Czwartkowy wieczór w Wiener Konzerthaus należał do jednego tylko artysty. Był nim Arcadi Volodos, o którym dużo, a nawet bardzo dużo słyszałem, ale którego na żywo nie słyszałem do tej pory nigdy. Nie jest to też artysta, którego płyty zalewają rynek – nagrywa bowiem dość rzadko. Przyszedł na świat w 1972 roku w Petersburgu, a początkowo, co ciekawe, kształcił się nie w grze na fortepianie, ale w śpiewie. Wiedeński recital podzielony został pomiędzy dwóch kompozytorów.
Rozpoczął od rozbudowanej, późnej, lirycznej Sonaty G-dur D 894 Franza Schuberta. Grał przy przygaszonych światłach (jak Sokolov), co od razu wytworzyło specyficzny, pełen skupienia nastrój. Szybko też okazało się, że jest to artysta, który czaruje publiczność, którego gra jest tak sugestywna, że wymusza absolutną ciszę i skupienie. Jest to pianista w stylu innych gigantów szkoły rosyjskiej – Richtera czy Gilelsa – a jego gra jest w pewnych aspektach bardzo do nich zbliżona. Przede wszystkim jest bardzo mięsista i jędrna, nawet w subtelnym piano. Inna kwestia to quasi-symfoniczna wręcz barwność i zrównoważenie pomiędzy rejestrami. Wszystko jest u niego wyraziste – dźwięczne, głębokie basy, średnica czy dźwięczne, perliste soprany. Jest to też pianista, który wie, jak śpiewać (co akurat nie może dziwić, biorąc pod uwagę, że sam śpiewał) na swoim instrumencie. Kantylena płynęła szeroko, była pełna rozmachu. Jeszcze jedna kwestia – zróżnicowanie dynamiki. Ale szła za nim subtelność i wyczucie – forte nigdy nie było przeforsowane, piana dźwięczne i jędrne. Było to po prostu niezwykle piękne i niezwykle wciągające, immersyjne wręcz doświadczenie. Volodos dotykał klawiatury i wprowadzał stan wyjątkowy. Nie epatował wirtuozerią (choć od razu było jasne, że to mistrz!), ale ukazywał piękno i głębię dzieła.
Na drugą część złożyły się wyłącznie kompozycje Fryderyka Chopina. Najpierw trzy mazurki – h-moll op. 33 nr 4, e-moll op. 41 nr 2 i f-moll op. 63 nr 2. Wypadły trochę ciężko i masywnie, ale nie były to w żadnym wypadku złe wykonania – pianista umiejętnie kształtował dynamikę i pozwalał sobie na delikatne zawahania barwy i dynamiki, które robiły świetną robotę i wynagradzały niedostatki. Następnie zabrzmiało barwne i koronkowo potraktowane Preludium cis-moll op. 45.
Szczególnie ciekaw byłem jednak, jak wykona Sonatę b-moll op. 35. Słyszałem ją już trzykrotnie w tym sezonie. Poprawnie, ale mało porywająco zagrał ją w Katowicach William Yang. Ciekawie, drapieżnie i chropowato zinterpretował ją Ivo Pogorelich we Wrocławiu, zaś Kate Liu podczas warszawskiego recitalu poszła w stronę rozciągania temp, co może i było ciekawym zamierzeniem, ale w sumie nie ostało się w mojej pamięci. Muszę powiedzieć, że Volodos bardzo mocno mnie zaskoczył. Rozpoczął powoli, masywnie, mało drapieżnie, bardzo ciężko, z mozołem. U Chopina jest wszak wpisane w partyturze Grave – artysta wyciągnął z tego konsekwencje. Później zresztą umiejętnie i płynnie przeszedł do Agitato. Jego sposób kształtowania narracji i wydobywania barw był bardzo zaskakujący i bardzo sugestywny. Przeszedł do Scherza attacca, a było ono, podobnie jak część pierwsza, utrzymane w umiarkowanym tempie. Ale znowu – ile w tej grze niuansów, ile subtelnego cieniowania! Było to fascynujące. Marsz żałobny bardzo powolny, z przejmującymi, wyrazistymi kulminacjami. Powrót głównego tematu z mocno podkreślonym basem imitującym bicie dzwonu – fascynujący efekt! I potem powolne zamieranie muzyki, z którego niepostrzeżenie wyłania się rozwichrzony finał, grany szybko, celowo zamazany, z potężnymi, pieczętującymi całość akordami na koniec. Było to do głębi przejmujące. Domyślałem się co prawda, że to będzie dobry koncert, ale nie spodziewałem się, że osłuchana już na wszelkie możliwe sposoby Sonata b-moll aż tak mną emocjonalnie pozamiata.
Na bis zabrzmiały cztery utwory – subtelne Intermezzo op. 117 nr 1 Brahmsa, pełen humoru Moment muzyczny f-moll Schuberta, arcypopisowa parafraza Tańca cygańskiego z Carmen Bizeta, opracowana przez Horowitza, i last but not least, Sicilienne z Koncertu d-moll BWV 596 Bacha.
Magiczny koncert! A Volodosa bez najmniejszego wahania zaliczam do grona najlepszych pianistów, jakich kiedykolwiek słyszałem.
foto. Marco Borggreve/Sony Classical
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
