Zimerman gra Szymanowskiego

Bardzo długo zwlekałem z wzięciem tej płyty na warsztat. Było o niej wręcz zbyt głośno, a ja jednak zdecydowanie wolę poruszać się po mniej utartych szlakach. Ostatecznie jednak krążek trafił w końcu w moje ręce, co stało się to w zasadzie przypadkiem. A że okazja czyni złodzieja… Album Krystiana Zimermana powstawał przez długi czas. Maski pianista nagrał już w 1994 roku w Kopenhadze (przez cały ten czas nagranie znajdowało się w archiwum DG), resztę zaś w Fukuyamie w 2022 roku. Rejestracje te nie są prezentowane na albumie chronologicznie.

Kontakt z czterema młodopolskimi preludiami daje wrażenia dość mieszane i osobliwe. Pianistę często określa się mianem chłodnego perfekcjonisty i w kontekście tych miniatur jest to stwierdzenie trafne. Jest tu piękno dźwięku, jest niespieszna kontemplacja poszczególnych warstw tych kompozycji, ale podejście Zimermana sprawia, że preludia rozchodzą się i rozmywają. Nie ma tu ekstazy i egzaltacji, która jest esencją stylu wczesnego Szymanowskiego. Nie ma tu przeżycia samego w sobie, jest za to wiwisekcja ekstazy. Co to znaczy? Choćby to, że punkty kulminacyjne nie są zbyt mocno zaznaczone. Nie miałem tu poczucia, że pianista rozładowuje zgromadzone napięcie, bo samego napięcia nie ma tu zbyt wiele. Odnosząc się do tytułu filmu Zanussiego – możemy przyjrzeć się, jaka jest struktura kryształu. Ciekawie wypada porównanie nowych nagrań Zimermana z interpretacjami Radosława Sobczaka i Marka Szlezera (pisałem o nich TUTAJTUTAJ). Sobczak gra jasno, dźwiękiem lekkim, mało akcentując przy tym rejestr basowy, jego nagranie wydało mi się też najbardziej płaskie (ale może to kwestia nagrania?). Szlezer ma brzmienie dużo bogatsze, mocniej podkreśla rejestr basowy i plastyczniej buduje kulminacje. Jakość dźwięku w jego nagraniu jest lepsza niż w tym Sobczaka, co jest ciekawe, bo płyty obu artystów wydał DUX. Szlezer swój album nagrał w Europejskim Centrum Matecznik „Mazowsze” w Otrębusach, a Sobczak część swojej płyty zrealizował też tam, a część w akademii muzycznej w Katowicach (niestety nie napisano co gdzie nagrał). Grę Zimermana wyróżnia szlachetność i mnogość planów narracyjnych, a także wyczulenie na barwę, co najbardziej daje się odczuć w zakończeniach, w których artysta daje dźwiękom najwięcej czasu na wybrzmienie. Natomiast kulminacje i oznaczenia ekspresyjne, od których aż roją się te miniatury, nie za bardzo go interesują. Jeśli chodzi o tempa to w preludiach nr 1, 2 i 8 Zimerman gra najwolniej (a w preludium nr 2 znacznie wolniej), a w nr 7 najszybciej (choć nie jakoś zdecydowanie szybciej niż dwaj pozostali panowie).

Maski Zimerman wykonuje zupełnie inaczej niż preludia. Podkreśla radykalizm muzyki, gra jasnym dźwiękiem, wykonuje ją ostro, momentami prawie brutalnie, co rzuca się w uszy zwłaszcza w drugim ogniwie – Błaźnie Tantrisie, w którym frapuje wyrazista artykulacja staccato. Szeherezada mało jest zmysłowa, brzmi konkretnie i zarysowana jest w wyrazisty sposób. Bardzo ciekawie wypada porównanie interpretacji Zimermana i Anderszewskiego. O ile ten drugi jest bardziej zamglony, pastelowy i okrągły, o tyle Zimerman podkreśla ostrość tej muzyki, jej wyrazistość i szpiczastość. Nie bawi się w subtelności, półcienie i mgliste kontury – uderza mocno po uszach. To tak jakby oglądać ten sam krajobraz rysowany pastelami i ostro zatemperowanym ołówkiem.

