Yaroslav Shemet dyryguje Dziesiątą i Pierwszą Mahlera

Piątkowy koncert Yaroslava Shemeta i Orkiestry Filharmonii Śląskiej poświęcony był w całości muzyce Gustava Mahlera. Pomysł był zresztą niezmiernie ciekawy – dyrygent zestawił bowiem Adagio Fis-dur z nieukończonej X Symfonii z I Symfonią. Wykonywał już jakiś czas temu ten sam program w warszawskim S1 z Orkiestrą Polskiego Radia, ale niestety nie mogłem na nim być. Katowickie wydarzenie było zaś o tyle nietypowe, że nie odbyło się w akustycznie niewdzięcznej sali na Sokolskiej, ale w Akademii Muzycznej, gdzie akustyka jest jednak lepsza.

Shemet zaczął od Adagia, co miało sens dramaturgiczny i kondycyjny. Nie sądzę, aby orkiestra (i publiczność!) była w stanie utrzymać skupienie po pełnym blasku, dynamicznym zakończeniu Pierwszej. Jeśli zaś o Dziesiątą idzie, to jest w pewnym sensie zagadką, której nie da się już rozwiązać. To, co pozostawił po sobie Mahler, to bardzo zaawansowany szkic, który różni badacze i wykonawcy uzupełniali, ale kompozytor miał przecież w zwyczaju wracać do swych dzieł, zmieniać je i rewidować. Tak czy siak, jest oczywiste, że jego twórczość wchodziła w nową fazę, świeżą i zupełnie odmienną od tego, co można było usłyszeć w niej do tej pory. To muzyka pełna desperacji, pisana w czasie ostrego kryzysu w związku z Almą. Słychać to w przejmującej kulminacji, w której wręcz naturalistyczny krzyk trąbki na dźwięku a (przypadek? Nie sądzę) wręcz mrozi krew w żyłach.
Wykonanie było pierwszorzędne – plastyczne, wciągające, znakomicie rozplanowane pod względem dramaturgicznym i emocjonalnym. Wszystko było tam na swoim miejscu – doskonale przemyślane i jednocześnie doskonale przeżyte. Przejmująco wypadła kulminacja ze świetnym solo trąbki, świetnie brzmiały też altówki, od śpiewu których których cała rzecz się rozpoczyna. Wieki całe nie słyszałem tego na żywo, dobrze więc, że powrót do Dziesiątej był tak udany.

Jeśli zaś idzie o Pierwszą, to siła interpretacji Shemeta polegała na znakomitej charakteryzacji poszczególnych odcinków. Pozwalało to uniknąć monotonii i dawało bogactwo wrażeń. Na szczególną pochwałę zasługuje interpretacja części środkowych. Scherzo było zadziorne, dosadne, z mocnymi akcentami rytmicznymi, bardzo rustykalne. Marsz żałoby – świetny, z doskonałymi solówkami drzewa i blachy, zwłaszcza w odcinkach, w których ta ostatnia sekcja stylizowała knajpianą kapelę. Także części skrajne były bardzo satysfakcjonujące, a wszystkie zwroty akcji w finale uchwycił Shemet znakomicie.
Słychać było, że orkiestra jest przygotowana rewelacyjnie, że gra z zaangażowaniem i entuzjazmem. To wielka wartość w zasadzie wszystkich wykonań Shemeta i tej orkiestry. Pisałem już o tym nieraz i nie dwa razy, ale trzeba to podkreślać.
Mam tylko dwa drobne zastrzeżenia. Pierwsze ogniwo rozpoczęło się zbyt ostro, zbyt konkretnie. Wolę jednak, gdy ta muzyka wyłania się z ciszy. Chciałbym też usłyszeć więcej detali w partii perkusji, zwłaszcza tam, gdzie talerze i tam-tam grają cicho. Ale to drobiazgi. Irytujący był głośny nawiew na sali, który często był tak samo głośny jak muzyka, zwłaszcza w cichych odcinkach.

Były to porywające interpretacje, które publiczność przyjęła z wielkim entuzjazmem i natychmiast nagrodziła owacją na stojąco.

 

foto. Karol Fatyga

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.