Nézet-Séguin dyryguje Rachmaninowem

Philadelphia Orchestra to zespół, który ma bardzo długie tradycje jeśli chodzi o wykonania dzieł Siergieja Rachmaninowa. Tradycję zapoczątkował w 1913 roku ówczesny szef zespołu, Leopold Stokowski, wykonując z nim poemat symfoniczny Wyspa umarłych. Później już poszło – dyrygent poprowadził pierwsze amerykańskie wykonanie Dzwonów i prawykonanie dedykowanych mu Trzech pieśni rosyjskich, a także III Symfonii, IV Koncertu fortepianowego i Rapsodii na temat Paganiniego, a partie solowe w dwóch ostatnich utworach wykonał sam kompozytor. Także następcy Stokowskiego, Eugenowi Ormandy’emu, kompozytor zadedykował i powierzył wykonanie ważnego utworu – Tańców symfonicznych. Rachmaninow uwielbiał tę orkiestrę, uważał ją za najlepszą jaką kiedykolwiek słyszał. Nagrał z nią jako pianista komplet swoich utworów na fortepian i orkiestrę (II Koncert i Rapsodię ze Stokowskim, I, III i IV Koncert z Ormandym), z nią też dokonał swoich jedynych nagrań jako dyrygent (Wyspa umarłych, Wokaliza i III Symfonia). Nic więc dziwnego że każdy nowy album, w którym Filadelfijczycy biorą na warsztat dzieła rosyjskiego kompozytora budzi zrozumiałe zainteresowanie. Obecny szef tego zespołu, Yannick Nézet-Séguin, zarejestrował już z Daniilem Trifonovem komplet dzieł Rachmaninowa na fortepian i orkiestrę, teraz zaś przyszła kolej na utwory orkiestrowe. Zestawienie jest zresztą intrygujące, dyrygent wybrał tu bowiem z jednej strony bardzo wczesną I Symfonię, a z drugiej zaś późne Tańce symfoniczne, ostatnie dzieło ukończona przez Rachmaninowa.

Prawykonanie I Symfonii d-moll było klęską dla rozpoczynającego karierę kompozytorską Rachmaninowa. Dzieło poprowadził nie do końca podobno trzeźwy Aleksandr Głazunow, a orkiestra nie była dobrze przygotowana. Kompozytor załamał się, a z depresji wyciągnął go dopiero znany hipnotyzer. Twórca miał do swojej Pierwszej ambiwalentny stosunek, a kiedy emigrował z Rosji w 1917 roku, zdecydował się na zostawienie jej rękopisu w kraju. Manuskrypt zaginął w tajemniczych okolicznościach i dzieło to do końca życia kompozytora uważane było za zaginione. Dopiero w 1944 roku w bibliotece w Leningradzie odnaleziono komplet głosów, a drugie wykonanie miało miejsce w Moskwie pod dyrekcją Aleksandra Gauka. Trzecim dyrygentem, który sięgnął po Pierwszą Rachmaninowa, był Eugene Ormandy, który poprowadził Filadelfijczyków podczas amerykańskiej premiery w 1948 roku.
Najnowsze wykonanie pod batutą Nézet-Séguina jest dramatyczne, potężne i doskonale podkreśla walory tej wczesnej kompozycji rosyjskiego twórcy, pisanej w czasie kiedy zapatrzony był jeszcze w twórczość Borodina i Czajkowskiego. Mamy tu już to, co tak bardzo podoba się w jego muzyce – śpiewne, rozlewne melodie, patos i dramatyzm, a nawet użyty jako motto cytat ze średniowiecznej sekwencji Dies irae. Dźwięk smyczków jest ciemny, gęsty, pewny i wyrazisty, co doskonale tutaj pasuje i co pomaga uwypuklić melancholijną stronę tego pięknego dzieła. Ataki orkiestry są mocne, pewne (kapitalne staccato smyczków w finale!), a akustyka przestrzenna, dzięki czemu dźwięk ma mnóstwo czasu aby wybrzmieć. Oprócz dźwiękowego splendoru frapuje także emocjonalność wykonania Nézet-Séguina, który czuje się w tej muzyce jak ryba w wodzie. W czwartej części Symfonii rozszalałe pandemonium zatrzymuje potężne uderzenie tam-tamu. Po nim słyszymy tylko powtarzany przez smyczki raz za razem cytat z Dies irae, który potężnieje coraz bardziej, aż do przeszywającej kulminacji z uderzeniami tam-tamu i dwoma silnymi, fatalistycznymi akordami, które wieńczą całe dzieło. Świetne, bardzo emocjonujące wykonanie, przy słuchaniu którego non stop czuje się ciarki na plecach.