Cztery późne, inspirowane folklorem podhalańskim Mazurki z op. 50 wypadają znakomicie. Zimerman podkreśla w nich wyrazistą rytmikę, a także rejestr basowy, co daje rezultaty sugestywne. Na plus liczę też bogactwo, barwność i szlachetną aksamitność brzmienia. Jednak jest to folklor wyidealizowany, słyszany uszami kogoś, kto bardzo się stara, aby ta muzyka była jak najbardziej wytworna, aby swą żywiołowością nikogo nie uraziła. Ale jakoś mi to pasuje to Szymanowskiego i dlatego nie przeszkadza w odbiorze interpretacji Zimermana.

Album wieńczą wczesne Wariacje na polski temat ludowy op. 10. To zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów albumu. Zimerman gra to dzieło z blaskiem i wyczuciem piękna dźwięku, z polotem i wirtuozerią. Ujmuje delikatność ekspresji i czułość w wariacji szóstej, figlarność i chochlikowatość w siódmej. W pamięć zapada także ósma, w której Szymanowski stylizuje bicie żałobnych dzwonów. Pianista gra to ogniwo powoli, dźwiękiem trochę przytłumionym, stwarzając tym samym udany efekt przestrzeni i oddalenia. Finał, niestety trochę skrócony, jest efektowny i pełen blasku, a Zimerman pozwala sobie na długie przytrzymanie ostatniego dźwięku. Jego interpretacja prezentuje się bardziej sugestywnie niż interpretacja Szlezera, której brak barwności wizji Zimermana.

Jest to więc Szymanowski dość specyficzny, który może się podobać, ale może też drażnić. Fani Zimermana już od dawna tę płytę mają, a wahających się zachęcam do zapoznania się z nią. Nawet jeśli pomysły pianisty nie każdemu przypadną do gustu, to nudzić się raczej nie będzie, a czy słuchać będzie z rozdrażnieniem czy z zachwytem – to już inna sprawa. Dla mnie najmocniejszymi elementami albumu są MaskiWariacje na polski temat ludowy. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że sława Zimermana jest jednak przesadzona, a on sam jest już artystą przebrzmiałym. Jego popularność stymulowana jest przez rzadkość jego występów oraz przez fakt, że notorycznie je odwołuje, co z kolei podkręca atmosferę i sprawia, że zawsze gęsta jest od domysłów i dociekań. Wystąpi czy nie wystąpi? A może odwoła się w ostatniej chwili pod byle pretekstem? A może znowu się na kogoś obrazi i odmówi występów w jakimś konkretnym kraju? Dlatego też mam wrażenie, że częściej czeka się „na Zimermana” niby na jakieś egzotyczne zjawisko (którego przecież w Polsce doświadczyć nie można), a nie na idącą za tym nazwiskiem jakość artystyczną.

Jest też w Zimermanie coś, czego nie jestem w stanie kupić i zaakceptować (tak jak nie kupuję dykteryjek Maksymiuka). Brak mi w jego muzykowaniu bezpośredniości i ciepła. Jego gra kojarzy mi się z chłodnym i wyniosłym epatowaniem własną wielkością i wyższością. Może jestem uprzedzony? Cóż, ostatnim razem, jadąc na koncert tego artysty do Wiednia, spędziłem 6 godzin w pociągu żeby w ogóle zdążyć. Ledwo mi się udało. Potem czekałem przez bitą godzinę przy wyjściu dla artystów, a kiedy Maestro w końcu się ukazał to odmówił podpisania okładki, którą miałem akurat przyszykowaną, wyjaśniając: „proszę pana, dzisiaj nie podpisuję”. Cóż, niniejszym oświadczam, że czuję się całkowicie wyleczony z fascynacji tym człowiekiem. I jeśli przekłada się to także na ocenę jego interpretacji to… ma prawo.

 

Karol Szymanowski

Preludia op. 1 – nr 1, 2, 7 & 8
Maski op. 34
Mazurki op. 50 – nr 13, 14, 15 & 16
Wariacje na polski temat ludowy op. 10

Krystian Zimerman – fortepian

Deutsche Grammophon

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.