Santtu-Matias Rouvali dyryguje Sibeliusem

Urodzony w 1985 roku w Lahti Santtu-Matias Rouvali to fiński perkusista i dyrygent, który szefuje obecnie Gothenburg Symphony Orchestra, a od sezonu 2021-2022 stanie na czele Philharmonia Orchestra, zastępując zresztą innego Fina, Esa-Pekkę Salonena. Sam ten fakt wystarczy chyba, żeby zainteresować się Rouvalim, a sprawę ułatwia fakt, że na rynek trafił niedawno jego nowy album, nagrany z udziałem GSO dla firmy Alpha. Krążek zawiera dwa dzieła Jeana Sibeliusa – I Symfonię i poemat symfoniczny En Saga. Jest to pierwsza część nowego cyklu symfonii tego kompozytora, który artysta właśnie nagrywa. Na pewno warto więc przyjrzeć się tym nagraniom i ocenić, kto jest obecnie następcą Klemperera, Mutiego i Sinopoliego.

I Symfonia to wczesne dzieło tego kompozytora, jeszcze romantyczne, pełne patosu, wskazujące przy tym na silną inspirację muzyką rosyjską, zwłaszcza utworami Czajkowskiego. Wstęp w tempie Andante, ma non troppo rozpoczyna solo klarnetu na tle cichego tremola kotłów. Rouvali silnie podkreśla retoryczność introdukcji – wyraźnie akcentuje pauzy, zmiany tempa i dynamiki, pozwala przy tym miękko wybrzmieć frazom solowego instrumentu. Przejście do Allegro energico i pierwsze tutti nie pozostawiają słuchającemu wątpliwości co do charakteru tej interpretacji: wykonanie jest selektywne, ale jednocześnie pełne patosu, silnie emocjonalne. Świetnie brzmią potężne crescenda blachy, ostre akcenty rytmiczne smyczków, a Rouvali, podobnie jak we wstępie, mocno akcentuje kontrasty tempa i dynamiki. Ma to zresztą przy tego typu muzyce ogromne zalety, różnicuje bowiem nastrój i sprawia, że muzyka staje się żywa i angażująca. Na samym końcu tej części czeka na słuchaczy niespodzianka: jeden z ostatnich dźwięków przeciągnięty jest prawie w nieskończoność, a Rouvali uważnie obserwuje w tym miejscu zarówno crescendo, jak i decrescendo, choć robi to w wyolbrzymiony sposób.

Druga część jest w większości znakomicie poprowadzona. Brzmi wyraziście, plastycznie, jest grana mocnym i zdecydowanym dźwiękiem, który sprawia, że całość jest zwarta. Jedynie kulminacja wydała mi się trochę niedograna, a powrót głównego tematu następuje zbyt szybko i bez niezbędnego przygotowania. Mamy wszak w partyturze w momencie największego natężenia emocji powrót do tempa zasadniczego, jakim jest Andante.

Scherzu zwraca uwagę ostra jak brzytwa artykulacja smyczków, a także (ponownie!) silne kontrasty tempa pomiędzy częścią zasadniczą a triem. Solówki poszczególnych instrumentów (klarnet, fagot, harfa!) są zjawiskowe, ale kontrasty te wydały mi się zbyt przerysowane (także przy powtórnym odsłuchu), a muzyka niepotrzebnie traciła w tych momentach rozpęd.

Podobnie dzieje się niestety w finale, gdzie Rouvali także postawił na zaakcentowanie patosu i na retorykę. Ma to swoje dobre strony, bo kulminacje są ogniste i poprowadzone z temperamentem, a dobrego wrażenia dopełnia ostra artykulacja. Jednak śpiewny temat wprowadzany przez smyczki jest zagrany zbyt histerycznie, melodramatycznie, dźwiękiem mocno rozwibrowanym. Zakończenie jest bardzo powolne, a przez to niezbyt udane i patetyczne, pozostawiające wrażenie przesytu emocji.

En Saga rozpoczyna się tutaj w sposób absolutnie zjawiskowy. Rouvali świetnie wydobywa migotliwe brzmienie smyczków con sordini i szelest talerzy w cichej dynamice, które wprowadzają magiczny, tajemniczy nastrój. Nastrojowość staje się zresztą cechą charakterystyczną tej interpretacji, a fiński dyrygent okazuje się znakomitym kolorystą, który potrafi wydobyć z orkiestry świeże i ciekawe efekty. Także sposób kontrastowania zmian nastroju za pośrednictwem umiejętnie wprowadzanych kontrastów dynamiki i tempa jest świetny, doskonale wyczuty i mocno podkreślający skandynawski, chłodny i surowy charakter tej muzyki. Zarówno dyrygent, jak i orkiestra mają tę muzykę we krwi i znakomicie wydobywają największe jej zalety, jej specyficzną nastrojowość. To jedno z najlepszych nagrań tego utworu, jakie miałem okazje słyszeć.

Pomysły Rouvaliego nie zawsze wydawały mi się trafne. Fiński dyrygent pokazał, że jest wykonawcą konsekwentnym, nie wahającym się także subiektywnie traktować wykonywanej muzyki. Jego emocjonalizm podejście pasować może do Pierwszej Sibeliusa, jako do dzieła wczesnego, ale mam wątpliwości, czy sprawdzi się w bardziej ascetycznych symfoniach fińskiego kompozytora, w Trzeciej, Czwartej czy Szóstej. Z drugiej jednak strony umiejętność podkreślenia niebanalnej, specyficznej kolorystyki może stać się największą siłą tych przyszłych wykonań. En Saga wypada zdecydowanie lepiej niż Symfonia, ale jest też od niej znacznie bardziej epizodyczna, nie wymaga też tak dużej dyscypliny w traktowaniu formy. Oglądanie nagrań Rouvaliego na Youtube pozostawia mieszane uczucia: dużo tam akrobacji, mogącej się podobać mniej wyrobionej publiczności, a treści niewiele. Mam nadzieję, że fiński artysta nie stanie się kolejnym showmanem, wabiącym publikę podskokami na podium. Potencjał na pewno ma, wyrazistą osobowość także. Co z tym dalej zrobi, o tym przekonamy się zapewne już niebawem.

Jean Sibelius

I Symfonia e-moll op. 39
En Saga op. 9

Gothenburg Symphony Orchestra
Santtu-Matias Rouvali – dyrygent

Alpha

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.