Tańce symfoniczne są kompletnie odmienne od I Symfonii, aczkolwiek odnaleźć tu można cytaty z tej kompozycji. Dzieje się tak w solo saksofonu na początku pierwszej części. Pokazuje to, że twórca wciąż pamiętał o swojej młodzieńczej kompozycji, która nadal była dla niego ważna. Różnice pomiędzy tymi dziełami dotyczą nie tyle typowo rosyjskiej rozlewności, co orkiestracji, która jest tu dość rozrzutna. Mamy tu, jedyny raz u Rachmaninowa, wspomniany już saksofon, ale też mnóstwo idiofonów: ksylofon, tamburyn, trójkąt, werbel, talerze, tam-tam, dzwony i dzwonki oraz bęben basowy. Jest też, co u tego kompozytora było normą, cytat z Dies irae. Pod batutą Nézet-Séguina tańce są dość lekkie i przejrzyste, nie ma tu tego ciężaru i fatalizmu, który wyziera z innych interpretacji, zwłaszcza tych nagrywanych pod batutą dyrygentów rosyjskich. Nic im to jednak nie odbiera, tym bardziej że Kanadyjczyk kładzie silny nacisk na wyraźną, rozkołysaną rytmikę, co urzeka zwłaszcza w drugim z tańców, który nabiera bardzo wyrazistego i nomen omen, tanecznego charakteru. Całkiem słusznie silny nacisk został tu położony na śpiewność melodii, jednak kiedy trzeba ataki orkiestry są ostre i wyraziste, a artykulacja znakomita – bardzo dopracowana i wyrazista. Pewne kontrowersje budzi sposób, w jaki kompozytor zapisał ostatni akord dzieła. Cała orkiestra gra sforzato w dynamice ff ósemkę. Cała, za wyjątkiem tam-tamu, który ma tu zapisaną ćwierćnutę z kropką. Dyrygenci mają z tym tam-tamem niezłą zagwozdkę. Nie wiem czy online jest gdzieś dostępny skan autografu tego utworu, aby można było sprawdzić jak cała rzecz wygląda w autorskim zapisie, ale wyjścia z tej sytuacji są trzy. Po pierwsze – można zignorować życzenie Rachmaninowa (albo potraktować ten sposób zapisu jako błąd) i ten konkretny dźwięk tam-tamu wykonać jako ósemkę, czyli uciąć go jak wszystkie pozostałe (tak zrobił na przykład Maazel w nagraniu z Berlińczykami). Można pozwolić mu wybrzmieć trochę dłużej, a potem uciąć go, czyli postąpić dokładnie tak jak to zostało zapisane w nutach (postąpił tak choćby Kondraszyn). Można też zrobić coś innego, czyli wyolbrzymić nieco życzenie kompozytora dotyczącego tej nuty. Niektórzy dyrygenci (Neeme Järvi czy Slatkin) zauważyli, że skoro przy niektórych wcześniejszych dźwiękach tam-tamu Rachmaninow wpisał do partytury francuskie oznaczenie wykonawcze laissez vibrer (dosłownie „pozwól wibrować”), to można zastosować je także do tego ostatniego uderzenia, ergo przywalić w instrument z całej siły, a potem pozwolić dźwiękowi swobodnie wybrzmieć, co może trwać 40 sekund, a nawet dłużej. Nézet-Séguin zdecydował się na to ostatnie rozwiązanie, co daje znakomity, bardzo dramatyczny, wyrazisty i upiorny efekt. Jest on bardzo łatwy do osiągnięcia w studio. Podczas koncertu zapewne trudniej go osiągnąć, poziom napięcia jest tu bowiem bardzo wysoki, a piorunująco efektowne zakończenie zazwyczaj prowokuje publiczność do natychmiastowej owacji. Lekkie zdziwienie budzą warunki akustyczne tego nagrania, o ile bowiem Symfonia brzmi bardzo przestrzennie, o tyle w Tańcach symfonicznych dźwięk jest przytłumiony i wybrzmiewa bardzo szybko.

Główną atrakcją płyty jest bez wątpienia kapitalna interpretacja I Symfonii. Słuchałem jej kiedyś dawno temu (nie pamiętam już nawet w jakim wykonaniu) i o ile wtedy wydała mi się utworem słabym i nawet rozlazłym, to tym razem naprawdę porwała i zachwyciła. Jest to dość paradoksalne, bo ja osobiście nastawiałem się bardziej na Tańce symfoniczne. Brzmią tu one pięknie i zagrane są cudnie, ale brakuje im tej psychodelicznej intensywności znanej z interpretacji Kondraszyna, Ashkenazy’ego czy Gołowanowa.

 

Siergiej Rachmaninow

I Symfonia d-moll op. 13
Tańce symfoniczne op. 45

Philadelphia Orchestra
Yannick Nézet-Séguin – dyrygent

Deutsche Grammophon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.