Paul McCreesh w NOSPR

Paul McCreesh jest artystą, którego zwyczajowo postrzega się jako specjalistę od repertuaru barokowego. Nie jest to jednak słuszne, o czym przekonywał mnie sam artysta podczas wywiadu, którego udzielił mi ładnych kilkanaście lat temu. Także programy koncertów dyrygenta w Polsce przeczą twierdzeniu, że zasklepił się on wyłącznie w jednej epoce. Znajdziemy w nich bowiem dużo dzieł twórców angielskich: Sen Geroncjusza Edwarda Elgara, Planety Gustava Holsta, Symfonię Londyńską Ralpha Vaughana Williamsa czy Koncert klarnetowy Geralda Finziego. Ciekawy program przygotował też McCreesh podczas swojego występu z NOSPRem.

Koncert rozpoczęło bowiem wykonanie dzieła Gustava Mahlera, czyli twórcy, którego z koncertami McCreesha w ogóle się nie kojarzy. Utworem tym było oryginalne drugie ogniwo I Symfonii, zatytułowane Blumine. Nie pochodziło ono zresztą pierwotnie z symfonii, a z muzyki scenicznej Mahlera do sztuki Josepha Victora von Scheffela Der Trompeter von Säckingen i to właśnie ta jego wczesna wersja zabrzmiała w Katowicach. To liryczna, delikatna muzyka, w której próżno szukać zapowiedzi progresywności późniejszych dzieł austriackiego kompozytora. Idealnie nadaje się na rozgrzewkę dla orkiestry i taką też funkcję spełniła tutaj, a dodać należy że zabrzmiała bardzo dobrze. Co ciekawe – McCreesh powiedział mi po koncercie, że nie prowadził nigdy żadnej z symfonii Mahlera, ale gdyby miał wybierać, to najchętniej zadyrygowałby Ósmą.

Następnie zabrzmiały cztery pieśni Almy Mahler – Die stille Stadt, In meines Vaters Garten, Laue SommernachtBei dir ist es traut. Śpiewała w nich szkocka mezzosopranistka Catriona Morison. Miałem mieszane uczucia co do jej głosu. Z jednej strony wyraźna dykcja, dobry środkowy i niski rejestr, z drugiej strony zaś krzykliwe, ostre góry, zwłaszcza w forte. Co do utworów – słyszałem je wcześniej w wersji na głos i fortepian. Zorkiestrowane zostały z wyczuciem i znajomością rzemiosła, w nastroju były dekadenckie, w stylu mocno chromatyczne, ale jednak iskry genialności się w nich nie wyczuwa. Na bis artyści wykonali Liebst du um SchönheitRückert-Lieder Gustava.

Po przerwie McCreesh powrócił na podium, aby poprowadzić kolejne dzieło angielskie. Tym razem jego wybór padł na II Symfonię Es-dur op. 63 Edwarda Elgara, prawykonaną w 1911 roku. Dobrze się dzieje, że artysta prezentuje symfonikę pochodzącą z jego kraju, wykonywana jest ona bowiem u nas dość rzadko. Pierwszą Elgara słyszałem na żywo raz, jeszcze kiedy mieszkałem w Warszawie, gdzie poprowadził ją bodajże Christopher Seaman, Drugiej na żywo nie słyszałem do tej pory w ogóle. A to ciekawa muzyka. Momentami trochę przegadana, jak to u Elgara bywa, ale zawiera też sporo intrygujących elementów. Bywa też zaskakująco zmysłowa, czasem nawet ekstatyczna. Niektóre jej fragmenty mogą przywodzić na myśl dzieła Skriabina lub wczesnego Szymanowskiego. Ciekawa jest także kulminacja z udziałem perkusji w trzeciej części, zapowiedziana już przez kompozytora w pierwszym ogniwie. Przygotowując się do tego koncertu słuchałem Drugiej w wykonaniu Ashkenazy’ego z Sydney Symphony Orchestra i Barenboima ze Staatskapelle Berlin. Coś mi jednak cały czas nie pasowało, utwór się dłużył i nie chciał „kliknąć”. Zrozumiałem co było nie tak jak tylko McCreesh zaczął dyrygować. W przeciwieństwie do Barenboima i Ashkenazy’ego McCreesh przyjął szybkie tempa, a to przełożyło się na obecność żywej rytmicznej pulsacji, i na wrażenie zadziorności muzyki. Wszystko tętniło tu życiem, było też jednocześnie przejrzyste i pełne blasku. W drugim ogniwie zespół grał mocno nasyconym, ciemnym dźwiękiem, co też świetnie pasowało do charakteru tego marsza żałobnego. Rondo, czyli cześć trzecia, także zagrane zostało z blaskiem, wirtuozerią i wyczuciem, a to samo można powiedzieć o opartym na jednym, powtarzającym się ciągle motywie finale. Była to interpretacja świeża, zaskakująca i pełna życia. Szkoda, że McCreesh nie jest zainteresowany nagrywaniem swoich interpretacji, jego albumy z symfoniką angielską mogłyby otrzymywać wysokie noty. Orkiestra zabrzmiała świetnie, do niczego w jej grze nie można się było przyczepić. Brawo!

 

Foto: Radosław Kaźmierczak Fotografia

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.