:

Początek kujawiaka grany jest z dziwnymi zmianami dynamiki, balans pomiędzy grupami instrumentów także jest dość egzotyczny – w nie najlepszym tego słowa znaczeniu.

To szalenie specyficzne interpretacje. Momentami doskonale wyczute, chwilę później ostre i niepotrzebnie drastyczne.

Gdybym miał wskazać najciekawsze moim zdaniem nagrania koncertów Chopina w dorobku Zimermana, to wskazałbym bez wątpienia trzy rejestracje. Pierwszą z nich byłoby świeże i pełne polotu nagranie live z Jerzym Maksymiukiem z 1975 roku. Drugą i trzecią będzie zaś album studyjny z Giulinim. Zjawiskowa gra Zimermana wynagradza w nim niedostatki związane z niezbyt stanowczą grą orkiestry. Nagrania live z Kondraszynem i Karajanem mają swoje plusy, ale trudno byłoby uznać je za wzorcowe realizacje, które można polecić każdemu bez zastrzeżeń. Wersje studyjne zrealizowane z Polską Orkiestrą Festiwalową są dziwnie agresywne i zrealizowane tyleż stanowczo i autorytarnie, co momentami niepotrzebnie agresywne, a gra orkiestry bywa w nich niestaranna pod względem intonacji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.